RSS
 

Notki z tagiem ‘waga’

Środa, 19-07-2017

19 lip

No i mija kolejny tydzień… Waga jak zaczarowana stoi, centymetr też jakoś specjalnie się nie rusza. Jedyny plus jest taki, że ja się czuje lepiej, że ćwiczy mi się łatwiej, że już nie mam zakwasów i że lepiej „wyglądam” w lustrze… Choć to pewnie tylko moje wyobrażenie siebie.

Jak pojechałam do domu to nikt nie powiedział „WOW super wyglądasz”, albo „dobrze Ci idzie”. Tak jakby nikt nie zauważył różnicy :( a z drugiej strony, nie było docinek, że muszę się wziąć za siebie, że jak tak dalej będę się zachowywać to będę gruba, chora i w ogóle… ale to też może dlatego, że ostatnio pokłóciłam się z mamą o to strasznie i powiedziałam, że to wcale mnie nie motywuje. Nie wiem czy ktoś coś zauważył :(

Wczoraj jak leżałam z chłopakiem i głaskał mnie po policzku usłyszałam najmilsze słowa w ostatnich dniach :)
- jak tak dalej będzie to będę Cię musiał głaskać po nosie, bo nic z Ciebie nie zostanie.
To było takie szalenie miłe :) Zwłaszcza, że sam zaczął zauważać :) [skomentował jeszcze coś, ale nie mogę przytoczyć ;P]

Rozpisałam sobie plan treningowy i trochę go uzupełniłam :) Wczoraj jak go przerobiłam, to nie dość, że w końcu wszystko udało mi się zrobić to jeszcze nic mnie nie bolało! Czułam się cudownie!! Dzisiaj będę musiała trochę podkręcić tempo. Mam nadzieję, że dam radę :) MUSZĘ DAĆ!! W końcu siostra poprosiła mnie na światka! Muszę wyglądać super, żeby nie zepsuć jej fotografii weselnej :) Poza tym, już wcześniej marzyła mi się taka sukienka na jaką nigdy nie mogłam sobie pozwolić. Chcę wyglądać i czuć się pięknie. A skoro jest cel z konkretna datą to muszę to wykorzystać! Początek wakacji to jak widać za słaba motywacja, ale wesele? To zupełnie co innego. Zwłaszcza, że będę na niższym stopniu świecznika :)

No to co? LECĘ DALEJ!!!

P.S. Dzisiaj jak się szykowałam, i stanęłam w łazience przed lustrem, bez specjalnego napinania mięśni miałam tak płaski brzuch jak nie pamiętam kiedy! To takie cudowne uczucie było!!

 

Piątek, 14-07-2017

14 lip

Znowu magiczna granica na wadze… tak jakby się zepsuły pierwsze dwie cyfry… No masakra! To takie domotywujące… Do tego rozłożyło mnie przeziębienie. Przewiało mnie w pracy, bo klima wieje mi po plecach… a w weekend impreza w domu! To jakaś porażka! Chce do domu!

Jeszcze większa porażka – moje ćwiczenia… Przedwczoraj nic! Wczoraj zmotywował mnie chłopak to zrobiłam serię brzuszków… A reszta? To jakaś porażka! Jestem zmęczona, wykończona wręcz. Chce mi się spać i nie mogę się skupić na pracy. Straciłam wenę do układania posiłków i dzisiaj rano przy śniadaniu zdałam sobie sprawę z tego, że w sumie nie mam nic „super” na obiad… Ciągle to samo!

Przed wczoraj zdałam sobie sprawę z tego ile razy i ile lat próbowałam coś ze sobą zrobić… To przerażająca liczba! 6 LAT!! W tym czasie gdybym chudła średnio 0,3kg MIESIĘCZNIE miałabym idealną sylwetkę! A tym czasem? Starałam się o siebie „dbać” przynajmniej 5 razy. I co? Zwykle kończyło się to wracaniem do „normalnego” jedzenia i powrotem wszystkiego!! Jest mi cholernie przykro, czuje się z tym mega źle i gdyby nie to, że jestem taka słaba to byłabym „idealna”… Nie… nie poddaje się. Mam tylko chwilę załamania i przemyśleń. To takie przykre podsumowanie. Mam nadzieję, że mi przejdzie.

 
 

Środa, 12-07-2017

13 lip

Jestem w szoku jak wiele zmieniło się w mojej głowie. Wcześniej było tak, że co zjadłam to zjadłam. Czy zdrowe czy nie, byle smaczne. Jadłam słodkie, czasem tylko sobie odmawiając. Wszędzie jechałam samochodem, a wymówką były duże zakupy. Czasem coś poćwiczyłam, ale bez rozpiski, jak mi się przypomniało. I pewnie jeszcze kilka grzeszków by się znalazło. A teraz? Patrzę co jem, liczę ci jem, pilnuje kiedy jem. Do tego więcej razy byłam na piechotę po zakupy w ciągu miesiąca niż przez rok. A co do ćwiczeń? To sami wiecie z tego bloga. Wczoraj wróciłam po pracy, zjadłam, odpoczęłam chwilę i przebrałam się do pracy :) Wzięłam jedną cześć ogrodzenia, papier ścierny, wyszłam na balkon i zaczęłam szlifować. Zajęło mi to 2,5h, ale uwierzcie, że było warto. Już pod koniec zadzwoniło mi powiadomienie, że czas na kolację, więc stwierdziłam, że już dokończę. Skończyła, posprzątałam, siadłam na kanapie i tak sobie myślę. Co ja mogę wyczarować z tej lodówki? Poszłam zobaczyć co mam, ale ciągle z tyłu głowy miałam „Halo! Nie ćwiczyłaś nic dzisiaj!”. W myślach usprawiedliwiałam się, że przecież to szlifowanie też można podciągnąć pod ćwiczenia, poza tym nogi muszą trochę odpocząć. Wyjęłam z lodówki jajka na jajecznicę, umyłam i już miałam je zważyć i zacząć robić kolację, ale… odłożyłam je bezpiecznie na blat i poszłam do łazienki. Popatrzyłam tak na siebie i tak trochę bezwiednie przebrałam się do ćwiczeń. Włączyłam muzykę, rozłożyłam przy kanapie matę i jazda :) Byłam tak okropnie zmęczona, ale taka szczęśliwa!! Prysznic i wróciłam do robienia kolacji. Czułam się tak fantastycznie, że jednak zmotywowałam się żeby poćwiczyć, że nikt sobie tego nie wyobraża! ;)

Dzisiaj jest już trochę gorzej. Wróciłam do domu, przygotowałam sobie kolację na wynos i zjadłam podwieczorek! Ze mną jest chyba coś nie tak! Miałam taką ochotę na majonez, że nie mogłam się powstrzymać! Zrobiłam sobie więc kanapkę, z cienką warstwą majonezu. Praktycznie nie było go czuć, ale zachcianka zaspokojona. Wychodziliśmy z chłopakiem wieczorem i tak się zastanawiałam…
„Kurde… co najdłużej będzie mnie trzymać, żebym nie była głodna? Zwłaszcza, że idziemy na imprezę, więc będzie jedzenie (grill i inne takie stanowiska, jak to na imprezach „masowych”), będzie pachnieć, będzie kusić” – zaczynam się bać własnych myśli ;P
Postawiłam na kanapkę z upragnionym majonezem, jogurt i sok grejpfrutowy. Całkiem dobrze mi to wyszło, bo przechodziliśmy obok jedzenia jakieś 2h od zjedzenia i nic :) Później na imprezie jak siedzieliśmy, to sobie po cichutku wyjęłam kanapeczki i zjadłam kolację :) Nic nie kusiło, no może zaczęłam się zastanawiać nad popkornem. Ale nie w kontekście, że mam ochotę (choć pewnie większość tak pomyśli ;P), tylko w kontekście tego ile ma wartości odżywczych, jaki ma indeks glikemiczny, oraz jak bardzo niezdrowo go tutaj robią. Jak sobie to uświadomiłam to znowu się przeraziłam, o czym ja myślę!! Wróciliśmy do domu po 22. Musiałam jeszcze ugotować obiad i? No właśnie… ćwiczenia…  ale już była ta godzina… i byłam zmęczona… Wyrzucałam sobie, że nie zrobiłam tego przed wyjściem, ale musiałabym się wykąpać, nie że nie lubię, czy coś, ale musiałabym też umyć włosy. A nie zdążyły by mi wyschnąć do wyjścia. Jeszcze pod prysznicem jak dostałam nowa energię pomyślałam, że może chociaż chwilę brzuszki, albo przysiady, albo chociaż rowerek… ale nie… przecież znowu musiałabym się wykąpać… odpuściłam. Dzisiaj (w czwartek, 13-07-2017) jest mi przykro, że się poddałam wczoraj :( Ale jeden dzień nie zrujnuje przecież całej pracy nad sobą :) Dzisiaj (w czwartek) będzie lepiej :)

 

Wtorek, 11-07-2017

11 lip

Wczoraj był bardzo ciężki dzień… Ciśnienie takie, że tylko pójść spać. Nawet myślałam o kawie, ale się powstrzymałam. Na szczęście udało mi się wrócić do domu przed ulewą i wichurą. Po 18 zmotywowałam się do ćwiczeń. Tak mnie nogi bolały… ale udało się dobrze rozgrzać, tak że udało się poćwiczyć choć nie powiem zakwasy się odezwały. Nie wiem czy nie powinnam zrobić sobie przerwy, ale? Zrobiłam w końcu wszystkie ćwiczenia po 10sek (trening Anny Lewandowskiej)! Byłam szalenie zmęczona, ale dałam radę :) Potem jak rozciągałam nogi to mnie bolały jak nie wiem mięśnie z boku kolan, ale rozciąganie, prysznic i jest ok :)

Niestety miałam małego głoda w brzuchu… Wciągałam, to trochę soku, to trochę winogrona… słodkiego? Nie xD Szczerze to dopiero teraz przypomniałam sobie o tej czekoladzie w szafie :D Nawet nie pomyślałam!

A jeszcze jedna kwestia. Zaczęłam komponować posiłki z produktów o niskim indeksie glikemicznym – czyli nie powinno być takie „AAA MUSZĘ ZJEŚĆ!!! AAA SŁODKIE!!! I faktycznie nie ma :) za to mam tyle jedzenia, że nie jestem w stanie tego zjeść!! Po prostu tego jest za dużo! Warzywa i owoce (tak do godziny 18) mają niska kaloryczność, mało węglowodanów, białka, a zwłaszcza tłuszczu. Można je jeść w ogromnych ilościach – mam takie wypasione kanapki, że w życiu bym nie powiedziała, że na diecie można takie zjeść xD Nie jestem w stanie dobić do tylu kalorii (chociażby) żeby zjeść ilość przewidzianą na dany dzień, a co dopiero jakbym miała jeść tyle ile organizm normalnie potrzebuje ;) Tak więc?

Dieta to nie głodówka!!!

To zmiana stylu życia i żywienia ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Poniedziałek, 10-07-2017

10 lip

No i tydzień się skończył :D w sumie nie było tak źle! Oczywiście, że miałam zachcianki na słodkie, ale jadłam dużo owoców, układałam posiłki tak żeby były zróżnicowane i zawierały odpowiedni ilości wartości odżywczych. Wiadomo… Czasem było „więcej” tłuszczu, czasem „za dużo” białka w danych posiłkach, bo nigdy nie uda się zrobić tak żeby było równo tak jak wyliczenia pokazują. Jednak jeżeli chodzi o ogólny rozrachunek w ciągu dnia to zawsze wszystko było na minus ;P Mimo, że naprawdę bardzo dużo jadłam!! Naprawdę nie chodziłam głodna!! No może jak się zbliżała godzina posiłku (bo organizm już się przestawił) to coś tam troszkę zaburczało w brzuchu, ale przecież to normalne i zdrowe :) Dla mnie to oznacza, że organizm zdążył uporać się z poprzednim posiłkiem i czeka na kolejny :)

Oczywiście samo jedzenie to nie wszystko! Nie mam super kondycji i od początku byłam tego świadoma, ale staram się pracować nad sobą. Postawiłam sobie za cel zrobić ten trening Ani Lewandowskiej -> TRENING. Tak fajnie lekko wygląda i miałam świadomość tego, że to tylko tak wygląda… Zakłada on 3 serie po 30sek na każde ćwiczenie. Wiedziałam, że tyle nie dam rady, więc podzieliłam na stopnie trudności. Mój „trening” piątkowy wyglądał tak:
ROZGRZEWKA
* marszobieg w miejscu – marsz (10sek) + bieg (10sek) – 5 powtórzeń;
* skłony – 10 w przód + 10 naprzemiennie w prawo i w lewo ze skrętem tułowia – 2 powtórzenia;
ĆWICZENIA
* przysiady – 4 x 10 powórzeń;
* Trening Ani Lewnadowskiej – okrojony do 1 serii po 10sek;
* brzuszki – 4 x 10 powtórzeń;
* plank (deska) – 4 x 10sek
* wymachy rąk – 10 x w bok + 10 x w górę na przemiennie + 10 x w górę razem;
ROZCIĄGANIE
* skłony – 10 w przód + 10 naprzemiennie w prawo i w lewo ze skrętem tułowia – 2 powtórzenia (wykonywane powoli, żeby dać mięśniom szanse się porozciągać);
* oddechy – 3 powolne oddechy „jogi” (przynajmniej ten początek, który pamiętam);
* chwila odpoczynku w spokoju – leżenie na macie i rozluźnianie wszystkich mięśni;
PRYSZNIC
* polewanie nóg zimną i ciepłą wodą na przemian (ponoć to pomaga zwalczyć zakwasy) – kończyć ciepłą;
* zwykły prysznic;
* polewanie nóg zimną i ciepłą wodą na przemian – kończyć ciepłą;

Powiem szczerze – mimo że byłam koszmarnie zmęczona jak ćwiczyłam, to byłam szczęśliwa. Oczywiście w piątek to była porażka xD, ale powtórzyłam to w sobotę, potem w niedzielę. I w niedziele zrobiłam już praktycznie wszystkie ćwiczenia z wersji okrojonej, tak jak trzeba i tyle czasu ile sobie założyłam. Jeszcze jedno muszę dopracować, ale myślę, że dzisiaj już pójdzie super :D Czy mam zakwasy? Na nogach trochę tak. I jak się rozgrzewam to przy skłonach bolą mięśnie i ścięgna, ale powoli, powoli je rozciągam i przed ćwiczeniami właściwymi jest już ok :) Potem znowu wracają, ale już z każdym dniem coraz mniejsze. Wiadomo – ruszyłam mięśnie wcześniej nie tykane i są skutki.

Dobra – czas na efekty :D przecież po coś to robię, prawda?
1. Czuje się coraz lepiej i nawet dzisiejszy poranny bieg do autobusu pod górkę nie był taki męczący i takim wyzwaniem (Zjadłam śniadanie w domu, ale biegłam do autobusu. No cóż – coś za coś ;P );
2. Wykonywanie ćwiczeń nie jest już takie kłopotliwe – mam coraz lepsza kondycję. Widzę to zwłaszcza przy robieniu deski – kiedyś 10sek nie mogłam wytrzymać, a dziś? W rozpisce jest na samym końcu, a robię 4 x 10sek bez problemu :)
3. Nie mam już takich zachcianek jak na początku, a jeśli już to potrafię je zwalczyć;
4. Bez problemu w sklepie omijam półki ze słodyczami – a wiadomo – jak nie ma w szafce to się nie je ;)
5. No i najważniejsze! Przez weekend 1,5kg w dół!! Wiem, nie ma się czym podniecać, ale… trud i wysiłek się opłaca :)
6. Wiadomo waga to nie wszystko, bo choćby mięśnie ważą więcej niż tłuszcz. Lusterko i mój mózg trochę mnie oszukują… a może to aparat. W każdym razie na zdjęciach wyglądam koszmarnie… ale! Czuje, że jest mnie mniej, że nogi już nie są takie rozlazłe tylko takie zbite się robią ;) jak chodzę w miejscu przed lusterkiem, czy jak się schylam to widać i czuć nieśmiało wyłaniające się mięśnie :)
6. Wczoraj założyłam szorty. Byłam pewna, że w nie nie wejdę – w końcu podczas zimy mi trochę przybyło i pewnie dopiero to zrzuciła a tu niespodzianka!! Weszłam bez najmniejszego problemu, w nie! I jeszcze nogawki są luźne a wcześniej były przylegające!! To jest taka MEGA motywacja, że sobie nikt tego nie wyobraża!
7. Pokazałam się chłopakowi z spódniczce, której wieki nie nosiłam i bluzce na ramiączkach. Stwierdził, że bardzo dobrze wyglądam i rękami w powietrzu narysował kobiece kształty podkreślając, że mam widoczną talie ;) Do tego jak założyłam buty na obcasie to już w ogóle nogi zmieniły się nie do poznanie :D

CELE NA NADCHODZĄCY TYDZIEŃ
1. Oczywiście dalej pracować nad sobą!
2. Zrobić choć jedną pełną serię Treningu Pani Ani;
3. Robić treningi codziennie i na koniec tygodnia zaskoczyć rodzinkę ;)
4. Nie dać się pokusie ;)
Myślicie, że mi się uda?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą, Zdrowie

 

Środa, 05-07-2017

06 lip

Dzisiaj bez rozpiski, ale muszę się czymś podzielić. Czytałam, że na słodycze ma się ochotę przez zbyt małą ilość węglowodanów przyjętych w ciągu dnia. I chyba faktycznie tak jest. Co prawda rygorystycznie jadłospisu trzymam się 2 dni, ale wcześniej też starałam się, żeby w każdym posiłku był owoc/ warzywo. Żeby dostarczać węglowodany w postaci ryżu, makaronu czy wafli ryżowych. I szczerze? Mam ochotę na słodkie. Zwłaszcza jak otwieram szafkę z jedzeniem, a że jest wieczór… że gotuję na następny dzień obiad do pracy, to się chce. Ale chyba mi się coś w główce przestawiło xD Mimo otwartej czekolady, którą teoretycznie mogę jeść, bo jest bezglutenowa; mimo batoników chłopaka, których może nie powinnam jeść… zamykam szafkę i idę do lodówki! A w lodówce? Owoce… warzywa… i patrze na zegarek, na jadłospis… „nie… jednak nie jestem głodna” xD Nie rozumiem!! Wcześniej bym sobie powiedziała „no ok… jedna kostka!”, albo „wiem… wiem… że nie powinnam, ale przecież nic się nie stanie. Tyle czasu uważałam, tyle już się postarałam, więc mogę mieć małą nagrodę”, a teraz? Kończy się na jednej truskawce, albo szklance wody!! To jest tak dziwne uczucie! Nie potrafię tego opisać! Albo wczoraj. Zrobiłam ciasto na naleśniki… ale niestety mi nie wyszło, do tego stwierdziłam, że definitywnie muszę kupić nową patelnię, bo jak zobaczyłam jak wygląda teflon to się przeraziłam, że nie zauważyłam tego wcześniej. No nic… próbowałam zrobić z tego ciasta placki w garnku :) ale tez nic z tego nie wyszło. Myślę sobie „no nic… trudno”. Wstawiłam ciasto do lodówki z myślą, że może coś dzisiaj z niego zrobię, ale zostałam bez obiadu na dzisiaj. Męczyło mnie to nawet jak szłam spać. Rano dzwoni budzik i pierwsza myśl „jeszcze pięć minut…”, a potem „HALO! Nie masz obiadu do pracy! Wstawaj! Masz pół godziny żeby coś wymyślić i zrobić!”. Przestawiłam budzik na 5 minut drzemki i myślę „Mam pomidory, paprykę, ryż, ale czy mam tuńczyka? Ale nie mam szczypiorku… hmm… No dobra… coś się wymyśli”. Dzwoni budzik, to wstaje. Po drodze do łazienki nastawiłam wodę na ryż i poszłam się ogarniać. Zagotowała się woda to wrzuciłam odmierzony ryż i kombinuje dalej „Pomidor? Obecny. Tuńczyk? Nieobecny. Więc co jeszcze… może jogurt? Mało… No to ciut majonezu? Mało… Może trochę ziaren, bo nic dzisiaj nie ma. Siemię? Mało… Pestki dyni? Noo daje rade :)”. No i tak postał obiad z niczego xD Jak na programistę – Excal zawsze pomocny (póki nie skończę aplikacji) :D W między czasie zrobiłam śniadanie, którego oczywiście nie zdążyłam zjeść w całości w domu, więc już 3 dzień z rzędu skończę na przystanku czekając na autobus :) Pakuje te wszystkie pudełeczka do torebki – niestety chyba muszę zainwestować w większą torebkę, bo choć pudełka małe, to i tak się nie mieszczą :( i biegiem na autobus. Taka przebieżka z rana :) Naprawdę nie wiem, dlaczego ludzie się na mnie dziwnie patrzą na przystanku jak siedzę i wcinam kanapeczki i zagryzam rzodkiewka lub papryką ;P

A co do aplikacji. Powstaje, bo koleżanka wjechała mi na ambicję ;)
- [...]
- O rany! Ile tego do ogarnięcia. – ona
- Mam excala, który mi wszystko liczy :) – ja
- No ja bym na to nie wpadła – ona
- [...]
- Pewnie program do tego napiszesz jakiś – ona
No i rzuciła mi wyzwanie :D

 
 

Wtorek, 04-07-2017

05 lip

No to pierwszy dzień takiego trzymania się ułożonego przez siebie planu za mną :)

W tabelach podane wartości dla 100g / 100ml surowych produktów
(produkt | kcal | węglowodany [g] | tłuszcz [g] | białko [g] | błonnik [g] )

śniadanie
śniadanie

II śniadanie
II śniadanie

obiad
obiad

podwieczorek
podwieczorek

kolacja
kolacja

Dla pocieszenia – woda bez ograniczeń!!

Oczywiście oprócz jedzenia trzeba trochę pomóc uformować mięśnie, bo same się nie ruszą.
* 6 x 10 brzuszków
* 4 x 10sek „deska” (na łokciach)
* 4 x 10 wymachów rękoma
* spacer po zakupy ;)
Niestety dalej mam chory nadgarstek, który uniemożliwia mi pójście na siłownię, czy basen. W domu też nie mogę zrobić większości ćwiczeń, które bym chciała :(

Dziś rano -0,3kg ;) mam nadzieje, że to nie tylko chwilowe :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Samodzielny początek

04 lip

Ponieważ wkurza mnie, że w tych wszystkich dietach układanych przez aplikacje codziennie jest coś innego do jedzenia, a te produkty, które kupiłam i zużyłam troszkę muszę wyrzucić, bo nie mam do czego użyć.

Postanowiłam sama ułożyć swój plan żywienia.

Wiedziałam, że nie będzie lekko, ale nie wiedziałam będzie aż tak trudno.
Zaczęłam czytać co i jak i wyszło mi tak:

  1. Zaczęłam od zważenia się (jak codzień). Wiadomo chce schudnąć – to mój cel.
  2. Aby obliczyć dzienne zapotrzebowanie energetyczne korzystałam ze wzoru:
    [waga] x 24 x 0,9 = PPM (podstawowa przemiana materii)
    PPM x [aktywmność] = CPM (całkowita przemiana materii)
    aktywność:
    * 1 – brak ćwiczeń, praca siedząca;
    * 1,1 – 1,2 – lekkie ćwiczenia + praca siedząca;
    * 1,3 – 1,4 – codzienne intensywne ćwiczenia + praca „na nogach”;
    * 1,5 – codzienne ćwiczenia + praca fizyczna;
  3. Po obliczeniu CPM wiem ile powinnam spożywać kcal dziennie. Ale skoro chcę schudnąć to muszę spożywać trochę mniej. Dlatego odjęłam na pierwszy tydzień 500kcal, a z czasem trochę mniej (dokładnie opiszę później). Oczywiście jeśli ktoś chce przytyć to analogicznie musi dodać max 500kcal, bo inaczej organizm zacznie wariować. Jeśli za dużo mu się odejmie to zamiast spalać – będzie odkładać „na czarną godzinę”. A jeśli w drugą stronę – za dużo się doda to organizm nie będzie w stanie tego spalić ani przerobić na mięśnie. Po prostu zamieni w tłuszcz a przecież nie o to chodzi ;) Więc z głową :)
  4. Wiem już ile powinno być kcal, ale sama energia to nie wszystko. Organizm do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje zbilansowania węglowodanów, tłuszczy i białka.
    W skrócie:
    * węglowodany – cukry, które dostarczają energii (55% – 60%);
    * tłuszcze – pomagają przyswajać witaminy i składniki mineralne (25% – 30%);
    * białko – wpływa na poprawne trawienie i przemianę materii, buduje organizm (13% – 15%);
    Wiadomo – suma składników musi się równać 100%. Ja zastosowałam taki rozkład:
    węglowodany – 57,5%;
    tłuszcze – 27,5%;
    białko – 15%;
  5. Teraz jak już wiadomo ile kcal dla danej składowej przydałoby się je przeliczyć na [g], bo tak jest podawane na opakowaniach.
    węglowodany: 1g = 4kcal;
    tłuszcz: 1g = 9kcal;
    białko: 1g = 4kcal;
    Prosta matematyka – jeśli mamy np. 210kcal białka
    białko: 210 : 4 = 52,5g

    [Ok :) Trochę obliczeń, lecz to jeszcze nie koniec :) ale spokojnie już końcówka.]

  6. No to teraz mamy ilość kcal na cały dzień, białka [g], węglowodanów [g] i tłuszczy [g]. Ale jak to rozłożyć?
    Ja jem 5 posiłków:
    śniadanie – 25%;
    II śniadanie – 10%;
    obiad – 35%;
    podwieczorek – 10%;
    kolacja – 20%;
    Wszystkie wartości należy policzyć procentowo.

Jeśli ktoś przebrnął do tego miejsca to już wszystkie obliczenia! ;)

Moje obliczenia (Excel jest tu bardzo pomocny):

  1. Żeby obliczyć kaloryczność rozpisałam sobie tygodnie do kiedy chce się uporać z kilogramami.
  2. Policzyłam sobie ile powinnam ważyć na koniec każdego tygodnia, żeby w wyznaczonym czasie dojść do celu.
  3. Dla danej wagi policzyłam sobie wszystkie wartości według wzoru opisanego wyżej. Myślicie dużo liczenia? Dlatego użyłam w tym celu arkusza kalkulacyjnego ;)
    Kończąc to co zaczęłam – jeśli chodzi o odejmowanie wartości kcal – zaczęłam od odjęcia 500kcal. Następnie: policzyłam sobie 500 : [liczba tygodni] a następnie w każdym tygodniu odejmowałam o jedną wartość mniej. Przykład:
    500 : 40 = 12,5
    I tydzień: CMP – (12,5 * 40);
    II tydzień: CMP – (12,5 * 39) – oczywiście CMP jest odpowiednio przeliczone dla planowanej wagi pod koniec tygodnia;
    plan kcal
  4. Następnie dla pierwszego tygodnia zaczęłam układać jadłospis. Tu też arkusz jest bardzo przydatny ;)
    Zrobiłam sobie tabelkę tak, żeby wpisywać co ile ma, ilość, a to ile wartości jest w danym posiłku samo się przelicza.
    [wypełniam tylko żółte pola]
    jadłospis

Wiem wygląda strasznie… I na początku nie ukrywam jest. Trudno dobrać składniki tak żeby zbilansować wszystkie składowe. Mam jednak nadzieję, że uda mi się wszystko tak ułożyć, że będzie waga spadać i centymetry :D Żeby było łatwiej tworzę sobie tabelę kaloryczności (dla 100g/ml) i będzie tylko „kopiuj – wklej” i dobranie ilości xD

Życzcie mi powodzenia :) Obiecuję, że dam znać co i jak :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą, Zdrowie

 

Dzień 1, środa 07.06.2017

08 cze

Dzień można zaliczyć do udanych :)

Mimo grilla w pracy udało mi się utrzymać tendencję spadkową wagi. Na grillu zjadłam co prawda łososia i sałatki bez precyzyjnego odmierzania, ale za to kolacje sobie darowałam więc mniej więcej pewnie na to samo wyszło ;)

Cieszy mnie również fakty, że w pracy mam luźniejszy okres, bo jest mi to dosłownie na rękę. Wczoraj byłam u ortopedy i niestety mam uszkodzone ścięgno w nadgarstku. Teraz muszę nosić ortezę przez dwa tygodnie przez 24h (nie gips bo muszę maścią smarować nadgarstek), więc mam trochę ograniczone możliwości :(

Co do wyników:

  • -0,6kg
  • 2l wody
  • ponad 6tys kroków
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Nowy początek

07 cze

Wiem, że pisze to pewnie po raz setny, ale lepiej po raz kolejny podjąć walkę niż po raz kolejny powiedzieć, że sorry nie udało się…

No wiec tak. Zaczynając optymistycznie :)
Przez ostatnie 3 miesiące „byłam” na diecie
1 miesiąc – dieta i ćwiczenia = -4kg
2 miesiąc – dieta i ćwiczenia = -4kg
3 miesiąc – niestety odpuściłam :( = +/-0kg
ale… jest 8kg do tyłu i z tego jestem mega zadowolona! Jak tak dalej pójdzie to uda mi się założenie żeby w rok stracić wszystko co mam w nadbagażu.

Dlaczego nowy początek? Dlaczego dzisiaj?
Po miesiącu „utrzymywania wagi” przy nic nie robieniu stwierdziłam, że kurcze! Nie mogę się tak lenić! Kupiłam sobie „plan treningowy” z biedronki żeby mnie motywował do uzupełniania, a tym samym – głupio wpisać, że się nic nie zrobiło, no nie? Akurat wczoraj skończyła mi się dieta od multisportu więc od dzisiaj mam wygenerowaną nową. Dlatego też OD DZISIAJ zaczynam.

Mówię do chłopaka:
- Od jutra wracam do dbania o siebie.
- A jutro od kiedy?
- Od dzisiaj! ;)

Ponoć najłatwiejsza do utrzymania jest dieta „od jutra” tylko że się na niej nie chudnie. Coś w tym jest… Ale nie tym razem! Od jutra (dzisiaj) to od jutra!

Mam nadzieję, że uda mi się pisać regularnie – a przynajmniej w miarę regularnie o moich postępach :) (wiem obiecywałam nie raz… ale pod presją, że ktoś patrzy jest dużo łatwiej!)

No więc?

——————————————————

Dziś 07.06.2017 stwierdzam takie fakty:

  • 34kg do zgubienia – dużo! Wiem, że dużo, ale nie ma się co załamywać ;) 8 już zgubiłam gdzieś po drodze, więc kto da rade jak nie ja?
  • Rano na-czczo się pomierzyłam i stwierdzam, że już wiem skąd te kg zgubiłam ;) To naprawdę pocieszające bo gdy miałam dobry humor i patrzyłam w lustrze to myślałam:
    „nooo :) jest lepiej. Tu mniej, tam mniej. Ta sukienka coraz lepiej na mnie wygląda”.
    A gdy zjadłam coś czego mi nie wolno, albo gdy zbliżał się okres:
    „ta jasne… nic się nie zmienia :( dalej wyglądam tak samo, albo nawet gorzej. Tu wystaje, tam odstaje. Porażka!!”
    A wychodzi na to, że jednak nie jest tak źle ;) W niektórych miejscach jestem na początku drogi do „idealnych wymiarów” (oczywiście dla mojego wzrostu), a w niektórych jestem już w połowie!!
  • Gubiąc zaledwie 0,1kg dziennie (gdzie średnio przy stosowaniu diety i drobnych ćwiczeń dziennie leciało 0,14kg) dojdę do idealnych wymiarów w założonym czasie :)

Co mogę powiedzieć więcej? Do roboty! ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą