RSS
 

Notki z tagiem ‘wyjazd’

Szalone dni

13 kwi

Ostatnie kilka dni było mocno zwariowanych. Nie przespane noce, litry energetyka i miliony spraw do załatwienia. Po tym jakże ponurym wtorku środa też nie zaczęła się szczęśliwie. Tak bardzo chciałam żeby dzień się skończył, że poszłam spać bez nastawiania budzika. Jak się to skończyło? Można się domyślić – zaspałam na zajęcia. Momentalnie się obudziłam jak sprawdziłam godzinę. Miałam 5 minut do tramwaju, więc szybko się ogarnęłam i poleciałam na przystanek. Okazało się, że tramwaj przyjechał 2 minuty za szybko i mi uciekł… Nie pozostało nic innego jak czekać na następny.

Jak zawsze średnio co 3 – 5 minut przejeżdża tramwaj i można się przesiąść na coś innego tak teraz nic! Przez bite 10 minut nic nie przyjechało!! W końcu patrze jedzie, ale jakiś taki dziwny. Na aplikacji widziałam, że to mój numer, ale nie miał żółtej tabliczki (zmiana trasy). Gdy podjechał bliżej wszystko się wyjaśniło – zjazd do zajezdni, czyli ni hu hu mi po drodze. No ale wsiadłam, bo stwierdziłam, że może uda się na coś innego przesiąść. Jak się drzwi zamknęły zobaczyłam, że za mną jedzie kolejny tramwaj, który już zawiezie mnie na uczelnie. Więc na najbliższym przystanku wysiadłam i poczekałam na następny tramwaj… Całość zajęła mi jakieś 15 minut… No po prostu… za ten czas już byłabym na uczelni i zdążyłabym jeszcze na te zajęcia gdyby tramwaj nie zawiał. Przez całą drogę zastanawiałam się, czy nie wydarzy się coś jeszcze. Przecież nieszczęścia chodzą parami, no ale udało się dojechać bez problemu, potem sprint i do sali weszłam z 25 minutowym spóźnieniem. Kolega mi pomógł z zadaniami, więc się wyrobiłam ze zrobieniem wszystkiego. Potem kolejne zajęcia i do domciu. Byłam strasznie śpiąca, ale nie mogłam pójść spać – nie mam na to czasu. Zrobiłam obiad, potem siadłam do robienia animacji. Przed 17 zebrałam się i pojechałam do kina z Panem A. Fajnie było. Niektóre sceny były takie, że wybuchaliśmy śmiechem, ale niektóre oglądałam przez palce, zaciskając rękę na udzie Pana A. (tak wiem fajnie to brzmi ;) ). Potem do domciu i znowu miałam robić animacje, ale tak mi się chciało spać, że położyłam się na 2 h. Wstałam się, wykąpałam, ogarnęłam i po północy przyjechali po mnie. Zaczęła się podróż do Warszawy.

Przez całą drogę nie spałam. Siedziałam z przodu i nawigowałam. Pogoda była paskudna. Padało, momentami nawet lało, a zaraz potem świeciło słońce. W pewnym momencie świeciło słońce i padał grad. Ogólnie nie ciekawie.

W stolicy byliśmy po 5 i mieliśmy 4 h do pierwszego spotkania. Zajechaliśmy do Maka i tu złamałam swoją dietę za co płaciłam przez cały dzień. Niestety jako tako nie było co zjeść, więc wzięłam jakąś kanapkę i frytki… Potem jeszcze się pokręciliśmy i spotkanie. Nawet, dobrze nam poszło. Co prawda straciliśmy połowę animacji, ale za to sponsor podsunął nam nowe pomysły. Potem szybko na kolejne spotkanie – moje. Co prawda było to moje spotkanie, ale ja tam byłam praktycznie od notowania. Ale gościu, z którym byłam umówiona też nie wiele mówił. Wymiana zadań była między kolegą – który w sumie tego nie organizuje, ale był na wcześniejszym pokazie i to samo tyczyło się drugiej strony. Dziewczyna, która z nimi gadała też ostatnio pomagała nam przy organizacji, ale nie była teraz do tego wyznaczona. Nawet sprawnie poszło więc nie było tak źle. Ledwo wyszliśmy i lecimy dalej, bo już byliśmy na styk na kolejne spotkanie. Oczywiście zanim znaleźliśmy miejsce do zaparkowania to spóźniliśmy się 15 minut. Potem w recepcji czekaliśmy jeszcze 5 minut na spotkanie. W sumie i tak nie wiele ustaliliśmy, no ale spotkanie było. Moim zdaniem najgorsze… Każdy, kto jechał miał tak jakby swoje spotkanie. Pierwsze było kolegi kierowcy, potem moje i my byliśmy przygotowani choćby pod tym względem, że mieliśmy spisane o czym pogadać. A tu? Wszystko na spontanie, zero robienia notatek… a po wyjściu i tak wyszło, że o czymś zapomnieliśmy… No ale to:

Nie ważne

Wszystko co jest problematyczne to w trakcie rozmowy jest „Nie ważne”, albo „To później”. Trochę zaczyna mnie to wkurzać… no ale skoro to funkcjonuje tak od co najmniej 2 lat to chyba jest to „Nie ważne”.

W każdym razie wracając do wyjazdu. Chcieliśmy jak najszybciej wyjechać z Warszawy. Minęliśmy jakieś 3 – 4 km korka na wjeździe do Warszawy i cieszyliśmy się z całego serca, że to nie w nasza stronę. W połowie drogi już mi tak strasznie oczy leciały… Stwierdziłam, że tak na chwilkę zamknę oczka i się trochę zrestartuję. To mi często pomaga, ale byłam tak zmęczona, że zasnęłam. Obudziłam się chwilę przed zjazdem na obiad. Zjedliśmy bardzo dobry obiadek w jakieś restauracji obok stacji benzynowej i w drogę. Nie wiele spałam, ale bardzo mi pomogło.

O 19 byliśmy już z powrotem. Podjechaliśmy pod mój domek, szybko się przebrałam, zostawiłam co mi nie było potrzebne i pojechaliśmy na uczelnie. Zdaliśmy raport z wyjazdu (nasz zwięźlejszy, kolegi z ostatniego spotkania nie koniecznie) i na komisję ds. kultury. Okazało się, że będę mieć własny projekt. Pracowaliśmy, więc nad programem wydarzenia i całą otoczką przygotowania. Choć to w sumie nic takiego to i tak jest nie wiele czasu. Ma się ono odbyć jeszcze przed majówką, a po drodze święta, wyjazd do Warszawy i praca… Zapowiada się ciekawy miesiąc xD

Po komisji pojechałam na imprezę integracyjną z juwenaliów, ale niestety przez rzeczy ważne i ważniejsze jak przyszłam do klubu to była już stypa. Posiedziałam godzinkę i pojechałam do domu.

Łóżeczko było takie wspaniałe…

„Rano” obudził mnie telefon od Pana A. Jeszcze godzinę leżałam w łóżku i gadaliśmy. Potem trzeba było wstać i ogarnąć jakieś śniadanie. Po śniadanku – animacje. W sumie z Panem A. przegadaliśmy jakieś 4 h – mamy darmowe do siebie, więc możemy gadać xD

Koło 19 stwierdziłam, że nie mogę… idę spać. Miałam się przespać 2 h i wrócić do animacji, no ale wyszło jak zawsze. Najśmieszniejsze i najstraszniejsze za razem było to, że jak zadzwonił mi budzik to wyłączyłam go nie z myślą „Ja chcę spać dalej” tylko „Jeszcze nie skończyłam projektować animacji”!! Jak przestawiałam budzik na godzinę później nie byłam w stanie zapanować nad oczami. Latały we wszystkie strony. Czułam się jakbym była naćpana, albo bardzo, bardzo mocno pijana. Wiedziałam co chcę zrobić i jak, ale nie widziałam co robię! Próbowałam się skupić na wyświetlaczu, ale oczy latały mi we wszystkich kierunkach. W końcu udało mi się przestawić budzik o godzinę… i o kolejną. W końcu wstałam po 22. Wrobiłam sobie herbatę i siadłam do animacji.

Straciłam poczucie czasu i jak stwierdziłam, że ok. jeszcze tylko raz obejrzę czy wszystko gra i idę spać było już po 3 w nocy. Położyłam się przed 4 nad ranem.

Nie było mi niestety dane się wyspać. Nie dość, że śniły mi się animacje to jeszcze budzik zadzwonił po 4 h. No cóż. Trzeba wstać i się ogarnąć, bo szkolenie do pracy. Pojechałam na to szkolenie i nawet całkiem, całkiem mi szło. Potem podróż do laboratorium, gdzie już siedzieli chłopaki z koła. Ponieważ nie znam się na elektronice, szukałam inspiracji do animacji. Kolega rzucił mi challenge – animacja kaczuchy. Siedziałam nad tym dobrych kilka godzina ale zrobiłam 1:22 (minutę 22 sekundy) animacji. Jestem z siebie bardzo dumna. W między czasie jeszcze zakupy na grilla i grill na obiad. Jak skończyłam to dostałam kolejny challenge na animację macarena, ale to jeszcze nie skończone. Koło 20 zaczęliśmy myśleć o kolacji. Chłopaki chcieli pizze, ale ponieważ ja nie mogę normalnej to stanęło na tym, że pojedziemy na zakupy i zrobimy własną. Jak to studenci elektroniki – sprzęt znajdziemy xD. Nawet piekarnik mamy w laboratorium!! Co prawda to wypalania płytek, ale do pizzy też się nada. Pojechaliśmy, więc na zakupy. Jako że byłam jedyną osobą nie pijącą to byłam kierowcą. Byłam pewna, że kolega nie da mi samochodu. Nie znamy się i jeszcze do tego jestem dziewczyną, ale dał bez problemu. Pojechaliśmy więc. Niestety nie znaleźliśmy mąki kukurydzianej – były wszystkie tylko nie kukurydziana (!!) – więc wzięliśmy normalną, resztę składników do pizzy i na pizze, a dla mnie sałatkę. Wróciliśmy, kolega jeszcze ogarnął miskę i było super. Cisto zrobiłam bardzo szybko i w sumie nie jest takie trudne do zrobienia. Ponieważ piekarnik maleńki, „blaszki” też dużej powierzchni nie miały to pizze były maleńkie. Z jednej porcji upiekły się 2 pizze. Co prawda ciasto się nie dopiekło i boczek wszystkim sprawił problem to zjedli i chcieli jeszcze jedną. Nie wiem czy z głodu, czy że dobra wyszła no ale zrobiłam i zjedli. Nawet nie wiem jak smakowała, bo tylko narzekali na boczek, że nie można go pogryźć, ale to nie ja wybierałam. Jeśli jeszcze kiedyś będą chcieli pizze to znaczy, że było ok.. Jeśli nie to wiadomo…

No ale trzeba było w końcu wrócić do domu i pójść spać. Ile można wlewać w siebie energy drinki. W domu byłam przed 4 bo oczywiście jeszcze jakaś kontrola na pks… No nie mają kiedy robić… Staliśmy jakieś 10 minut, bo kierowca musiał wypełnić jakieś papiery…

A dzisiaj od rana pierwsza myśl?

ANIMACJE!!

 

Kolejne dni też zapowiadają się ciekawie…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Dużo obowiązków – sens w życiu

03 kwi

Przez ostatnie dwa dni bardzo dużo zmieniło się w moim życiu. Doszły mi nowe obowiązki i w końcu studia nie są samym studiowaniem, ale też zdobywaniem doświadczenia w organizacji imprez i ogarniania systemu.

  1. Starostwo – od pierwszego semestru jestem starosta na kierunku. Choć czasem mnie wkurzają niemiłosiernie to jakoś daję radę. Mam pod sobą do ogarnięcia ok. 330 osób…
  2. Komisja stypendialna – co prawda od 3 semestrów w niej jestem, ale w sumie dopiero teraz zaczynają mnie tak poważnie traktować.
  3. Komisja juwenaliowa – już drugi raz tym bardziej trochę aktywniej organizacja juwenaliów mojej uczelni.
  4. Komisja ds. Kultury – najprawdopodobniej będę mieć na głowie jeden z dość dużych projektów. Jednocześnie się cieszę i boję. To jednak duża odpowiedzialność zorganizować imprezę dla prawie 34,5 tys. studentów, ale jednocześnie fajna sprawa i mega doświadczenie.
  5. Projekt P.I.W.O. – pewnie każdy wie co to ;) Zostałam zaproszona do logistycznego ogarniania pokazów itd. To też duże wyzwanie – załatwić pozwolenia, noclegi, sponsorów…
  6. Studia – tak… tu też jest co robić.
  7. Praca – możliwe, że uda mi się załatwić fajną weekendową pracę.

 

Jakoś tak im więcej mam na głowie tym lepiej mi się ogarnąć. Jakoś tak lepiej umiem rozplanować swój czas. Bo jak mam coś zrobić i mam na to dużo czasu to oczywiście robię na ostatnią chwilę… a potem wyrzuty sumienia, że tyle czasu zmarnowane. Teraz mam trochę na głowie… I za tydzień wyjazd ;) super!!

Trzymajcie za mnie kciuki ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Nowa dieta – motywacja rośnie

14 mar

Ze względu na zły stan zdrowia musiałam przejść na dietę bezglutenową. Jestem na niej od niedzieli, czyli już 5 dni.

Byłam u lekarza internisty i przy rutynowych badaniach po naciskała mi na brzuch. Gdzie by nie nacisnęła to bolało. Stwierdził, że mam podrażniony żołądek i jelita i żebym spróbowała na 2 – 3 miesiące przejść na dietę bezglutenową. Na następny dzień byłam u doradcy żywieniowego. Dobrze się złożyło z tymi wizytami. Stwierdził, że skoro nie toleruję mleka to mam odstawić też wszystkie produkty mleczne – sery, jogurty – a także produkty pochodzenia zwierzęcego – mięso, jajka, ryby. Z racji zawartości glutenu muszę odstawić wszystkie produkty zbożowe – chleb, makaron, wszystko co z normalnej mąki. Jeśli chodzi o czas posiłków to tez zmienił moje myślenie. Stwierdził, że uczucie głodu to najlepszy przyjaciel, gdy jest się na diecie. Jeśli odczuwa się głód to znaczy, że organizm chce pożywienia i że wszytko strawił. Nawet jeśli oznacza to jedzenie 1 – 2 razy dziennie. Jeśli nie czuję głodu to póki nie jest to chorobliwe to jest ok. i nie muszę pilnować pór posiłków.

Jedyne więc co pozostaje mi do jedzenia to:

  • produkty zbożowe: ryż i kasza, produkty z mąki kukurydzianej lub ryżowej;
  • tłuszcze: masło, olej roślinny, oliwa z oliwek;
  • owoce, warzywa: wszystkie;
  • ziarna: orzechy, słonecznik, dynia;
  • słodycze: miód, dżem, ciastka i ciasta oznaczone jako bezglutenowe;
  • napoje: herbata, kawa naturalna, soki owocowe, woda, kompoty;
  • przyprawy: sól, pieprz ziołowy, przyprawy jednoskładnikowe, ocet, bezglutenowy sos sojowy;
  • inne: proszek do pieczenia bezglutenowy, soda oczyszczona, draże;

 

Ewentualnie, jeśli nie mają glutenu i nie są pochodzenia zwierzęcego:

  • produkty zbożowe: płatki kukurydziane;
  • tłuszcze: majonez, gotowe sosy;
  • owoce, warzywa: suszone owoce, produkty warzywne przetworzone;
  • słodycze: żelki, nadziewane cukierki, batony, gotowe budynie, czekolada, czekoladki, chipsy, cukier waniliowy;
  • napoje: kawa rozpuszczalna, napoje owocowo – warzywne;
  • przyprawy: mieszanki przypraw, kostki bulionowe, ketchupy, sosy w proszku, gotowe sosy
  • inne: leki i suplementy diety, niektóre aromaty;

 

Całkowicie zabronione:

  • pszenica, przenżyto, jęczmień, żyto, zwykły owies, kuskus;
  • mięso, ryby, jaja (z powodu nie tolerancji laktozy)
  • produkty mleczne (z powodu nie tolerancji laktozy)
  • tłuszcze: olej z kiełków pszenicy;
  • owoce, warzywa: warzywa panierowane, warzywa z tartą bułką;
  • słodycze: ciasta i ciastka upieczone z mąk zawierających gluten lub zwykłych proszków do pieczenia, zawierające słód jęczmienny;
  • napoje: kawa zbożowa, kakao owsiane, napoje słodzone słodem jęczmiennym, piwo;
  • przyprawy: zwykły sos sojowy;
  • inne: zwykły proszek do pieczenia, zwykłe komunikanty;

Przez pierwsze dwa dni ciągle chodziłam głodna i myślałam co mogę zjeść. Było cholernie ciężko. Potem jak już się zaczęłam przyzwyczajać było ok. Jeden minus jest taki, że do dosyć droga dieta. Warzywa i owoce robią się tańsze, ale i tak dużo kasy na to schodzi. Aby potwierdzić tą diagnozę – celiakię – wykonywane są badania, ale nie wiem czy są one konieczne. Jak tylko zjem, albo wybije coś niedozwolonego od razu zaczyna boleć mnie brzuch. Wczoraj na wyjeździe zjadłam czekoladę – bardzo źle się to skończyło. Dostałam skurczów podbrzusza i to bardzo, bardzo bolesnych. Gorzej niż okres… To nie było fajne. Tak samo było jak napiłam się piwa… kilka łyczków – to był duży błąd.

Na diecie złożonej z samych warzyw i owoców szybko waga powinna spaść ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Praca nad sobą, Zdrowie

 

Postępy

12 mar

Skończyły mi się czyste spodnie a tu wyjazd i w co się ubrać?! Zaczęłam więc szukać moich starych spodni. Znalazłam kilka par, które były na mnie za małe, a które zostawiłam w nadziei, że kiedyś nadejdzie taka chwila jak dziś. Zmierzyłam 4 pary.

Jedna za duża xD

Dwie dobre ;)

Jedna wciąż za mała :(

Jestem z siebie dumna. Wszystkie rzeczy robią się na mnie za duże co bardzo cieszy, choć oczywiście są minusy. Wyglądam w nich bardzo źle… jak w worku! No ale nie kupie teraz nowych skoro nie jestem nawet w połowie tego gdzie chcę być! ;( Stanik powinnam mieć 3 rozmiary mniejszy!! Choć miseczka ta sama to w obwodzie pod biustem jest dużo, dużo mniej niż było xD

Ale coś z tej szafy trzeba wymyślić. Staram się jak mogę żeby wyglądać jakoś do ludzi i jeśli zakładam za duże spodnie – odwracam uwagę bluzką, włosami itd. I chyba działa xD

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

To był zły dzień

20 gru

To był bardzo zły dzień…

Uciekły / spóźniły mi się chyba wszystkie możliwe tramwaje i autobusy.

Ale zacznijmy od początku.

Rano była poważna walka ze sobą żeby wstać.

Jak mi się już udało wstać to stwierdziłam ze w sumie nie wiele mam na śniadanie. Ledwo wystarczyło mi dżemu. No ale ok. – to tylko śniadanie.

Wychodzę na tramwaj… jak zawsze się spóźniał tak dzisiaj przyjechał troszkę wcześniej… Jednym słowem – nawiał.

Poszłam na przystanek i stwierdziłam, że pojadę czymkolwiek na przesiadkę, bo jak poczekam na kolejny tramwaj (który jest za 12 minut, a znając życie się spóźni, albo nie przyjedzie) to już w ogóle się spóźnię.

Wsiadłam do tramwaju i jadę. Stoję na światłach i podjeżdża tramwaj (po prawej stronie krzyżówki), w który miałam się przesiąść. Walka – kto pierwszy będzie miał zielone światło – przegrałam…

Potem staliśmy znowu na czerwonym świetle i tramwaj mi uciekł.

Potem znowu staliśmy na każdym czerwonym świetle i kolejny tramwaj na przesiadkę mi uciekł.

Wysiadam na ostatnim możliwym przystanku, z którego odjeżdżają prawie wszystkie tramwaje na  uczelnię. Patrzę na tablicę i okazuje się, że najbliższy interesujący mnie tramwaj jest za 2  minuty. No to myślę sobie udało się chociaż tu. Dosłownie spuściłam wzrok z tablicy, patrze a tu jedzie tramwaj – ten na który nie chciałam czekać…

Teoretycznie różnica czasu między trasą tramwaju, na który nie chciałam czekać a tego, którym jechałam jest 2 minuty. Licząc, że tramwaj przyjechał jakoś 3 – 5 minut po tym, który mi uciekł powinnam trochę poczekać a tu nie…

Zaczęłam się zastanawiać czy nie powinnam jak najszybciej wysiąść z tego tramwaju i przesiąść się do innego… To było takie podejrzane, że akurat tym tramwajem było mi pisane dojechać na uczelnię.

Nie ogarniam tych tramwajów…

Jak wracałam do domu parze na rozkładzie jest 5 minut. Myślę sobie spoko – tyle zaczekam. Dosłownie minuta nie minęła a na rozkładzie jest, że mój tramwaj ma być za minutę… Chwila moment i był. Nie wiem czy one dzisiaj łamią czasoprzestrzeń czy jak…

Dobra dojechałam do domu, pakuje się sprzątam i miałam autobus za 20 minut i czekać pół godziny na moją siostrę czy jechać za 40 i być o czasie. Ponieważ nie wiedziałam, o której konkretnie moja siostra będzie, a ja tez jeszcze byłam w proszku więc stwierdziłam, że pojadę tym późniejszym i nie będę marznąć.

Wychodzę na przystanek przed czasem a tu się okazuje, że tramwaju nie ma… miał ponad 10 minut spóźnienia i zaraz za nim jechał drugi już planowo… Oczywiście nie zdążyłam na przesiadkę…

Jest taka aplikacja do śledzenia gdzie jest dany tramwaj i autobus – okazało się, że prawie wszystkie autobusy, którymi mogłam jechać są przede mną (4 autobusy, praktycznie jeden za drugim). Tylko jeden był za mną ale miał być dopiero za godzinę!!

A więc Siostra chcąc nie chcąc musiała po mnie przyjechać, a nie tylko zgarnąć mnie po drodze…

Do tego wszystkiego stałam w deszczu bez parasola…

Po prostu dzień świra!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Pogoda na przekór

16 wrz

Wczoraj obiecałam sobie, że dzisiaj pójdę na rower.

 

Wstałam rano, zjadłam śniadanie, obejrzałam z koleżanką serial, trochę się pokręciłam, trochę posprzątałam i zjadłam drugie śniadanie. Myślę sobie dobra idę póki nie pada.

Wychodzę z domu zaczyna kropić. Myślę sobie „Muszę jeszcze skoczyć do sklepu to może akurat przejdzie”. Zanim wysiadłam z tramwaju przestało. Myślę sobie „Spoko, szybkie zakupy i rower.”

Wychodzę ze sklepu nie pada. „Super”

Musiałam wypożyczyć rower miejski, bo mojego mi jeszcze rodzice nie przywieźli, więc idę do stacji rowerów i oczywiście zaczyna padać. Myślę sobie „No nie… Ale i tak mnie to nie zniechęci!”

Wzięłam rower – jedyny czerwony, bo wszystkie są srebrne – i pojechałam. przez całą drogę padało. Raz siąpiło, raz trochę mocniej popadywało, ale jednak ten deszcze gdzieś tam był.

Dojechałam do okulisty, schodzę z roweru – przestaje padać. Myślę sobie „Spokojnie… Bez nerwów…”

Poszłam do okulisty, tam chwilę posiedziałam, wychodzę nie pada – „Super. biorę rower i jadę”

Ledwo odpięłam rower zaczyna padać. Nie chcecie wiedzieć co wtedy pomyślałam…

Stwierdziłam „Dobra jadę, najwyżej jak się mocno rozpada to dojadę do najbliższej stacji i do domu wrócę tramwajem albo autobusem”

Jak jechałam to znowu padało tak ni w pi ni w oko… raz siąpiło, raz straszyło, raz jechałam między kroplami.

Jestem już koło domu – a ode mnie do stacji żeby przypiąć rower mam jeszcze ponad 3 przystanki tramwajem – i zaczęło już tak mocno padać… Niestety ta stacja, przy której miałam oddać rower była najbliżej… Więc jadę szybko do tej stacji, a tu oczywiście światła… Jedne, drugie…

W końcu dotarłam… Oddałam rower, idę na tramwaj żeby do domu wrócić, wsiadam do tramwaju – pada – i to tak mocno. Wysiadam prawie nic nie pada…

Wróciłam do domu nie pada… Nie wiem czy od tamtej pory jak wróciłam padało, ale jak tak to nie zauważyłam.

 

Byłam taka zła na ta pogodę… Jak tylko się zbliżyłam do roweru to zaczynało padać. Jak wracałam to stwierdziłam, że zjem obiad i dalej bym poszła pojeździć, ale z taką pogodą i takim szczęściem do deszczu to nie będzie to miła przejażdżka… Zostałam więc w domu.

 
 

Powrót do rzeczywistości – 25 sierpnia (niedziela)

27 sie

Dzisiaj rano pobudka bardzo wcześnie rano i bardzo dziwna.

O 5 nad ranem nagle wchodzi do pokoju gościu na oko ok. 27 lat w samych majtkach. W pierwszej chwili myślałam, że to właściciel, ale co on by robił u nas tak wcześnie rano i to w samej bieliźnie? Jak usłyszałam – „No siema” – to już wiedziałam, że to nie właściciel. My się patrzymy na niego, on na nas i zorientował się, że pomylił pokoje – „A sorry…” – i wyszedł. My tak na siebie i Pan P. wstał zamknąć drzwi na klucz. Nie wiem jak to się stało, że były otwarte na noc… W każdym razie poszliśmy spać dalej.

Obudziłam się po 8, wzięłam rzeczy i poszłam się myć. Jak wyszłam to Pan P. już nie spał. Zjedliśmy śniadanko (wczorajsze kebaby i zupkę chińską) i na miasto. Przez cały czas widziałam jak mnie obserwuje, jak dotyka moje nogi i w ogóle. Od wczoraj rana ciągle słyszałam jakieś komplementy, uwagi dotyczące tego, że się zmieniam, że inaczej wyglądam i w ogóle… Aż mi głupio było. Cały czas się zastanawiałam czy on tak serio czy tylko mówi to wszystko co chcę usłyszeć… Nie wiem…

Poszliśmy na miasto połazić między straganami. Kupiłam sobie i Panu A. taki komin, który można zakładać na milion rożnych sposobów – czapka, opaska, gumka, szalik, jako chustka na głowę, kominiarka itd. Potem jeszcze miśki dla dzieci kuzynki, która mnie przygarnęła na czas przed wyjazdem, po wyjeździe i na czas późniejszego szukania mieszkania.

Jeszcze spacerek nad morzem (doszliśmy plażą do Trzęsacza i z powrotem) i na obiad. Oczywiście rybka, bo dawno rybki nie jedliśmy, potem mała rundka po sklepach. Kupiłam sobie jeszcze spódniczkę – zieloną, jakbym mało miała zielonych rzeczy ;P – i na lody. Poszwendaliśmy się jeszcze po mieście dla zabicia czasu i powrót do ośrodka, po rzeczy.

Rano jak wychodziliśmy to musieliśmy się wykwaterować, ale właściciele powiedzieli, że możemy zostawić rzeczy żeby się z nimi nie nosić. Wróciliśmy, przebrałam się (bo miałam krótkie spodenki, a jak w środku nocy wysiądziemy z autobusu to będzie zimno) i na pks. Tam siedzieliśmy trochę czasu, bo przyszliśmy za szybko, ale lepiej być wcześniej niż biec i bać się, że się nie zdąży. W końcu przyjechał autobus i co bardzo nas zdziwiło zapłaciliśmy dużo, dużo mniej niż jak jechaliśmy nad morze. Tak samo było jak jechaliśmy do Gryfic.

Do Gryfic – 10 zł
Z Gryfic – 5,20 zł

Do Rewala – 78,5 zł (chyba, bo nie mogę znaleźć biletu)
Z Rewala – 45 zł

Jak wsiedliśmy do autobusu to gadaliśmy trochę, ale chwilę później poszłam spać. Tym razem bardzo dobrze mi się spało. Zdecydowanie wolę jechać na noc.

Jak przyjechaliśmy do Wrocławia to Pan P. stwierdził, że musi mnie odstawić pod sam dom. No to poszliśmy na nocny, ale oczywiście musieliśmy prawie godzinę na niego czekać. Rozrywkę zapewnił nam jeden pijany chłopak, który mimo że chodził tak jakby mu nogi przeszkadzały to przechodząc przez ulicę (po której nic nie jeździło oprócz nocnych autobusów i tramwajów) patrzył w obie strony czy nic nie jedzie. Potem przytulił się do znaku, chodził przy barierce jak małe dziecko, aż w końcu kleknął przy niej jak przy klęczniku w kościele i tak chwilę klęczał. Potem poszedł gdzieś tam za róg, albo raczej chciał pójść, bo się wywrócił i tak leżał chwilę. Całe szczęście, że ludzie pijani rzadko kiedy robią sobie krzywdę. Tak jakby alkohol zmiękczał kości – choć mam kolegę, który po pijaku poważnie wybił sobie łokieć i rano jak się obudził był bardzo zdziwiony skąd ma gips na łapie. No ale „kolega” wstał i znowu doszedł do krawężnika, popatrzył w dwie strony i przeszedł na drugą stronę. Ktoś bardzo wredny postawił mu na drodze barierki do przypinania rowerów. Więc przeszedł przez jedną barierkę, potem przez kolejną, przy której stał rower (jego też omijał górą) i poszedł dalej. Bardzo lubię takich ludzi. Są wtedy tacy szczerzy i zabawni. No chyba ze robią się natrętni… To wtedy już nie jest fajne…

Podjechał autobus, Pan P. odstawił mnie pod sam dom i pojechał do siebie. Niestety musiałam zbudzić kuzynkę, żeby mi drzwi otworzyła, ale zarz poszliśmy dalej spać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 24 sierpnia (sobota)

27 sie

Wstaliśmy rano, zjedliśmy rybkę i poszłam się myć. Wykąpałam się, umyłam włoski i niestety zapomniałam kremu więc musiałam wyjść do pokoju. Ubrałam strój i wyszłam. Od razu widziałam, że zwrócił na mnie uwagę. Weszłam z powrotem do łazienki i jak wyszłam to już w sukience (takiej do połowy uda) i w kręconych włosach (same mi się kręcą, ja tylko im trochę pomogłam pianką). Widziałam, że się na mnie cały czas patrzy jak ścieliłam łóżko, jak sprzątałam itd. Od tamtej pory zaczął się zachowywać zupełnie inaczej niż do tej pory.

Powtarzał, że ładnie wyglądam, że pasuje do mnie ta sukienka i cały czas się na mnie patrzył. Aż głupio mi było.

Zebraliśmy się i pojechaliśmy do Gryfic do weterynarza. Widziałam w autobusie, że cały czas patrzył się na moje nogi. Jak łaziliśmy po mieście to oczywiście z GPS’em, bo nam się trochę spieszyło i nie było czasu na błądzenie. Głupio mi było jak jacyś starsi panowie i dziadki się na mnie patrzyli. Panu P. stwierdził, że wystarczyło, że założyłam spódniczkę a już wszyscy zatrzymują się i puszczają na pasach. Jeden tekst mnie powalił:
- Mogłam wziąć te szpilki, ale może to i lepiej…
- Dobrze, że nie wzięłaś. Chcesz żebym patrzył na GPS, a nie tylko na Twoje nogi?
Ogólnie cały dzień powtarzał, że bardzo się zmieniłam itp.

Jak dotarliśmy do weterynarza to musieliśmy odstać swoje w kolejce. Jak weszłam okazało się, że trafiliśmy na dobrego weterynarza. Popatrzył Myśkowi do oka, bo drugie mu zaczęło ropieć. Dostał kropelki do tego oka i chyba mu od razu pomogło, bo zaczął je otwierać. Weterynarz powiedział żebym zwracała uwagę na to jakie ma trociny, bo do paczek ładują wszystko łącznie z pyłem, który jak kopie to wpada mu do oczu, nosa i uszu. Sianko powinno być takie, że jak się je weźmie to nie powinno się sypać, powinno pachnieć suszoną trawą,  nie stęchlizną i pleśnią.

Nie wiem skąd się to bierze, ale jak jest mi zimno to robię się gorąca, za to jak jest ciepło to jestem zimna i bardzo szybko się chłodzi mi skóra. Panu P. bardzo spodobał się ten stan. W autobusie się przytulał do moich rąk a zwłaszcza mu się podobało, że mógł dotykać mnie po nogach.

Po powrocie zostawiliśmy Myśka, przebrałam się i zjedliśmy trochę rybki.

Wyszliśmy nad morze i owszem podmyło mnie morze. Pan P. za wszelką cenę chciał mnie rozebrać wykorzystując do tego celu morze. Chwila przerwy na obiad i z powrotem nad morze. Zdjęłam spodnie, sukienkę i w samym stroju weszłam do morza. Zaczęło mnie zalewać. Na początku woda była zimna, ale potem już była cieplutka :) Dziwnie się na nas ludzie patrzyli jak wchodziliśmy do morza żeby się kąpać.

Jak już się zimno zrobiło poszliśmy na lody. Potem się przebrać, bo strój jednak trochę bardziej mi zmókł niż myślałam i jak założyłam sukienkę na mokry stanik to woda przeszła na sukienkę. Na zachód słońca już nie zdążyliśmy, ale poszliśmy się przejść po mieście.

Zgłodnieliśmy bardzo więc poszliśmy na kebaba. Tak wiem, że nie powinnam, ale dieta też miała urlop. Musieliśmy spróbować kebaba, do którego ustawiała się taka mega kolejka, o której byśmy koło niego nie szli. I tak szczerze mówiąc było warto :) Nie zjedliśmy całych. Zapakowaliśmy do plecaka na rano.

Po powrocie do pokoju jak Pan P. poszedł się myć zaczęłam ćwiczyć:

  • 5 serii x 20 brzuszków
  • 2 serie x 20 brzuszków w prawo + 20 brzuszków w lewo
  • 2 serie x 20 brzuszków na dolne partie brzucha
  • 1 seria x 20 pompek

 

A potem zasnęłam nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

***

Dziwnie było przez cały dzień słuchać komplementów, widzieć te jego spojrzenia. I to stwierdzenie „Jesteś jedyną dziewczyna, o której zmieniłem zdanie”. Stwierdził, że skoro nie może liczyć na nic więcej to chociaż mnie do stroju rozbierze… To było dziwne. Jak się poznaliśmy to, mimo że miał wtedy dziewczynę, powiedział, że nie jestem w jego typie… Mam nadzieję, że się we mnie nie zakocha…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 23 sierpnia (piątek)

27 sie

Rano pobudka o 3:30. Wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam herbatkę zieloną i w drogę.

Spotkałam się z przyjacielem koło pks’u i poszliśmy na przystanek. Czekamy, czekamy a autobusu jak nie było tak nie ma. Przez całą drogę porannym autobusem zastanawiałam się czy to nie jest przypadkiem autobus z rezerwacjami, ale stwierdziłam, że bez przesady – aż tyle osób nie będzie jechać, żeby już biletów nie było. Okazało się, że bez zrobienia rezerwacji autobus nie przyjechał… Poszliśmy wiec na pks, bo stamtąd mieliśmy kolejny autobus. Nim już udało się pojechać. Jednak na tym wrażenie się nie skończyły. Tuż przed Zieloną Górą zatrzymała nas inspekcja transportu drogowego i wyrywkowo sprawdzili nasz autobus… Na szczęście nie trwało to wieki. Z niewielki opóźnieniem (prawie żadnym, bo jakieś 4 – 5 minut) dojechaliśmy na miejsce. Po drodze na kwaterę jeszcze szukaliśmy weterynarza, ale okazało się, że google maps kłamało i weterynarz nie był w Rewalu tylko w wiosce oddalonej o 7 km, gdzie i tak nikt nie odbierał.

Ponieważ był już za późno żeby gdziekolwiek iść zostawiliśmy bagaże, zjedliśmy obiadek (zupka chińska), dałam trochę pić Myśkowi i poszliśmy przywitać się z morzem.

Połaziliśmy trochę brzegiem morza mocząc nogi, potem suszyliśmy je w piasku. Fajnie cieplutko było. Kupiliśmy rybcię wędzoną i poszliśmy zjeść kolację. Po drodze jeszcze wstąpiliśmy po bobo frut dla Myśka i strzykawkę.

Wzięłam trochę deserku do strzykawki i dałam Myśkowi. Zjadł niewiele, ale od razu było widać, że odżył. Zaczął chodzić po klatce, nawet w kółku pobiegał :) bardzo pocieszający był ten fakt. Zjedliśmy rybcię, przebraliśmy się i na zachód słońca.

Zdjęcia z zachodu w poprzednim poście ;)

Potem jeszcze pyszne lody i do domu spać. Byłam tak wykończona, że nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie