RSS
 

Notki z tagiem ‘wyrzuty sumienia’

Piątek, 14-07-2017

14 lip

Znowu magiczna granica na wadze… tak jakby się zepsuły pierwsze dwie cyfry… No masakra! To takie domotywujące… Do tego rozłożyło mnie przeziębienie. Przewiało mnie w pracy, bo klima wieje mi po plecach… a w weekend impreza w domu! To jakaś porażka! Chce do domu!

Jeszcze większa porażka – moje ćwiczenia… Przedwczoraj nic! Wczoraj zmotywował mnie chłopak to zrobiłam serię brzuszków… A reszta? To jakaś porażka! Jestem zmęczona, wykończona wręcz. Chce mi się spać i nie mogę się skupić na pracy. Straciłam wenę do układania posiłków i dzisiaj rano przy śniadaniu zdałam sobie sprawę z tego, że w sumie nie mam nic „super” na obiad… Ciągle to samo!

Przed wczoraj zdałam sobie sprawę z tego ile razy i ile lat próbowałam coś ze sobą zrobić… To przerażająca liczba! 6 LAT!! W tym czasie gdybym chudła średnio 0,3kg MIESIĘCZNIE miałabym idealną sylwetkę! A tym czasem? Starałam się o siebie „dbać” przynajmniej 5 razy. I co? Zwykle kończyło się to wracaniem do „normalnego” jedzenia i powrotem wszystkiego!! Jest mi cholernie przykro, czuje się z tym mega źle i gdyby nie to, że jestem taka słaba to byłabym „idealna”… Nie… nie poddaje się. Mam tylko chwilę załamania i przemyśleń. To takie przykre podsumowanie. Mam nadzieję, że mi przejdzie.

 

Środa, 12-07-2017

13 lip

Jestem w szoku jak wiele zmieniło się w mojej głowie. Wcześniej było tak, że co zjadłam to zjadłam. Czy zdrowe czy nie, byle smaczne. Jadłam słodkie, czasem tylko sobie odmawiając. Wszędzie jechałam samochodem, a wymówką były duże zakupy. Czasem coś poćwiczyłam, ale bez rozpiski, jak mi się przypomniało. I pewnie jeszcze kilka grzeszków by się znalazło. A teraz? Patrzę co jem, liczę ci jem, pilnuje kiedy jem. Do tego więcej razy byłam na piechotę po zakupy w ciągu miesiąca niż przez rok. A co do ćwiczeń? To sami wiecie z tego bloga. Wczoraj wróciłam po pracy, zjadłam, odpoczęłam chwilę i przebrałam się do pracy :) Wzięłam jedną cześć ogrodzenia, papier ścierny, wyszłam na balkon i zaczęłam szlifować. Zajęło mi to 2,5h, ale uwierzcie, że było warto. Już pod koniec zadzwoniło mi powiadomienie, że czas na kolację, więc stwierdziłam, że już dokończę. Skończyła, posprzątałam, siadłam na kanapie i tak sobie myślę. Co ja mogę wyczarować z tej lodówki? Poszłam zobaczyć co mam, ale ciągle z tyłu głowy miałam „Halo! Nie ćwiczyłaś nic dzisiaj!”. W myślach usprawiedliwiałam się, że przecież to szlifowanie też można podciągnąć pod ćwiczenia, poza tym nogi muszą trochę odpocząć. Wyjęłam z lodówki jajka na jajecznicę, umyłam i już miałam je zważyć i zacząć robić kolację, ale… odłożyłam je bezpiecznie na blat i poszłam do łazienki. Popatrzyłam tak na siebie i tak trochę bezwiednie przebrałam się do ćwiczeń. Włączyłam muzykę, rozłożyłam przy kanapie matę i jazda :) Byłam tak okropnie zmęczona, ale taka szczęśliwa!! Prysznic i wróciłam do robienia kolacji. Czułam się tak fantastycznie, że jednak zmotywowałam się żeby poćwiczyć, że nikt sobie tego nie wyobraża! ;)

Dzisiaj jest już trochę gorzej. Wróciłam do domu, przygotowałam sobie kolację na wynos i zjadłam podwieczorek! Ze mną jest chyba coś nie tak! Miałam taką ochotę na majonez, że nie mogłam się powstrzymać! Zrobiłam sobie więc kanapkę, z cienką warstwą majonezu. Praktycznie nie było go czuć, ale zachcianka zaspokojona. Wychodziliśmy z chłopakiem wieczorem i tak się zastanawiałam…
„Kurde… co najdłużej będzie mnie trzymać, żebym nie była głodna? Zwłaszcza, że idziemy na imprezę, więc będzie jedzenie (grill i inne takie stanowiska, jak to na imprezach „masowych”), będzie pachnieć, będzie kusić” – zaczynam się bać własnych myśli ;P
Postawiłam na kanapkę z upragnionym majonezem, jogurt i sok grejpfrutowy. Całkiem dobrze mi to wyszło, bo przechodziliśmy obok jedzenia jakieś 2h od zjedzenia i nic :) Później na imprezie jak siedzieliśmy, to sobie po cichutku wyjęłam kanapeczki i zjadłam kolację :) Nic nie kusiło, no może zaczęłam się zastanawiać nad popkornem. Ale nie w kontekście, że mam ochotę (choć pewnie większość tak pomyśli ;P), tylko w kontekście tego ile ma wartości odżywczych, jaki ma indeks glikemiczny, oraz jak bardzo niezdrowo go tutaj robią. Jak sobie to uświadomiłam to znowu się przeraziłam, o czym ja myślę!! Wróciliśmy do domu po 22. Musiałam jeszcze ugotować obiad i? No właśnie… ćwiczenia…  ale już była ta godzina… i byłam zmęczona… Wyrzucałam sobie, że nie zrobiłam tego przed wyjściem, ale musiałabym się wykąpać, nie że nie lubię, czy coś, ale musiałabym też umyć włosy. A nie zdążyły by mi wyschnąć do wyjścia. Jeszcze pod prysznicem jak dostałam nowa energię pomyślałam, że może chociaż chwilę brzuszki, albo przysiady, albo chociaż rowerek… ale nie… przecież znowu musiałabym się wykąpać… odpuściłam. Dzisiaj (w czwartek, 13-07-2017) jest mi przykro, że się poddałam wczoraj :( Ale jeden dzień nie zrujnuje przecież całej pracy nad sobą :) Dzisiaj (w czwartek) będzie lepiej :)

 

Nowy początek

07 cze

Wiem, że pisze to pewnie po raz setny, ale lepiej po raz kolejny podjąć walkę niż po raz kolejny powiedzieć, że sorry nie udało się…

No wiec tak. Zaczynając optymistycznie :)
Przez ostatnie 3 miesiące „byłam” na diecie
1 miesiąc – dieta i ćwiczenia = -4kg
2 miesiąc – dieta i ćwiczenia = -4kg
3 miesiąc – niestety odpuściłam :( = +/-0kg
ale… jest 8kg do tyłu i z tego jestem mega zadowolona! Jak tak dalej pójdzie to uda mi się założenie żeby w rok stracić wszystko co mam w nadbagażu.

Dlaczego nowy początek? Dlaczego dzisiaj?
Po miesiącu „utrzymywania wagi” przy nic nie robieniu stwierdziłam, że kurcze! Nie mogę się tak lenić! Kupiłam sobie „plan treningowy” z biedronki żeby mnie motywował do uzupełniania, a tym samym – głupio wpisać, że się nic nie zrobiło, no nie? Akurat wczoraj skończyła mi się dieta od multisportu więc od dzisiaj mam wygenerowaną nową. Dlatego też OD DZISIAJ zaczynam.

Mówię do chłopaka:
- Od jutra wracam do dbania o siebie.
- A jutro od kiedy?
- Od dzisiaj! ;)

Ponoć najłatwiejsza do utrzymania jest dieta „od jutra” tylko że się na niej nie chudnie. Coś w tym jest… Ale nie tym razem! Od jutra (dzisiaj) to od jutra!

Mam nadzieję, że uda mi się pisać regularnie – a przynajmniej w miarę regularnie o moich postępach :) (wiem obiecywałam nie raz… ale pod presją, że ktoś patrzy jest dużo łatwiej!)

No więc?

——————————————————

Dziś 07.06.2017 stwierdzam takie fakty:

  • 34kg do zgubienia – dużo! Wiem, że dużo, ale nie ma się co załamywać ;) 8 już zgubiłam gdzieś po drodze, więc kto da rade jak nie ja?
  • Rano na-czczo się pomierzyłam i stwierdzam, że już wiem skąd te kg zgubiłam ;) To naprawdę pocieszające bo gdy miałam dobry humor i patrzyłam w lustrze to myślałam:
    „nooo :) jest lepiej. Tu mniej, tam mniej. Ta sukienka coraz lepiej na mnie wygląda”.
    A gdy zjadłam coś czego mi nie wolno, albo gdy zbliżał się okres:
    „ta jasne… nic się nie zmienia :( dalej wyglądam tak samo, albo nawet gorzej. Tu wystaje, tam odstaje. Porażka!!”
    A wychodzi na to, że jednak nie jest tak źle ;) W niektórych miejscach jestem na początku drogi do „idealnych wymiarów” (oczywiście dla mojego wzrostu), a w niektórych jestem już w połowie!!
  • Gubiąc zaledwie 0,1kg dziennie (gdzie średnio przy stosowaniu diety i drobnych ćwiczeń dziennie leciało 0,14kg) dojdę do idealnych wymiarów w założonym czasie :)

Co mogę powiedzieć więcej? Do roboty! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Wiosenne porządki w głowie

28 lut

Tak jak obiecałam, choć trochę mi to zajęło, WZIĘŁAM SIĘ za siebie.

NIE zrobię to jutro…
NIE zrobię to dzisiaj…
NIE za chwilę…
ale WCZORAJ zaczęłam ćwiczyć.

Rozpisałam sobie plan treningowy. Może mało wymagający, ale też nie mogę nie wiadomo jak obciążać stawów. Niestety w końcu do mnie dotarło, że doprowadziłam się do takiego stanu, że nie mogę szaleć. A waga mimo starań nie spada, a nawet nie mogę jej utrzymać na dłużej w równowadze. Strasznie żałuję, że zgodziłam się na te badania pod kontem celiakii. Zaprzepaściłam rok starań, ćwiczeń, wyrzeczeń. Najbardziej mi szkoda, że nie potrafię wrócić do takiego trybu życia jaki miałam wtedy.
- dbanie o siebie
- jedzenie zdrowo
- gotowanie
- owoce i warzywa
- picie wody
- ćwiczenie w domu
- chodzenie na siłownię
Tak trudno do tego wrócić. No ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Muszę się wziąć za siebie i mam na to rok. w ciągu roku muszę się doprowadzić do stanu takiego żeby dobrze wyglądać na weselu.

No to zaczęłam!

poniedziałek wtorek środa czwartek piątek sobota niedziela
brzuszki
przysiady
pompki
2×10
2×10
1×10
2×15
2×15
1×15
3×10
3×10
2×10
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
brzuszki
przysiady
pompki
2×15
2×15
1×15
3×10
3×10
2×10
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
brzuszki
przysiady
pompki
3×10
3×10
2×10
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
6×10
6×10
5×10
brzuszki
przysiady
pompki
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
6×10
6×10
5×10
6×15
6×15
5×15
brzuszki
przysiady
pompki
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
6×10
6×10
5×10
6×15
6×15
5×15
7×10
7×10
6×10

 

Wiem… mało wymagający plan, ale mam nadzieję, że przyniesie efekty. Zaczyna się robić ciepło. Nadchodząca wiosna aż krzyczy „Chodź na spacer!!”. Jest cudownie ciepło :) Muszę pomyśleć nad zmianą płaszcza i kupić nowe buty. Przez zimę chodziłam w półbutach z kolekcji jesiennej – jaka zima takie buty. No i się trochę zjechały… No ale po półtorej roku miały prawo się wytrzeć, a fleki jechać. Miałam wymienić, ale nie zdążyłam się zebrać żeby zanieść do szewca. Spacer, basen, rower :) Musi się udać!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Poszukiwania motywacji

01 lut

No i ostatnia prosta. Niby najbardziej powinno mnie to mobilizować do pracy, ale jednak. Pracuje, spełniam się w pracy, a ostatniego roku nie można nazwać studiowaniem. A teraz gdy jakimś cudem udało mi się zaliczyć wszystko i pozostała mi tylko obrona? Nie mam siły, ochoty i samozaparcia się wziąć.

Jeśli chodzi o zaliczenie. Byłam tak nisko oceniana… Miał mi jeszcze uciąć punkty za spóźnienia… Tak się bałam, ryczałam wręcz, że znowu jest to samo i zawiodę rodziców. Ku mojemu zdziwieniu uzyskałam ocenę 3,5!!! A co dziwniejsze? Zabrakło mi 2 PUNKTÓW do 4,0!!! To jest nienormalne… Po co mnie tak straszył? No ale i tak póki nie dostałam oceny do indeksu to nie uwierzyłam.

Jeśli chodzi o obronę… odwlekałam złożenie odpowiedniego papierka jak się da ale w końcu się zebrałam i zaczęło się.
1. Pan w dziekanacie powiedział, że około 2 tygodnie będzie trwać weryfikacja mojego oświadczenia o zrealizowaniu programu kształcenia.
2. 2 dni później dostaje maila z sekcji finansów, że nie opłaciłam kursu poprawkowego z 2013 roku! Okazało się, że nawet nie dostałam maila z powiadomieniem ile i gdzie mam wysłać. Opłaciłam.
3. Kilka dni później dostaje powiadomienie, że jest problem z moimi przepisanymi ocenami bo nie mają potwierdzenia. Na szczęście nie musiałam nigdzie latać i prosić o wyciągnięcie moich akt z Bóg wie skąd tylko wystarczył sam indeks z podbitymi semestrami. Gorzej było z samym drukiem przepisanych ocen. Ksera jakie były w moich aktach były rozmazane (przez zły wydruk z ksera) i pokreślone na niebiesko, ale na kserze czarno na czarnym. Totalnie nie czytelne. Kazali mi przepisać. No to podróż do domu (8km) po indeks, do koleżanki (10km) przepisać tabelkę i wydrukować, na uczelnię (2km) i? Okazuje się, że nie tak… I jeszcze mi się zebrało, że jak to? Ja się tyle udzielam i nie wiem, że się wypełnia według wzoru? A skąd miałam wiedzieć, że jest inny wzór? Zrobiłam tak jak te dokumenty, które dostałam z akt. Zlitowali się i pozwolili mi u nich na kompie przepisać to jeszcze raz. A gdy tylko usiadłam do kompa pani z okienka która się zajmowała moimi papierami mówi, że mogę to zrobić w domu i wysłać mailem. Ale stwierdziłam, że jak już jestem tu to wypełnię na miejscu.
4. Dzisiaj po 20 dostałam maila, że oświadczenie rozpatrzone i wszystko jest ok. – mogę się bronić. Mój opiekun studiów napisał, że albo do 13 jutro dostarczę mu wszystkie dokumenty i mam dwa terminy obrony, albo tylko jeden… No dwa terminy to zawsze lepiej niż jeden, więc chciałabym to załatwić jutro… tylko czy mi się uda?
5. Na domiar złego w pracy mam bardzo ważny projekt, termin do 9 lutego, a jeszcze ogrom pracy przede mną. Nie mogę wziąć wolnego. I jeszcze na weekend jadę do domu, a wiadomo, że tam się uczyć to graniczy z cudem.

Jeśli się uda jutro wszystko załatwić to termin obrony mam już na poniedziałek 6 lutego!! Jeśli to zdam… To obiecuje, że nie ma wymówek i biorę się za siebie. Nie ma, że nie mogę!

Proszę trzymajcie kciuki :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Aż ciężko się przyznać

13 lis

Znowu dawno mnie nie było… Jakoś odzwyczaiłam się od pisania i też trochę nie mam na to czasu. Praca, uczelnia i życie wypełnia mi dnie. Zanim zdążę się obejrzeć już jest 22 i czas szykować się do spania. Ale to też zanim wszystko zrobię i w ogóle to jest przed 23. Czas dosłownie ucieka mi między palcami. Przede mną przeprowadzka, i kilka ważnych decyzji do podjęcia. Czy wybiorę dobrze? O to jest pytanie. Ale w sumie nie o tym chciałam napisać.

Wracając do moich postępów a raczej ich ogromnym braku, bo o tym miał być blog. Do pracy zaczęłam ubierać się elegancko – nie wysokie, ale jednak szpilki, sukienki, sweterki, narzutki a nie bluzy sportowe. W lustrze widzę, że na twarzy pojawiają się ostrzejsze rysy, wklęsłe policzki, nogi stają się ładniejsze jednak… Byłam na zakupach i szukałam kozaków. Łydki nie są wcale takie jakie bym chciała żeby były. Centymetr też… wręcz pokazuje jeszcze więcej. A o tym co zobaczyłam na wadze to aż wstyd pisać. A wszystko przez głupie badania 2 lata temu. Po wycięciu migdałków nie jadłam prawie w ogóle, bo czy jedzeniem można nazwać kisiele/budynie instant, za to piłam bardzo dużo wody. Ból gardła i woda pomagały zapomnieć o głodzie. Bardzo szybko straciłam na wadze. Stwierdziłam, że nie mogę tego zaprzepaścić i zaczęłam intensywnie ćwiczyć, skurczył mi się żołądek wiec nie było problemów z mniejszą ilością jedzenia i waga a zwłaszcza cm leciały w dół. Niestety żeby zrobić badania pod kontem glutenu musiałam wrócić do normalnego jedzenia i nagle w kilka tygodni wróciło wszystko nad czym pracowałam przez ponad rok. Ale to nie wszystko… w kolejne kilka tygodni przybyło kolejne tyle… Niestety mimo tego, że ćwiczyłam i jadłam tak jak wcześniej wprowadzenie do diety glutenu okazało się koszmarne w skutkach. Teraz ograniczenie glutenu wcale nie pomaga. Wręcz ciągle jest jeszcze gorzej. W lustrze widzę, że tu jest lepiej, albo tu ale jak tylko wezmę cm do ręki mój pogląd na figurę zmienia się o 180st. Niestety mimo że w głowie nienawidzę siebie za to jak wyglądam to nie potrafię się zawziąć i wytrzymać w postanowieniu… A teraz kiedy zbliża się zima muszę kupić płaszcz i kozaki. Wstyd się przyznać, ale płaszcze takie jak mi się podobają są za małe, a mimo że chcę kupić wysokie kozaki to łydki na to nie pozwalają. Choć w lustrze przecież wyglądają spoko to jak mierzyłam kozaki… szkoda gadać. Do tego jeszcze muszę kupić sukienkę na wigilię do pracy… Tak bardzo nienawidzę zakupów!! Nie tylko dlatego, że wydaje się mnóstwo kasy i nogi bolą od chodzenia, ale najbardziej za to że nic na mnie nie pasuje, a to co pasuje mi się nie podoba. Wiem. To powinno motywować, ale niestety. Nie wiem gdzie się podziała ta stara ja dla której nic nie było niemożliwie i potrafiła walczyć do końca.

Koniecznie muszę odnaleźć dawną siebie. Nawet Pan Ł. mówił że jak się we mnie zakochał to myślał że nie ma u mnie szans, bo jestem taka zorganizowana, wysoko postawiona, wszędzie mnie pełno i w ogóle… a teraz. Zapominam o ważnych sprawach, nie mam ochoty na nic, nawet kalendarza nie potrafię już prowadzić. To jakaś porażka. Niestety najgorsze w tym wszystkim, że ciągle spadam i nie potrafię odbić się od dna, albo chociaż od ściany…

Ostatnio uświadamiam sobie co jest dla mnie ważne i czego chce od życia. Wiem, że znalazłam igłę w stogu siana, bo mam świetną pracę. Kończy mi się teraz okres próbny i mam ogromne szanse na przedłużenie współpracy. Bardzo tego chcę i potrzebuje. Przez te 2,5 miesiąca rozwinęłam się bardziej niż przez rok samodzielnej pracy. Cudowne uczucie jak pokazuje przełożonemu co udało mi się zrobić a on się cieszy jak dziecko, że się udało, że działa i w ogóle. To cudowne uczucie, gdy mnie chwali i stawia przede mną większe i ważniejsze zadania. Lubie tam chodzić i rano nie wstaję do roboty, ale do pracy. Postanowiłam, że nie mogę stać w miejscu zwłaszcza, że to dopiero początek nie góry, ale ogromnego pasma górskiego, które muszę pokonać. Zaczęłam szukać książek, żeby nie opierać się tylko na wiedzy z Internetu.  Mam nadzieję, że to będzie taka trampolina od której się odbiję i odnajdę dawną siebie :)

Ja = zorganizowana, ambitna, dążąca do celu, otwarta, przyjacielska, zaradna; Taka byłam, nie jestem, ale znowu BĘDĘ!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Chyba się pogubiłam

22 paź

Dlaczego chyba? Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje… Nienawidzę siebie za to jak bardzo się zmieniłam. Nawet mój chłopak powiedział mi ostatnio, że jak mnie poznał to uważał, że na mnie nie zasługuje, bo byłam taka ogarnięta, angażująca się we wszystko i w ogóle… a teraz coś się zmieniło. O wszystkim zapominam, nie potrafię się pozbierać do kupy, skupić się na jednym zadaniu i w ogóle jest tragicznie. Najchętniej schowałabym się gdzieś i nie wychodziła przez długi długi czas… Chciałbym móc pstryknąć palcami, zatrzymać czas i wszystko poukładać sobie w głowie. Ale czas nie stoi w miejscu – wręcz przeciwnie ucieka mi przez palce… Ledwo wstanę rano, do pracy, potem na uczelnie i zanim zdążę się obejrzeć już muszę iść spać. Kolejne 4 dni podobne i nawet nie wiem kiedy mija tydzień. Minął już prawie miesiąc semestru a ja nie mam siły, ani czasu nawet porządnie posprzątać w pokoju, a co dopiero robić zadania na uczelnię. Ciągle jestem zmęczona, nie mogę się porządnie wyspać, a przez to po prostu zasypiam w pracy na stojąco. Teraz znowu coś mnie złapało, głowa mnie boli, gardło też, momentami mięśnie tak mnie bolą, że mam ochotę płakać, a byłam wczoraj u lekarza i on twierdzi, że nic mi nie jest… Po prostu mam wrażenie, że żyje w jakimś innym świecie niż do tej pory. Wszystko, dosłownie wszystko jest do góry nogami.

Czuje się jakby ktoś przeniósł mnie do równoległego świata. Nie mam czasu na nic, nie potrafię się ogarnąć i zorganizować. Kiedyś potrafiłam spać po 12 h przez tydzień, a teraz po 7-8 h snu, rano grawitacja wokół łóżka jest tak wielka, że nie potrafię jej pokonać… Wiem, że coś jest nie tak, wkurza mnie to strasznie ale nie wiem jak wrócić na właściwe tory. To jest po protu jak zły sen… Chciałabym żeby to nie była prawda… Chciałabym cofnąć czas i wrócić do tego jaka byłam. Wiele poświęciłam na to czasu i energii, a teraz tak o po prostu to straciłam. Boje się, że przez to stracę jeszcze więcej ;(

MOŻE kiedyś będzie lepiej… ale na razie nie wiem jak znaleźć motywację do życia…

 

36 dni do wakacji – Dzień matki

26 maj

Jadłospis:

  • śniadanie (ok. 11): kilka widelców sałatki;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 14): kurczak z serem i pomidorem, frytki, surówki;
  • podwieczorek (ok. 18): mała miseczka lodów;
  • kolacja;

Trening:

  • 20 brzuszków;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;
  • 2 x 20 ćwiczeń na łydki;
  • 2 x 20 ćwiczeń na uda;
  • 3 x 25 przysiadów;

 

Dzisiaj jak każdy pewnie wie jest dzień matki. Z tej okazji (choć tego nie przeczyta) najlepsze życzenia dla mojej Mamy oraz dla wszystkich Mam świata.

No właśnie… Dzień zaczął się dosyć dziwnie – zagubieniem w czasie i przestrzeni. Obudziłam się rano – było jasno. Pamiętałam, że położyłam się po 1, więc przespałam jakieś 5 h – stabilnie. Myślę sobie:

” Dobra. Czas wstawać i brać się za naukę. Muszę sprawko zrobić i nauczyć się na jutrzejsze kolokwium.”

I tu nastąpiła chwila zastanowienia… Przecież wczoraj była niedziela… więc to sprawko i koło mam dzisiaj. I pierwsza myśl:

„Znowu przespałam kolokwium!! A specjalnie nastawiłam sobie budzik taki w zegarku jakby mnie znowu telefon zawiódł!! Jak to jest możliwe?!”

Ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że jest 6… a nie 18… Dla pewności wzięłam telefon i sprawdzam… 6:57 – 26 maja

„Uff…”

Chwilę walczyłam ze sobą czy jednak wstać i się pouczyć czy poleżeć jeszcze te 15 minut. Wygrała grawitacja wokół łóżka. Akurat chwilkę po tym jak wyłączyłam budzik otworzyły się drzwi do łazienki i pstryk gaszonego światła – łazienka wolna. Szybki prysznic, zgarnęłam wszystkie notatki, ubrałam się i na tramwaj.

Angielski jak zawsze bardzo fajny. Pani ma do nas bardzo fajne podejście i ogólnie bardzo fajna atmosfera jest na zajęciach. Następne zajęcia już były gorsze, bo najpierw komputer nie chciał z nami współpracować potem poczta i w końcu nie starczyło nam zajęć – zajęcia do odróbki. Potem obiadek i zabrałam się za robienie sprawka… z tym, że nie bardzo miałam z czego to sprawko zrobić, bo chłopaki nie dostarczyli mi materiałów. Więc poszliśmy na projekt tylko po to żeby powiedzieć, że nie mamy sprawozdania i dopytać co w nim ma być. Potem jeszcze chwila na douczenie się i kolokwium. Tu pozytywnie – 11/15, więc przynajmniej to jedno do przodu.

No co mój cały dzień ma wspólnego z dniem matki? Otóż gdy wracałam z Panem A. z obiadku od jakiegoś chłopaka, który zbierał „na chorego brata”, dostałam różyczkę. Stwierdziłam, że ostatnio dostałam trochę więcej kasy w pracy to mogę mieć dzień dobroci dla zwierząt parzystokopytnych, więc dałam mu tam trochę kasy… Pominę to, że chciał więcej a mówił w jakimś języku tak, że w ogóle go nie rozumiałam… Poszłam na zajęcia z tą różyczką. Wszyscy znajomi pytali czy ta różyczka to z okazji dnia matki i że gratulują xD Śmiesznie się złożyło, ale… Od kiedy jestem sama – tak całkiem sama wszyscy w kółko pytają czy przypadkiem nie jestem w ciąży… To trochę dziwne… Niby nie ma takiej opcji, mam okres regularnie (no może poza jednym) i ogólnie nic na to nie wskazuje, ale jednak… Wszyscy mi to powtarzają. Jak byłam z Panem A. nigdy (poza wizytą u nowego ginekologa) nie usłyszałam takiego pytania / stwierdzenia, że mogę być w ciąży… Czy to jakaś wróżba? Jak myślisz?

 

37 dni do wakacji

26 maj

Jadłospis:

  • I śniadanie (ok. 12): ziemniaczki pieczone z 2 kotletami mielonymi;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 15): mała miseczka lodów;
  • podwieczorek;
  • kolacja;

 

Trening – jako, że powinno się robić przerwy między ćwiczeniami tak skromnie:

  • 20 brzuszków z podniesionymi nogami;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;

 

Wróciłam do domu o 6 nad ranem i o dziwo nie byłam aż tak bardzo zmęczona i śpiąca jak myślałam, że będę. Trochę czułam, że bolą mnie stopy po butach na obcasie, ale to tylko tyle. Jak położyłam się spać to w sumie nie wiem kiedy zasnęłam, ale obudził mnie budzik po 11. Chwilę poleżałam i położyłam się dalej spać. Wstałam z łóżka jakoś po 12. Ogarnęłam się, zjadłam śniadanko i siadłam do robienia notatek… Jak siadłam to z godzinną przerwą na serial siedziałam do 22 ciągiem… Potem to film, to fb no i tak czas minął do 1 w nocy. Jakoś w ogóle nie czułam upływu czasu i tego ze jestem głodna. Byłam tak zajęta, tak mi szybko czas leciał, że naprawdę tego nie zauważyłam. A jutro ciężki dzień i choć siedziałam tyle czasu nad notatkami ucząc się do kolokwium to i tak czuję, że na jutro nic nie umiem…

 

38 dni do wakacji

24 maj

Chyba muszę wrócić do spisywania moich codziennych grzeszków i zwycięstw, bo inaczej się nie upilnuję…

Stan na dziś:

  • szyja
    spadło: 1,5 cm
    zostało: 0 cm – osiągnięte 24 sierpnia 2013
  • ramiona
    spadło: 5,5 cm
    zostało: 0 cm – osiągnięte 10 listopada 2013
  • biust
    spadło: 6 cm
    zostało: 10 cm
  • talia
    spadło: 11 cm
    zostało: 10 cm
  • biodra
    spadło: 6,5 cm
    zostało: 8 cm
  • udo – moja mniejsza zmora ale jednak duża zmora
    spadło: 5,4 cm
    zostało: 11,1 cm
  • kolano
    spadło: 4,2 cm
    zostało: 1,8 cm
  • łydka – moja największa zmora
    spadło: 1,5 cm
    zostało: 6,5 cm
  • kostka
    spadło: 1 cm
    zostało: 3,5 cm

Jadłospis:

  • I śniadanie (ok. 11): woreczek ryżu z sosem pomidorowym;
  • II śniadanie (ok. 13): mała miseczka lodów;
  • obiad (ok. 17): pieczone ziemniaki i 2 kotlety mielone;
  • podwieczorek (ok. 21): sałatka jarzynowa;
  • kolacja (ok. 1): pierogi (tak wiem, że mi nie wolno no ale musiałam…);

 

Trening:

  • 20 brzuszków,
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;
  • 2 x 20 ćwiczeń na łydki;
  • 2 x 20 ćwiczeń na uda;
  • 3 x 20 przysiadów;

 

Udało mi się załapać do pracy. Niby nic takiego – jednorazowa praca w cateringu – obsługa „balu”, ale zawsze jakieś pieniądze. Przez cały dzień jakieś notatki, projekty i koło 17 zaczęłam się szykować. Prysznic, ubrałam się ładnie (biała bluzka i czarna spódnica) i na tramwaj. Generalnie miałyśmy tam być na 18, ale pół godziny przesiedziałyśmy na ławce zanim się nam szef ogarną ze wszystkim. Poszłyśmy na salę i jako, że mam doświadczenie w obsłudze roll baru byłam na sali z barmanem, a reszta dziewczyn piętro wyżej obsługiwały przy jedzeniu. Barman nauczył mnie robić Mojito, a tak poza tym to było piwo i wódka z colą lub spritem. Z początku byli sami faceci i wiem, że robili słodkie oczka tylko dlatego żeby dostać darmowy alkohol. No ale i tak fajnie było. Potańczyłam sobie z kilkoma chłopakami, jeden za darmowe piwo pokazał mi sztuczkę karcianą. Naprawdę była super. Najlepsze było na koniec. Przyszedł czas do rozliczeń. Wszystkie dziewczyny dostały kasę no i szef się pyta czy ktoś jeszcze, to mówię, że jeszcze ja, a on.

„Z Tobą się później rozliczę.”

Pierwsza myśl: „Co ja przeskrobałam? Może to za tańczenie z chłopakami, no ale on też i pił i się bawił…”. Chwilę później jak dziewczyny gdzieś się rozeszły szef mówi do mnie

- Ile godzin? (bo miałyśmy płacone od godziny)

- Nie wiem ile (bo nie miałam zegarka), ale tak jak dziewczyny (a widziałam, że która godzina by nie była i tak dostały o dychę więcej niż liczyłam, że dostaniemy).

Wyjął kasę, liczy, liczy i daje mi moją wypłatę. Tak szybko zobaczyłam, że jest więcej niż dziewczyny dostały, więc nawet nie liczyłam ile dokładnie tylko schowałam do kieszeni żeby nie widziały.

- Ja organizuję dużo takich imprez i potrzebuję sprawdzonych ludzi. Najlepiej jakbyś napisała do mnie maila. Masz do mnie kontakt?

Nie mogłam uwierzyć! No ok. to nie była nasza pierwsza współpraca, bo rok temu jak był zjazd harlejowców z całego świata to też stałam i przez trzy dni a raczej przez trzy noce nalewałam im piwo. Teraz na juwenalia cały dzień stałam na backstage’u za roll barem i nalewałam piwo dla artystów (i wolontariuszy). Ale mimo tych (teraz) trzech razów nie sądziłam, że zaproponuje mi prace ;) Także bardzo, bardzo się cieszę. Zwłaszcza, że on z tego co słyszałam zajmuje się organizacją piwa na Woodstocku. Kilka dni ciężkiej harówki, ale za to zarobki całkiem fajne. W zeszłym roku z ciągu 3 nocy zarobiłam na nowy telefon. Także jako, że każda kasa się przyda cieszę się bardzo, bardzo, bardzo xD