RSS
 

Notki z tagiem ‘uczelnia’

Chwila na powrót do przeszłości

20 lut

Remont, który jest w sąsiednich mieszkaniach nie pozwala na oglądanie telewizora, więc włączyłam sobie muzykę z telefonu. Od kiedy nie jeżdżę tramwajami i autobusami jakoś nie mam kiedy posłuchać mojej ogromnej listy piosenek. A dzisiaj coś mnie tak natchnęło żeby sobie pośpiewać jak kiedyś. Po którejś z kolei piosence trafiłam na podkład muzyczny, który przypomniał mi moje pierwsze mieszkanie na studiach, a właściwie pokój. Moje pierwsze chwile na uczelni… I tak popatrzyłam na pokój mieszkania, które teraz wynajmuje i zrozumiałam jak wiele się zmieniło. Jak długą i trudną drogę przeszłam żeby się znaleźć tu gdzie teraz jestem.

Z małego pokoju. Przez obskurny. Potem jeszcze mniejszy. Potem trochę większy, ale wąski. Do kawalerki… Z pokoju gdzie miałam 5m^ do kawalerki 30m^. Nawet jak to piszę to się uśmiecham. W końcu choć na chwilę udało się wyjść na prostą :)

Przez rozdrapywanie ran i rozpamiętywanie „dobrych” chwil. Przez związek, który myślałam, że jest wymarzonym, a zakończył się litrami łez. Po związek, w którym w planie jest ślub i wspólne mieszkanie. I już nie tylko wynajmowane, ale kupione.

Aż ciężko w to uwierzyć, ale od 2 dni jestem inżynierem. To było tak szalone tempo, że sama w to nie wierzę. W jeden weekend musiałam się nauczyć wszystkiego. Znaczy wszystkich odpowiedzi na pytania ;P Tyle kawy co ja wypiłam w tamten weekend to chyba w sumie tyle nie wypiłam. Żeby nie zasnąć nad notatkami to robiłam sobie latte z espresso i dużą ilością cukru żeby zabić smak kawy. No i jest… inż. przed nazwiskiem… Dziwne… Od 6 lutego mam wykształcenie wyższe i? Nic to nie zmieniło. Praca jaka była, taka jest. Zarobki też się nie zmieniły. Mieszkanie już wcześniej zmieniłam, więc jakoś nie miało kiedy się zmienić ;P Związek jaki był. taki jest. Nic się nie zmieniło. No może poza tym, ze bezkarnie mogę sobie siedzieć przed telewizorem xD A wiecie co zrobiłam jak zdałam? pojechałam do biedronki i kupiłam sobie PUZZLE!! Wieki nie układałam puzzli… a jak miałam ochotę to było z tyłu głowy, że przecież muszę się uczyć. A teraz? Nie było już żadnych projektów, żadnych egzaminów… To takie dziwne – wracam z pracy i nic nie mam narzucone. To takie fantastyczne uczucie.

Wraz z końcem uczelni zakończyła się moja działalność studencka. Dziwnie było po 3 latach podpisywać ostatnie decyzje w karierze. Z żadną organizacją studencką się tak nie zżyłam jak z komisją stypendialną. Fajna była ekipa. Choć dzięki działalności studenckiej byłam mega zorganizowana. To prawda – im więcej masz do zrobienia tym lepiej jest się zorganizowanym.

Jedyne czego żałuje to, że przez te ostatnie lata straciłam wielu przyjaciół… Pana K., drugiego Pana K., Pana P. i przyjaciółki z dzieciństwa Panią A. i drugą Panią A., Panią M., Panią P. i Panią K.. Z niektórymi ten kontakt niby jest, ale to już nie to co kiedyś. Każdy poszedł w swoją stronę. To przykre, że tak wyszło. Najbardziej boli utrata przyjaciela, który był dla mnie jak brat. Nie boje się tego powiedzieć – gdyby nie on to nie byłoby mnie tu. Nie że w tym miejscu tylko w ogóle. Przykro też tracić przyjaciółki z dzieciństwa. Dużo razem przeżyłyśmy

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Poszukiwania motywacji

01 lut

No i ostatnia prosta. Niby najbardziej powinno mnie to mobilizować do pracy, ale jednak. Pracuje, spełniam się w pracy, a ostatniego roku nie można nazwać studiowaniem. A teraz gdy jakimś cudem udało mi się zaliczyć wszystko i pozostała mi tylko obrona? Nie mam siły, ochoty i samozaparcia się wziąć.

Jeśli chodzi o zaliczenie. Byłam tak nisko oceniana… Miał mi jeszcze uciąć punkty za spóźnienia… Tak się bałam, ryczałam wręcz, że znowu jest to samo i zawiodę rodziców. Ku mojemu zdziwieniu uzyskałam ocenę 3,5!!! A co dziwniejsze? Zabrakło mi 2 PUNKTÓW do 4,0!!! To jest nienormalne… Po co mnie tak straszył? No ale i tak póki nie dostałam oceny do indeksu to nie uwierzyłam.

Jeśli chodzi o obronę… odwlekałam złożenie odpowiedniego papierka jak się da ale w końcu się zebrałam i zaczęło się.
1. Pan w dziekanacie powiedział, że około 2 tygodnie będzie trwać weryfikacja mojego oświadczenia o zrealizowaniu programu kształcenia.
2. 2 dni później dostaje maila z sekcji finansów, że nie opłaciłam kursu poprawkowego z 2013 roku! Okazało się, że nawet nie dostałam maila z powiadomieniem ile i gdzie mam wysłać. Opłaciłam.
3. Kilka dni później dostaje powiadomienie, że jest problem z moimi przepisanymi ocenami bo nie mają potwierdzenia. Na szczęście nie musiałam nigdzie latać i prosić o wyciągnięcie moich akt z Bóg wie skąd tylko wystarczył sam indeks z podbitymi semestrami. Gorzej było z samym drukiem przepisanych ocen. Ksera jakie były w moich aktach były rozmazane (przez zły wydruk z ksera) i pokreślone na niebiesko, ale na kserze czarno na czarnym. Totalnie nie czytelne. Kazali mi przepisać. No to podróż do domu (8km) po indeks, do koleżanki (10km) przepisać tabelkę i wydrukować, na uczelnię (2km) i? Okazuje się, że nie tak… I jeszcze mi się zebrało, że jak to? Ja się tyle udzielam i nie wiem, że się wypełnia według wzoru? A skąd miałam wiedzieć, że jest inny wzór? Zrobiłam tak jak te dokumenty, które dostałam z akt. Zlitowali się i pozwolili mi u nich na kompie przepisać to jeszcze raz. A gdy tylko usiadłam do kompa pani z okienka która się zajmowała moimi papierami mówi, że mogę to zrobić w domu i wysłać mailem. Ale stwierdziłam, że jak już jestem tu to wypełnię na miejscu.
4. Dzisiaj po 20 dostałam maila, że oświadczenie rozpatrzone i wszystko jest ok. – mogę się bronić. Mój opiekun studiów napisał, że albo do 13 jutro dostarczę mu wszystkie dokumenty i mam dwa terminy obrony, albo tylko jeden… No dwa terminy to zawsze lepiej niż jeden, więc chciałabym to załatwić jutro… tylko czy mi się uda?
5. Na domiar złego w pracy mam bardzo ważny projekt, termin do 9 lutego, a jeszcze ogrom pracy przede mną. Nie mogę wziąć wolnego. I jeszcze na weekend jadę do domu, a wiadomo, że tam się uczyć to graniczy z cudem.

Jeśli się uda jutro wszystko załatwić to termin obrony mam już na poniedziałek 6 lutego!! Jeśli to zdam… To obiecuje, że nie ma wymówek i biorę się za siebie. Nie ma, że nie mogę!

Proszę trzymajcie kciuki :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

mam już dosyć tego roku

07 gru

Z każdym dniem jest coraz gorzej… Moja szansa na zdanie ostatniego kursu i możliwości przystąpienia do obrony prysnęła jak bańka mydlana… Niestety to nie są tylko moje odczucia, ale punktacja nie kłamie. Na 5 oddanych sprawozdań z czterech mam najmniej punktów z całej grupy a z jednego mam drugi od końca wynik. Nie uważam żebym źle robiła sprawozdania czy programy. Kod jest czysty, sprawozdania zwięzłe i na temat. Pisze w zupełnie innym języku niż wszyscy więc nie może powiedzieć, że od kogoś ściągałam. Może na zajęciach nie byłam zbyt aktywna, ale robiłam notatki, spisywałam wszystko co się dało i w domu na spokojnie do tego siadałam. Dlatego tak bardzo mnie boli, że mam ledwo 3 ze sprawozdań… Na domiar złego dowiedziałam się, że ta punktacja która jest nie jest ostateczna tylko jeszcze trzeba sobie doliczyć a raczej odliczyć spóźnienia z oddaniem sprawozdania… i nie w tygodniach ale w DNIACH!! Dwa dni spóźnienia i już maksymalna liczba punktów topnieje o połowę. To jakiś koszmar. Chce żeby już był 15 grudnia. Będę wiedziała na czym stoję, będę mogła zobaczyć nowe mieszkanie i na reszcie będę mogła się odstresować… Czeka mnie teraz tydzień niepewności.

Zdam?

A jak nie to co dalej?

Stracę tyle lata studiów?

Będę musiała zacząć od nowa?

To będzie chyba najdłuższy tydzień jaki pamiętam… ;(

Może kiedyś będzie lepiej… ale teraz jest tylko coraz gorzej ;(

 

To był bardzo zły dzień

05 gru

Gdy kładę się spać jestem bliska płaczu. Jeszcze 9 dni do końca semestru i 2 zadania do zrobienia. Tydzień temu myślałam, że nie mam szans zdać. A gdy pojawiła się szansa, że zdam ten durny kurs i będę miała szansę się bronić, jest jeszcze gorzej. Ostatnio na zajęciach (jeszcze przed zobaczeniem wyników z oddanych sprawozdań) prowadzący dał nam ‚rozwinięcie’ zadania z poprzednich zajęć. Z tym, że dla mnie to już brzmiało jak po chińsku i w ogóle nie wiedziałam jak mam się za to zabrać. W pracy piszę w bardzo rozwiniętym i prostym języku, a teraz mam się cofnąć do najbardziej prymitywnego języka – asemblera. Do tego napisać skrypt w języku bardziej rozwiniętych, ale bardzo zapomnianym przeze mnie – C / C++. A na dokładkę muszę napisać skrypt, który będzie automatycznie wywoływał ten skrypt w języku C / C++ klika razy… Jak ja to usłyszałam… Zgłupiałam totalnie. Przysięgam nie wiedziałam jak zacząć pisać program w C / C++. Dla programistów może wyda się to śmieszne, ale tak było. Na koniec jeszcze tego wszystkiego jak się zapytałam prowadzącego skąd możemy wziąć program ten na którym mamy pracować i powiedział, że miał być dołączony do sprawozdania z ostatniego zadania, bo jak go nie ma to nie zaliczy… wybuchłam. Totalnie nie przyszło mi do głowy żeby go dołączyć, skoro wszyscy mieli to samo. Wierz lub nie – rozpłakałam się. Starałam się to ukryć i wycierać łzy apaszką, ale i tak nie potrafiłam ich powstrzymać. Leciały jak głupie. Prowadzący robi rundkę po sali i notuje co kto zrobił i jak idzie i słyszę, że ma już to i to… a ja dalej nie wiem jak zacząć. przychodzi do mnie i pyta co mam ja mówię, że szukam informacji. „Dobrze…” i poszedł dalej. Pod koniec zajęć robi kolejną rundkę. Już kilka osób prawie kończy a ja dalej nie zaczęte. Przychodzi do mnie i pyta jak idzie. To już mówię zgodnie z prawdą, może trochę niegrzecznie, że nie idzie. Nawet nie wiem co powiedział, coś tam o bibliotece, żeby poczytać o tym czy tamtym i poszedł. Kolega obok się zlitował i w pdf który miałam otwarty pokazał mi przykład i co gdzie w nim jest. Niestety tylko tyle pomocy mogłam uzyskać od kolegów. Każdy twierdzi, że nie ma czasu i w ogóle… Wracając z zajęć ryczałam. Jeszcze na dokładkę zadzwonili rodzice. Stwierdzili, że to nie koniec świata i w ogóle, że zaliczę to albo poprawię. Mając najczarniejszy z czarnych scenariuszy w głowie mówię, że poprawka jest dopiero za rok… i wtedy coś we mnie pękło. Powiedziałam rodzicom coś co od dawna we mnie siedzi.

Wiem, że znowu was zawiodę… Siostra zdaje wszystko bez problemu, a ja z głupim inżynierem nie mogę sobie poradzić…

Wtedy pierwszy raz usłyszałam w głosie rodziców troskę? Takie prawdziwe wsparcie bez ukrywanego żalu. Powiedzieli, że mam się nie przejmować, że wszystko będzie dobrze i że mam się uspokoić. Zwłaszcza, że za chwilę miałam jechać samochodem. Jeszcze jakieś dobra kilka minut płakałam a potem szlochałam prze telefon, aż w końcu się uspokoiłam. Zeszły ze mnie wszystkie emocje… Zwłaszcza, że to był okropny dzień. W pracy chciałam się pochwalić szefowi co zrobiłam, ale oczywiście nie działało. Usiedliśmy razem i staraliśmy się znaleźć rozwiązanie, ale skończyło się na tym, że miałam jeszcze raz napisać od nowa, a jak nie wyjdzie to w ostateczności szef sam to napisze… Jak wychodziłam z pracy to padał śnieg i było mega ślisko na drodze. Jakiś idiota jechał po drodze (choć nie można nazwać tego jechaniem bardziej toczeniem, prawie staniem w miejscu), chciałam go wyprzedzić, bo wydał się podejrzany. Ja do wyprzedzania a on nagle rusza bez migacza bez niczego i zaczyna w moją stronę jechać, na mój pas. Ja po hamulcach i mi się udało wyhamować, ale niestety gość za mną jechał za blisko, na torowisku wpadł w poślizg i stukną moje biedne autko w róg… To był bardzo, bardzo zły dzień…

Jak się wypłakałam zrobiło mi się trochę lepiej… ale to i tak nie zmieniło mojej sytuacji… Dziś też jest zły dzień… A jeszcze gorszy wieczór. Słuchając powiedzenia mamy pójdę już spać, bo:

Dzień jest mądrzejszy od nocy

 

Tak to się zaczęło

29 lis

3 dni do końca okresu próbnego…

16 dni do końca semestru…

18 dni do firmowej wigilii…

23 dni do odebrania kluczy…

26 dni do świąt…

29 dni do przeprowadzki…

34 dni do końca roku…

Taki krótki okres czasu, a tak dużo ma się wydarzyć. W końcu jest tak jak kiedyś. Jedyne co mnie irytuje i to bardzo to to że nie mogę przestać się spóźniać… Nawet jak zacznę się szykować wcześniej to i tak kicha wychodzi. Pamiętam jak na przyjaciółkę się strasznie wkurzałam, że ciągle się spóźnia. Teraz sama robię to samo ;( A wszystko przez Pana Ł. ciągle wszystko na ostatnią chwilę…

***

Od kiedy byłam w gimnazjum i podpatrzyłam jak siostra robiła stronę internetową (jeszcze w notatniku) wiedziałam, że sama też muszę spróbować. Z pomocą kolegi udało mi się postawić pierwszą, nawet nie najgorszą stronę klasową. Prowadziłam ją przez rok czy jakoś tak, w każdym razie był podział na dwie klasy i plany lekcji, ważne informacje i takie tam. Zakochałam się. Mimo problemów i przykrości jakie mnie spotkały, wiedziałam że to jest to. W gimnazjum też kolega zaraził mnie C++. Nie były to wielkie programy – proste kalkulatory i wyświetlanie teksu, ale były moje. Sama się uczyłam i zaczęłam wkręcać w ten świat. Pamiętam w czasie ferii zimowych siedziałam u babci na wsi z moim pierwszym laptopem. Bez internetu, z jedną malutką książeczką i tworzyłam swoje wielkie dzieła :D To były piękne czasy. W liceum poszłam do klasy informatycznej. Niestety dopiero na 3 roku… wróć! W trzeciej klasie zaczęliśmy coś programować. I tu mogę się pochwalić – z informatyki byłam jedną z najlepszych :) Poszłam na studia i tu już nie było takich skromnych programików. Przy pisaniu pracy inżynierskiej wszystko się zaczęło.

Licząc od listopada 2015 do listopada 206:

  • Przypomniałam sobie HTML i lepiej poznałam
  • Poznałam CSS
  • Wykorzystałam w praktyce MySQL
  • Zaczęłam się uczyć PHP
  • Poznałam JavaScript
  • Męczyłam się z Javą
  • Kończyłam ostatnie projekty z C++
  • Łzy lałam przy Asemblerze
  • Początki Angulara
  • Zaczęłam pisać aplikację z użyciem C#
  • Kilka zapytań do bazy w T-SQL
  • Tworzenie pdf w PHP
  • Początki Drupala

Jak sobie to wyliczyłam… Kurcze… dużo tego. Ale pozostałam wierna początkom: HTML, CSS, PHP, MySQL, JavaScript i taką też znalazłam pracę. Udało mi się trafić jak ślepej kurze ziarnko :D Praca: za bardzo dobrze pieniądze, dostałam szanse mimo braku doświadczenia komercyjnego. Niby minęły tylko 3 miesiące ale nauczyłam się tyle…

Tak to jest mój świat. Teraz to wiem na pewno ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Trampolinka

17 lis

Tak tylko krótko.

Patrząc na zegarek zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie wracam do dawnej siebie:

  • Siedzę do późna
  • Piszę bloga
  • Zaczynam dbać o siebie i tu żadnej ściemy. Ćwiczę, nie jem słodyczy, ani śmieciowego jedzenia
  • Nie poddałam się na zajęciach choć jak usłyszałam jakie jest zadanie to chciałam wziąć rzeczy i wyjść

Tak! Zdecydowanie To jest dobra droga ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Oj dawno mnie nie było

13 maj

Może to głupie, ale zwyczajnie zapomniałam hasła i nie mogłam się dostać na bloga. Dziś dostałam powiadomienie o nowym komentarzu do zaakceptowania. Stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz wpisać hasło. I o dziwo weszło za pierwszym razem!!

Teraz nie wiem od czego zacząć…

Może od tego, że trochę brakowało mi takiego samo-kontrolowania się. Przyznaje się – na wyjeździe wakacyjnym było tak fajnie. Fajnie się czułam, fajnie wyglądałam. Jedyne co to nie byłam w stanie trzymać diety. Przez 4 dni cały dzień siedziałam w łóżku i robiłam animacje na pokaz. Owszem było śniadanie, obiad, kolacja. Wszystko gotowałam praktycznie sama, ale nie tylko dla siebie ale i dla 20 innych osób. W ciągu dnia podjadałam jakieś chrupki, ciastka itp.. A to tylko dlatego że zwyczajnie nie miałam czasu robić czegoś innego. Piłam praktycznie tylko energetyki bo zasypiałam już przed komputerem. Po powrocie trudno było wrócić do pilnowania się i jakoś czas zaczął szybko uciekać. Niestety wszystko wróciło 2 razy szybciej niż spadało i 2 razy tyle ile spadło :(

To jakiś koszmar!!

Teraz tak strasznie ciężko się za siebie wziąć ;( Pan Ł. (mój chłopak) powtarza, że mu się podobam, że uwielbia pewne moje części ciała. Jak spytałam co myśli o tym jakbym trochę się zmniejszyła to twierdzi, że nie ma nic przeciwko tylko żeby moje piersi się nie zmieniły, bo mu się bardzo podobają :)

Ale muszę się pochwalić. Zaczęłam o siebie walczyć!!

  • Od tygodnia się pilnuję i codziennie przynajmniej dużą butelkę wody piję – teraz już jest coraz łatwiej.
  • Od miesiąca staram się ruszać, ale od poniedziałku tak na poważnie. Rozpisałam sobie plan treningowy. Wczoraj byłam na basenie. Miałam jutro też iść, ale się rozchorowałam. Wczoraj wieczorem w łóżku z gorączką wylądowałam. Dzisiaj cały dzień leżę w łóżku, piję herbatę z miodem, biorę leki i czuję się dużo lepiej.
  • Zwracam uwagę na to co jem i staram się ograniczać jedzenie słodyczy i fast foodów. Ale ok muszę się przyznać. Ostatnio miałam taką fazę na jedzenie że to nie możliwe było… zjadłam i dalej byłam głodna!! To po prostu nie do zniesienia!! Ale to nie jest pierwszy raz. Mam wrażenie, że to zależy od cyklu menstruacyjnego.

No ale ok… Co jeszcze u mnie?

Dużo się dzieje… I prywatnie i zawodowo. Szczerze mówiąc to sama nie wiem za co mam się wziąć. Mam duży problem z ogarnięciem siebie. Straciłam swoją równowagę. Zaczynając od ogarniania spraw na uczelni do mojego portfela… Wcześniej jakoś mogłam się ogarnąć, odłożyć trochę kasy, a teraz… jakaś masakra… Ciągle jestem pod kreską!! Gdyby nie pomoc Pana Ł. byłoby ze mną bardzo bardzo źle… Ale już się podnoszę i staram się ogarnąć. Jeśli chodzi o uczelnię to kończy się semestr i zbliża się termin oddawania projektów… To jakaś istna masakra. Nie wiem w co ręce włożyć ;( ale muszę się ogarnąć bo czas goni… Działalność studencka się rozwija i jedynie tu mam się czym pochwalić. Od października jestem w samorządzie i radzie wydziału, od miesiąca jestem w Parlamencie Studentów. Do tego od tego semestru jestem przewodnicząca komisji stypendialnej. Bardzo się cieszę, że zostałam obdarzona takim zaufaniem. Co do życia prywatnego tu ogromna zmiana. Od prawie roku jestem z Panem Ł. Raz jest lepiej raz jest gorzej jak to w każdym związku. Jednak wiem, że to jest ten… Moi rodzice bardzo lubią Pana Ł., moja siostra też. JA jestem z nim bardzo szczęśliwa ;)

 
 

36 dni do wakacji – Dzień matki

26 maj

Jadłospis:

  • śniadanie (ok. 11): kilka widelców sałatki;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 14): kurczak z serem i pomidorem, frytki, surówki;
  • podwieczorek (ok. 18): mała miseczka lodów;
  • kolacja;

Trening:

  • 20 brzuszków;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;
  • 2 x 20 ćwiczeń na łydki;
  • 2 x 20 ćwiczeń na uda;
  • 3 x 25 przysiadów;

 

Dzisiaj jak każdy pewnie wie jest dzień matki. Z tej okazji (choć tego nie przeczyta) najlepsze życzenia dla mojej Mamy oraz dla wszystkich Mam świata.

No właśnie… Dzień zaczął się dosyć dziwnie – zagubieniem w czasie i przestrzeni. Obudziłam się rano – było jasno. Pamiętałam, że położyłam się po 1, więc przespałam jakieś 5 h – stabilnie. Myślę sobie:

” Dobra. Czas wstawać i brać się za naukę. Muszę sprawko zrobić i nauczyć się na jutrzejsze kolokwium.”

I tu nastąpiła chwila zastanowienia… Przecież wczoraj była niedziela… więc to sprawko i koło mam dzisiaj. I pierwsza myśl:

„Znowu przespałam kolokwium!! A specjalnie nastawiłam sobie budzik taki w zegarku jakby mnie znowu telefon zawiódł!! Jak to jest możliwe?!”

Ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że jest 6… a nie 18… Dla pewności wzięłam telefon i sprawdzam… 6:57 – 26 maja

„Uff…”

Chwilę walczyłam ze sobą czy jednak wstać i się pouczyć czy poleżeć jeszcze te 15 minut. Wygrała grawitacja wokół łóżka. Akurat chwilkę po tym jak wyłączyłam budzik otworzyły się drzwi do łazienki i pstryk gaszonego światła – łazienka wolna. Szybki prysznic, zgarnęłam wszystkie notatki, ubrałam się i na tramwaj.

Angielski jak zawsze bardzo fajny. Pani ma do nas bardzo fajne podejście i ogólnie bardzo fajna atmosfera jest na zajęciach. Następne zajęcia już były gorsze, bo najpierw komputer nie chciał z nami współpracować potem poczta i w końcu nie starczyło nam zajęć – zajęcia do odróbki. Potem obiadek i zabrałam się za robienie sprawka… z tym, że nie bardzo miałam z czego to sprawko zrobić, bo chłopaki nie dostarczyli mi materiałów. Więc poszliśmy na projekt tylko po to żeby powiedzieć, że nie mamy sprawozdania i dopytać co w nim ma być. Potem jeszcze chwila na douczenie się i kolokwium. Tu pozytywnie – 11/15, więc przynajmniej to jedno do przodu.

No co mój cały dzień ma wspólnego z dniem matki? Otóż gdy wracałam z Panem A. z obiadku od jakiegoś chłopaka, który zbierał „na chorego brata”, dostałam różyczkę. Stwierdziłam, że ostatnio dostałam trochę więcej kasy w pracy to mogę mieć dzień dobroci dla zwierząt parzystokopytnych, więc dałam mu tam trochę kasy… Pominę to, że chciał więcej a mówił w jakimś języku tak, że w ogóle go nie rozumiałam… Poszłam na zajęcia z tą różyczką. Wszyscy znajomi pytali czy ta różyczka to z okazji dnia matki i że gratulują xD Śmiesznie się złożyło, ale… Od kiedy jestem sama – tak całkiem sama wszyscy w kółko pytają czy przypadkiem nie jestem w ciąży… To trochę dziwne… Niby nie ma takiej opcji, mam okres regularnie (no może poza jednym) i ogólnie nic na to nie wskazuje, ale jednak… Wszyscy mi to powtarzają. Jak byłam z Panem A. nigdy (poza wizytą u nowego ginekologa) nie usłyszałam takiego pytania / stwierdzenia, że mogę być w ciąży… Czy to jakaś wróżba? Jak myślisz?

 

37 dni do wakacji

26 maj

Jadłospis:

  • I śniadanie (ok. 12): ziemniaczki pieczone z 2 kotletami mielonymi;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 15): mała miseczka lodów;
  • podwieczorek;
  • kolacja;

 

Trening – jako, że powinno się robić przerwy między ćwiczeniami tak skromnie:

  • 20 brzuszków z podniesionymi nogami;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;

 

Wróciłam do domu o 6 nad ranem i o dziwo nie byłam aż tak bardzo zmęczona i śpiąca jak myślałam, że będę. Trochę czułam, że bolą mnie stopy po butach na obcasie, ale to tylko tyle. Jak położyłam się spać to w sumie nie wiem kiedy zasnęłam, ale obudził mnie budzik po 11. Chwilę poleżałam i położyłam się dalej spać. Wstałam z łóżka jakoś po 12. Ogarnęłam się, zjadłam śniadanko i siadłam do robienia notatek… Jak siadłam to z godzinną przerwą na serial siedziałam do 22 ciągiem… Potem to film, to fb no i tak czas minął do 1 w nocy. Jakoś w ogóle nie czułam upływu czasu i tego ze jestem głodna. Byłam tak zajęta, tak mi szybko czas leciał, że naprawdę tego nie zauważyłam. A jutro ciężki dzień i choć siedziałam tyle czasu nad notatkami ucząc się do kolokwium to i tak czuję, że na jutro nic nie umiem…

 

Przyszła chwila załamania

22 kwi

Jestem z siebie dumna. Dzięki diecie bezglutenowej zjadłam tylko kilka kawałeczków murzynka, którego sama upiekłam. Mimo że na stole świątecznym pojawiło się moje ukochane ciasto z masą karpatkową i sernik. Powstrzymałam się, a wręcz ta myśl, że będę się po tym cieście cholernie źle czuła zniechęcała mnie do tego ciasta. Przez całe święta jadłam sałatki warzywne, owocowe i jajka. Najbardziej bolało, że na śniadanie wielkanocne nie mogłam zjeść ukochanego babcinego białego barszczu. Przez święta nic nie przytyłam, a wręcz troszkę schudłam. Cieszy mnie to bardzo!!

Ale w niedzielę mnie rozłożyło i od tamtej pory zaczęło się dziać źle. Nie mogłam się skupić na robocie, bo rodzice stwierdzili, że święta, że się nie pracuje. Do tego totalnie wszystko mnie bolało i nie byłam w stanie nic robić oprócz spania. Silne uderzenie alergii i choroba to bardzo złe połączenie. Ale babunia dała mi ziółka, które były jak nalewka – słodziutkie i kopały, bo na spirytusie – i postawiło mnie to na nogi. Potem w domu jeszcze leki, do łóżka, wygrzałam się i w poniedziałek jak nowo narodzona. Alergia i gardło mączą jeszcze dzisiaj, ale przynajmniej mięśnie mnie nie bolą.

Z powodu długiego wolnego i choroby zaczęłam niepotrzebnie myśleć, wspominać, puściłam wodze fantazji. To się skończyło bardzo źle. Znowu tęsknie za Panem A. a jednocześnie jestem na niego cholernie wściekła za jego zachowanie. Nie wierze, że może być tak nieodpowiedzialny i leniwy… Liczy, na to że ja wszystko zrobię za niego… W sumie sama do tego doprowadziłam robiąc wszystko tak jak chce… pomagając mu jak tylko mogę… Mam tak cholernie mieszane uczucia w stosunku do niego że to jest niemożliwe. Przed chwilą gadałam z Panem K. (naszym kolegą) i byłam tak bardzo wściekła na Pana A., a po odłożeniu telefonu zaczęłam ryczeć z tęsknoty… To nie jest pierwszy raz kiedy muszę się wyleczyć… Ale ten jest najgorszy… Zwłaszcza, że widuje go codziennie, że mam z nim wszystkie grupy zadaniowe i widujemy się poza uczelnią. Chciałabym żeby ten ból odszedł… Może byłoby łatwiej gdyby wprost powiedział, że jest z inną, że ją kocha, że jest szczęśliwy. Ale przecież nie powie mi tego… Nie powie, bo wie, że mnie to zaboli… Ale ja chyba właśnie takiego bólu potrzebuję. Dzisiaj przypadkowo otworzyłam pamiętnik na dniu kiedy była ta najważniejsza rozmowa. Cytując jego słowa napisałam, że chciałby mieć taką dziewczynę jak ja z charakteru, ale nie podobam mu się z wyglądu. W sumie też nie spełniłam tego co założyłam, że do końca roku będę „idealna”. Ale do tego zabrakło mi motywacji. Zabrakło wsparcia… Teraz jestem gdzieś w połowie drogi… ale jest kwiecień!! Zdecydowanie za wolno to wszystko idzie!

Muszę znowu iść zrobić wyniki, bo w niedziele dwa razy w przeciągu godziny byłam bliska zemdlenia. Gdyby nie to, że byłam w kościele i ta myśl, że nie mogę tu zemdleć pewnie bym padła. Miałam palce sztywne, dosłownie wszystko mnie bolało tak na maksa, a jak zaczynał świat wirować, robiło się ciemno przed oczami, wszystko gdzieś odchodziło. Z chęcią poddałabym się temu, ale no nie mogłam… Fakt. Przyznaje się bez bicia – nie jem zdrowo, nie jem dużo, sam ryż nie dostarcza potrzebnych składników i na 99% znowu mam anemię. To nie pomoże mi w odchudzaniu, więc muszę z tego wyjść… Ale z drugiej strony w końcu waga zaczęła spadać. Do tej pory spadło:

  • waga: 11,4 kg z 25 kg
  • szyja: 0,8 cm z 0,5 cm
  • ramiona: 6,5 cm z 6,0 cm
  • biust: 6,9 cm z 16 cm
  • talia: 10 cm z 21 cm
  • biodra: 6,5 cm z 14,5 cm
  • udo: 5 cm z 16,5 cm
  • kolano: 4,5 cm z 6 cm
  • łydka: 1 cm z 8 cm
  • kostka: 1,2 cm z 3,5 cm

Ta łydka to moja największa zmora!! Ciągle stoi w miejscu co mnie strasznie ale to strasznie wkurza (ładnie mówiąc). Już zaczęłam ćwiczyć generalnie łydki a przy okazji resztę… No wyglądam paskudnie z tymi łydkami, ale grube łydki i masywne uda są u mnie rodzinne i bardo trudno mi się tego pozbyć. O ile uda w końcu ruszyły, powoli, ale ruszyły to łydka za cholerę… Już mnie to tak wkurza, że tyle czasu się staram, tyle czasu pracuje nad sobą, a efekty takie sobie, że dałabym bardzo, bardzo dużo za to żeby w końcu wyglądać tak jak chcę wyglądać.

Co prawda na święta usłyszałam kilka miłych słów, że pływam w ciuchach. Nawet wujek, który nie jest skłonny do komplementów powiedział przy całej rodzinie, że schudłam (a rok temu mówił, że jestem gruba tak przy całej rodzinie… co cholernie zabolało), więc chyba nie jest tak źle… ale WCIĄŻ ZA MAŁO!! ZA WOLNO!! Nie wiem już co robić ;(