RSS
 

Notki z tagiem ‘smutek’

Ogromne zmiany i kolejny początek

30 sie

Oj dawno nie pisałam, ale to przez to, że dużo się też działo. Nie miałam chwili żeby sobie na spokojnie usiąść i pomyśleć.

W ostatnim tygodniu lipca wzięłam urlop. Przyjechała mama na tydzień więc trochę pojeździłyśmy i pozałatwiałyśmy parę spraw, oczywiście obeszłyśmy prawie wszystkie galerie w poszukiwaniu sukienki na wesele dla mamy i tak jakoś zleciał tydzień.

W poniedziałek – ostatniego dnia lipca – przychodzę do pracy, ale jakoś tak czułam, że wisi coś w powietrzu. O 10:15 mój dyrektor do mnie pisze, czy mogę przyjść do niego tak koło 10:30 pogadać. To ja już ściśnięte gardło… nigdy tak nie pisał. Mówił żebym zjadła II śniadanie przed, ale przez te 15 minut siedziałam jak na minie. W ogóle nie mogłam się skupić. Poszłam – no i choć w nawet miłej atmosferze jak na okoliczności – wyszłam z wypowiedzeniem. Powiedział, że mogę wyjść teraz, albo posiedzieć do tej 16, jak wolę. Stwierdziłam, że wracam do domu z dwóch powodów.

  1. Muszę zacząć szukać nowej pracy
  2. Starałam się zachować powagę i nie rozpłakać.

W pewnym momencie napłynęły mi łzy do oczu, ale zaczęłam mrugać i udało się stłumić. Szybko wyszłam i poszłam na autobus. Z tym całym tobołem rzeczy… Wróciłam do domu, zabrałam się za przepisywanie CV, bo przez rok dużo się zmieniło. Zalogowałam się znowu na platformę z ogłoszeniami i wysyłałam CV tam gdzie pasowałam doświadczeniem i umiejętnościami.

Niestety po miesiącu poszukiwań dalej „nikt” mnie „nie chce”… ;( To jest straszne!! Mam 2 lata doświadczenia a i tak twierdzą, że za mało… Nikt nie chce mi dać szansy… Uwierzyć mi, że dam radę i że się sprawdzę.

Pan Ł. wyszłał moje CV u siebie w firmie do kadr. Stwierdzili, że mimo że nie mają rekrutacji teraz to spotkają się ze mną. Tuż przed tym długim weekendem miałam pierwszą rozmowę. Tydzień później zaprosili mnie na drugą i mówią, że muszą się zastanowić czy w ogóle otwierać nowe stanowisko, a jak tak to czy spełniam ich wymagania. Dali sobie czas do wtorku włącznie. No i zadzwoniła wczoraj… Początek standardowy: „Dzień doby… Mieliśmy się odezwać do wtorku, a że jest 14:30 to się zmieściłam…”. I tak sobie myślę: „Powiedz, że nie przyjmujecie mnie i z głowy”. A tu nie!! Stwierdzili, że mnie zatrudnią!! To jest w ogóle… Coś niemożliwego!! Ale jest mały haczyk – od października. Teraz mam wypłatę, za okres wypowiedzenia… Ale co będzie w październiku? Wypłatę dostanę dopiero w listopadzie ;( Stwierdziłam, że muszę zacisnąć pasa i odłożyć z tej wypłaty ile się da… no ale na czynsz nie starczy. Chłopak powiedział, że mi pomoże, no ale… to też będę musiała oddać. I późnym wieczorem koleżanka z byłej pracy, która teraz zakłada swoją firmę zaproponowała mi czy mogłaby jej zrobić stronę firmy ;) Po prostu z nieba mi spadła!!

Dzisiaj Pan Ł. wymyślił, że weźmie dodatkową pracę na pół etatu. Stwierdził, że on ma większe szanse na zarobienie kasy w miesiąc, niż ja, bo ja mam problem z tą ręką… W ogóle sytuacja teraz wygląda tak, że czekam na zabieg nacinania ścięgien… do stycznia… Szybciej się nie da, albo 1200zł.

Więc tak podsumowując
Nikt mnie znowu nie chciał… Ale osobowością wygrałam życie i udało się znaleźć pracę ;) Na szczęście nie było już tak źle jak w zeszłym roku. Choć wtedy wiedziałam, że nie mam żadnego doświadczenia komercyjnego, jestem samoukiem, więc łatwiej było przyjąć odmowę i stwierdzenie, że mam za małe umiejętności… Teraz przez ten rok bardzo się rozwinęłam, wiele, wiele się nauczyłam… Ale dla tych wszystkich rekruterów liczy się, że nie pisałam obiektowo i skreślają mnie na wstępie. A tydzień temu się wkurzyłam i stwierdziłam: „Kurde! Przecież w innych językach pisałam obiektowo, a to prawie to samo. Więc co? Nie dam rady?! Oczywiście, że dam! I nikt już nie będzie mnie skreślać z takiego powodu!!!”. No i w jeden dzień napisałam logowanie i rejestracje użytkownika. Nie było wcale tak źle ;) Miałam chwilę zwątpienia, że może faktycznie mają rację, ale potem się otrząsnęłam i wróciła pewność siebie. We wtorek dotarło do mnie: „Kurde kobieto! Minął miesiąc, a Ty dalej nie masz pracy! Tyle mogłaś zrobić i co? Nic z tego nie wyszło… Ogarnij wreszcie, że nie masz pracy!!”. Chciało mi się płakać, ale że jechałam z Panem Ł. to nie chciałam tego po sobie pokazać i szybko się ogarnęłam. Wiem, że lada dzień odchoruje tą sytuację… Ale teraz w końcu zaczęło się układać :) Jutro opisze moje rekrutacje ;) mam różne wspomnienia.

 

Piątek, 14-07-2017

14 lip

Znowu magiczna granica na wadze… tak jakby się zepsuły pierwsze dwie cyfry… No masakra! To takie domotywujące… Do tego rozłożyło mnie przeziębienie. Przewiało mnie w pracy, bo klima wieje mi po plecach… a w weekend impreza w domu! To jakaś porażka! Chce do domu!

Jeszcze większa porażka – moje ćwiczenia… Przedwczoraj nic! Wczoraj zmotywował mnie chłopak to zrobiłam serię brzuszków… A reszta? To jakaś porażka! Jestem zmęczona, wykończona wręcz. Chce mi się spać i nie mogę się skupić na pracy. Straciłam wenę do układania posiłków i dzisiaj rano przy śniadaniu zdałam sobie sprawę z tego, że w sumie nie mam nic „super” na obiad… Ciągle to samo!

Przed wczoraj zdałam sobie sprawę z tego ile razy i ile lat próbowałam coś ze sobą zrobić… To przerażająca liczba! 6 LAT!! W tym czasie gdybym chudła średnio 0,3kg MIESIĘCZNIE miałabym idealną sylwetkę! A tym czasem? Starałam się o siebie „dbać” przynajmniej 5 razy. I co? Zwykle kończyło się to wracaniem do „normalnego” jedzenia i powrotem wszystkiego!! Jest mi cholernie przykro, czuje się z tym mega źle i gdyby nie to, że jestem taka słaba to byłabym „idealna”… Nie… nie poddaje się. Mam tylko chwilę załamania i przemyśleń. To takie przykre podsumowanie. Mam nadzieję, że mi przejdzie.

 
 

Środa, 12-07-2017

13 lip

Jestem w szoku jak wiele zmieniło się w mojej głowie. Wcześniej było tak, że co zjadłam to zjadłam. Czy zdrowe czy nie, byle smaczne. Jadłam słodkie, czasem tylko sobie odmawiając. Wszędzie jechałam samochodem, a wymówką były duże zakupy. Czasem coś poćwiczyłam, ale bez rozpiski, jak mi się przypomniało. I pewnie jeszcze kilka grzeszków by się znalazło. A teraz? Patrzę co jem, liczę ci jem, pilnuje kiedy jem. Do tego więcej razy byłam na piechotę po zakupy w ciągu miesiąca niż przez rok. A co do ćwiczeń? To sami wiecie z tego bloga. Wczoraj wróciłam po pracy, zjadłam, odpoczęłam chwilę i przebrałam się do pracy :) Wzięłam jedną cześć ogrodzenia, papier ścierny, wyszłam na balkon i zaczęłam szlifować. Zajęło mi to 2,5h, ale uwierzcie, że było warto. Już pod koniec zadzwoniło mi powiadomienie, że czas na kolację, więc stwierdziłam, że już dokończę. Skończyła, posprzątałam, siadłam na kanapie i tak sobie myślę. Co ja mogę wyczarować z tej lodówki? Poszłam zobaczyć co mam, ale ciągle z tyłu głowy miałam „Halo! Nie ćwiczyłaś nic dzisiaj!”. W myślach usprawiedliwiałam się, że przecież to szlifowanie też można podciągnąć pod ćwiczenia, poza tym nogi muszą trochę odpocząć. Wyjęłam z lodówki jajka na jajecznicę, umyłam i już miałam je zważyć i zacząć robić kolację, ale… odłożyłam je bezpiecznie na blat i poszłam do łazienki. Popatrzyłam tak na siebie i tak trochę bezwiednie przebrałam się do ćwiczeń. Włączyłam muzykę, rozłożyłam przy kanapie matę i jazda :) Byłam tak okropnie zmęczona, ale taka szczęśliwa!! Prysznic i wróciłam do robienia kolacji. Czułam się tak fantastycznie, że jednak zmotywowałam się żeby poćwiczyć, że nikt sobie tego nie wyobraża! ;)

Dzisiaj jest już trochę gorzej. Wróciłam do domu, przygotowałam sobie kolację na wynos i zjadłam podwieczorek! Ze mną jest chyba coś nie tak! Miałam taką ochotę na majonez, że nie mogłam się powstrzymać! Zrobiłam sobie więc kanapkę, z cienką warstwą majonezu. Praktycznie nie było go czuć, ale zachcianka zaspokojona. Wychodziliśmy z chłopakiem wieczorem i tak się zastanawiałam…
„Kurde… co najdłużej będzie mnie trzymać, żebym nie była głodna? Zwłaszcza, że idziemy na imprezę, więc będzie jedzenie (grill i inne takie stanowiska, jak to na imprezach „masowych”), będzie pachnieć, będzie kusić” – zaczynam się bać własnych myśli ;P
Postawiłam na kanapkę z upragnionym majonezem, jogurt i sok grejpfrutowy. Całkiem dobrze mi to wyszło, bo przechodziliśmy obok jedzenia jakieś 2h od zjedzenia i nic :) Później na imprezie jak siedzieliśmy, to sobie po cichutku wyjęłam kanapeczki i zjadłam kolację :) Nic nie kusiło, no może zaczęłam się zastanawiać nad popkornem. Ale nie w kontekście, że mam ochotę (choć pewnie większość tak pomyśli ;P), tylko w kontekście tego ile ma wartości odżywczych, jaki ma indeks glikemiczny, oraz jak bardzo niezdrowo go tutaj robią. Jak sobie to uświadomiłam to znowu się przeraziłam, o czym ja myślę!! Wróciliśmy do domu po 22. Musiałam jeszcze ugotować obiad i? No właśnie… ćwiczenia…  ale już była ta godzina… i byłam zmęczona… Wyrzucałam sobie, że nie zrobiłam tego przed wyjściem, ale musiałabym się wykąpać, nie że nie lubię, czy coś, ale musiałabym też umyć włosy. A nie zdążyły by mi wyschnąć do wyjścia. Jeszcze pod prysznicem jak dostałam nowa energię pomyślałam, że może chociaż chwilę brzuszki, albo przysiady, albo chociaż rowerek… ale nie… przecież znowu musiałabym się wykąpać… odpuściłam. Dzisiaj (w czwartek, 13-07-2017) jest mi przykro, że się poddałam wczoraj :( Ale jeden dzień nie zrujnuje przecież całej pracy nad sobą :) Dzisiaj (w czwartek) będzie lepiej :)

 

Tendencja spatkowa

15 mar
poniedziałek wtorek środa czwartek piątek sobota niedziela
brzuszki
przysiady
pompki
2×10
2×10
1×10
2×15
2×15
1×15
3×10
3×10
2×10
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
brzuszki
przysiady
pompki
2×15
2×15
1×15
3×10
3×10
2×10
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
brzuszki
przysiady
pompki
3×10
3×10
2×10
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
6×10
6×10
5×10
brzuszki
przysiady
pompki
3×15
3×15
2×15
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
6×10
6×10
5×10
6×15
6×15
5×15
brzuszki
przysiady
pompki
4×10
4×10
3×10
4×15
4×15
3×15
5×10
5×10
4×10
5×15
5×15
4×15
6×10
6×10
5×10
6×15
6×15
5×15
7×10
7×10
6×10

Ale to nie wszystko. Od zeszłego wtorku jestem na diecie utworzonej przez Multisport. Chociażby dlatego warto płacić za niego. Liczyłam, że w ciągu tygodnia muszę schudnąć średnio 0.7kg żeby do ślubu siostry wyglądać idealnie, a tu? Ważąc się codziennie rano naczczo, po toalecie porannej schudłam 2,8kg!! Wiem, wiem. Nie ma się co ekscytować, bo na początek schodzi woda z organizmu, a nie tłuszcz, ale… Brzuszek schodzi. Nogi chudną. Na centymetrze mniej. A wszystko to dzięki niewielkiemu wysiłkowi. Nie chodzę głodna. Nie siedzę godzinami w kuchni. Bez problemu mogę zabrać jedzenie ze sobą do pracy.

Od wczoraj jestem na chorobowym i według zaleceń lekarza mam unikać wysiłku fizycznego. Zawiesiłam więc mój plan treningowy, ale wrócę do niego. Muszę się wyleczyć przede wszystkim. Dietę nadal stosuję więc mam nadzieję, że uda się utrzymać tendencję spadkową.

Jak stanęłam dziś na wadze i zobaczyłam ile wskazuje, to nie mogłam uwierzyć! To takie super uczucie!!!

Niestety są też gorsze strony. Mój chłopak jest chudy jak patyk mimo, że je co chce, ile chce i kiedy chce. Strasznie mu zazdroszczę, ale niestety. On ma to od tak, a ja muszę o to zawalczyć. I tu jest problem. Mam wrażanie, że totalnie mnie nie rozumie. Nie wie co to znaczy być na diecie, co to znaczy musieć sobie odmawiać na każdym kroku. Już i tak muszę sobie odmówić większości przysmaków, bo są z ‚glutenem’. Zrobiłam sobie wczoraj latte i co usłyszałam? Że stracił do mnie szacunek, bo nie trzymam diety… Zrobiło mi się tak strasznie przykro. Przez jedną kawę słyszę od niego takie rzeczy… Kocham go, ale powinien mnie wspierać i rozumieć, a nie zachowywać się w taki sposób. Nawet nie wie jak to jest odmawiać sobie słodyczy, liczyć kalorie i walczyć o siebie.  Mimo, że obiecał mi, że nie będzie mnie kusić i nie będzie przy mnie jeść słodkiego, to i tak ukradkiem podjada, gdy wychodzę z pokoju. To naprawdę przykre :( Jak mu wytłumaczyć żeby zrozumiał przez co muszę przejść?

 

Poszukiwania motywacji

01 lut

No i ostatnia prosta. Niby najbardziej powinno mnie to mobilizować do pracy, ale jednak. Pracuje, spełniam się w pracy, a ostatniego roku nie można nazwać studiowaniem. A teraz gdy jakimś cudem udało mi się zaliczyć wszystko i pozostała mi tylko obrona? Nie mam siły, ochoty i samozaparcia się wziąć.

Jeśli chodzi o zaliczenie. Byłam tak nisko oceniana… Miał mi jeszcze uciąć punkty za spóźnienia… Tak się bałam, ryczałam wręcz, że znowu jest to samo i zawiodę rodziców. Ku mojemu zdziwieniu uzyskałam ocenę 3,5!!! A co dziwniejsze? Zabrakło mi 2 PUNKTÓW do 4,0!!! To jest nienormalne… Po co mnie tak straszył? No ale i tak póki nie dostałam oceny do indeksu to nie uwierzyłam.

Jeśli chodzi o obronę… odwlekałam złożenie odpowiedniego papierka jak się da ale w końcu się zebrałam i zaczęło się.
1. Pan w dziekanacie powiedział, że około 2 tygodnie będzie trwać weryfikacja mojego oświadczenia o zrealizowaniu programu kształcenia.
2. 2 dni później dostaje maila z sekcji finansów, że nie opłaciłam kursu poprawkowego z 2013 roku! Okazało się, że nawet nie dostałam maila z powiadomieniem ile i gdzie mam wysłać. Opłaciłam.
3. Kilka dni później dostaje powiadomienie, że jest problem z moimi przepisanymi ocenami bo nie mają potwierdzenia. Na szczęście nie musiałam nigdzie latać i prosić o wyciągnięcie moich akt z Bóg wie skąd tylko wystarczył sam indeks z podbitymi semestrami. Gorzej było z samym drukiem przepisanych ocen. Ksera jakie były w moich aktach były rozmazane (przez zły wydruk z ksera) i pokreślone na niebiesko, ale na kserze czarno na czarnym. Totalnie nie czytelne. Kazali mi przepisać. No to podróż do domu (8km) po indeks, do koleżanki (10km) przepisać tabelkę i wydrukować, na uczelnię (2km) i? Okazuje się, że nie tak… I jeszcze mi się zebrało, że jak to? Ja się tyle udzielam i nie wiem, że się wypełnia według wzoru? A skąd miałam wiedzieć, że jest inny wzór? Zrobiłam tak jak te dokumenty, które dostałam z akt. Zlitowali się i pozwolili mi u nich na kompie przepisać to jeszcze raz. A gdy tylko usiadłam do kompa pani z okienka która się zajmowała moimi papierami mówi, że mogę to zrobić w domu i wysłać mailem. Ale stwierdziłam, że jak już jestem tu to wypełnię na miejscu.
4. Dzisiaj po 20 dostałam maila, że oświadczenie rozpatrzone i wszystko jest ok. – mogę się bronić. Mój opiekun studiów napisał, że albo do 13 jutro dostarczę mu wszystkie dokumenty i mam dwa terminy obrony, albo tylko jeden… No dwa terminy to zawsze lepiej niż jeden, więc chciałabym to załatwić jutro… tylko czy mi się uda?
5. Na domiar złego w pracy mam bardzo ważny projekt, termin do 9 lutego, a jeszcze ogrom pracy przede mną. Nie mogę wziąć wolnego. I jeszcze na weekend jadę do domu, a wiadomo, że tam się uczyć to graniczy z cudem.

Jeśli się uda jutro wszystko załatwić to termin obrony mam już na poniedziałek 6 lutego!! Jeśli to zdam… To obiecuje, że nie ma wymówek i biorę się za siebie. Nie ma, że nie mogę!

Proszę trzymajcie kciuki :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

mam już dosyć tego roku

07 gru

Z każdym dniem jest coraz gorzej… Moja szansa na zdanie ostatniego kursu i możliwości przystąpienia do obrony prysnęła jak bańka mydlana… Niestety to nie są tylko moje odczucia, ale punktacja nie kłamie. Na 5 oddanych sprawozdań z czterech mam najmniej punktów z całej grupy a z jednego mam drugi od końca wynik. Nie uważam żebym źle robiła sprawozdania czy programy. Kod jest czysty, sprawozdania zwięzłe i na temat. Pisze w zupełnie innym języku niż wszyscy więc nie może powiedzieć, że od kogoś ściągałam. Może na zajęciach nie byłam zbyt aktywna, ale robiłam notatki, spisywałam wszystko co się dało i w domu na spokojnie do tego siadałam. Dlatego tak bardzo mnie boli, że mam ledwo 3 ze sprawozdań… Na domiar złego dowiedziałam się, że ta punktacja która jest nie jest ostateczna tylko jeszcze trzeba sobie doliczyć a raczej odliczyć spóźnienia z oddaniem sprawozdania… i nie w tygodniach ale w DNIACH!! Dwa dni spóźnienia i już maksymalna liczba punktów topnieje o połowę. To jakiś koszmar. Chce żeby już był 15 grudnia. Będę wiedziała na czym stoję, będę mogła zobaczyć nowe mieszkanie i na reszcie będę mogła się odstresować… Czeka mnie teraz tydzień niepewności.

Zdam?

A jak nie to co dalej?

Stracę tyle lata studiów?

Będę musiała zacząć od nowa?

To będzie chyba najdłuższy tydzień jaki pamiętam… ;(

Może kiedyś będzie lepiej… ale teraz jest tylko coraz gorzej ;(

 

To był bardzo zły dzień

05 gru

Gdy kładę się spać jestem bliska płaczu. Jeszcze 9 dni do końca semestru i 2 zadania do zrobienia. Tydzień temu myślałam, że nie mam szans zdać. A gdy pojawiła się szansa, że zdam ten durny kurs i będę miała szansę się bronić, jest jeszcze gorzej. Ostatnio na zajęciach (jeszcze przed zobaczeniem wyników z oddanych sprawozdań) prowadzący dał nam ‚rozwinięcie’ zadania z poprzednich zajęć. Z tym, że dla mnie to już brzmiało jak po chińsku i w ogóle nie wiedziałam jak mam się za to zabrać. W pracy piszę w bardzo rozwiniętym i prostym języku, a teraz mam się cofnąć do najbardziej prymitywnego języka – asemblera. Do tego napisać skrypt w języku bardziej rozwiniętych, ale bardzo zapomnianym przeze mnie – C / C++. A na dokładkę muszę napisać skrypt, który będzie automatycznie wywoływał ten skrypt w języku C / C++ klika razy… Jak ja to usłyszałam… Zgłupiałam totalnie. Przysięgam nie wiedziałam jak zacząć pisać program w C / C++. Dla programistów może wyda się to śmieszne, ale tak było. Na koniec jeszcze tego wszystkiego jak się zapytałam prowadzącego skąd możemy wziąć program ten na którym mamy pracować i powiedział, że miał być dołączony do sprawozdania z ostatniego zadania, bo jak go nie ma to nie zaliczy… wybuchłam. Totalnie nie przyszło mi do głowy żeby go dołączyć, skoro wszyscy mieli to samo. Wierz lub nie – rozpłakałam się. Starałam się to ukryć i wycierać łzy apaszką, ale i tak nie potrafiłam ich powstrzymać. Leciały jak głupie. Prowadzący robi rundkę po sali i notuje co kto zrobił i jak idzie i słyszę, że ma już to i to… a ja dalej nie wiem jak zacząć. przychodzi do mnie i pyta co mam ja mówię, że szukam informacji. „Dobrze…” i poszedł dalej. Pod koniec zajęć robi kolejną rundkę. Już kilka osób prawie kończy a ja dalej nie zaczęte. Przychodzi do mnie i pyta jak idzie. To już mówię zgodnie z prawdą, może trochę niegrzecznie, że nie idzie. Nawet nie wiem co powiedział, coś tam o bibliotece, żeby poczytać o tym czy tamtym i poszedł. Kolega obok się zlitował i w pdf który miałam otwarty pokazał mi przykład i co gdzie w nim jest. Niestety tylko tyle pomocy mogłam uzyskać od kolegów. Każdy twierdzi, że nie ma czasu i w ogóle… Wracając z zajęć ryczałam. Jeszcze na dokładkę zadzwonili rodzice. Stwierdzili, że to nie koniec świata i w ogóle, że zaliczę to albo poprawię. Mając najczarniejszy z czarnych scenariuszy w głowie mówię, że poprawka jest dopiero za rok… i wtedy coś we mnie pękło. Powiedziałam rodzicom coś co od dawna we mnie siedzi.

Wiem, że znowu was zawiodę… Siostra zdaje wszystko bez problemu, a ja z głupim inżynierem nie mogę sobie poradzić…

Wtedy pierwszy raz usłyszałam w głosie rodziców troskę? Takie prawdziwe wsparcie bez ukrywanego żalu. Powiedzieli, że mam się nie przejmować, że wszystko będzie dobrze i że mam się uspokoić. Zwłaszcza, że za chwilę miałam jechać samochodem. Jeszcze jakieś dobra kilka minut płakałam a potem szlochałam prze telefon, aż w końcu się uspokoiłam. Zeszły ze mnie wszystkie emocje… Zwłaszcza, że to był okropny dzień. W pracy chciałam się pochwalić szefowi co zrobiłam, ale oczywiście nie działało. Usiedliśmy razem i staraliśmy się znaleźć rozwiązanie, ale skończyło się na tym, że miałam jeszcze raz napisać od nowa, a jak nie wyjdzie to w ostateczności szef sam to napisze… Jak wychodziłam z pracy to padał śnieg i było mega ślisko na drodze. Jakiś idiota jechał po drodze (choć nie można nazwać tego jechaniem bardziej toczeniem, prawie staniem w miejscu), chciałam go wyprzedzić, bo wydał się podejrzany. Ja do wyprzedzania a on nagle rusza bez migacza bez niczego i zaczyna w moją stronę jechać, na mój pas. Ja po hamulcach i mi się udało wyhamować, ale niestety gość za mną jechał za blisko, na torowisku wpadł w poślizg i stukną moje biedne autko w róg… To był bardzo, bardzo zły dzień…

Jak się wypłakałam zrobiło mi się trochę lepiej… ale to i tak nie zmieniło mojej sytuacji… Dziś też jest zły dzień… A jeszcze gorszy wieczór. Słuchając powiedzenia mamy pójdę już spać, bo:

Dzień jest mądrzejszy od nocy

 

Tak trochę z innej beczki

17 lis

Napiłam się w pracy energetyka i chyba jeszcze mnie trzyma. Jutro będę w pracy nie żywa, ale no cóż… Naszła mnie ochota na powiedzenie na głos co myślę. I nie – nie piłam alkoholu, nie paliłam, nie brałam żadnych używek.

No więc tak. Zacznę może od tego że ostatnio autentycznie poczułam się okropnie jako, że jestem POLKĄ. Pierwszy raz było mi tak okropnie wstyd za rodaków. Mam na myśli akcję promocyjną w Lidlu. Pokazaliśmy, że polak potrafi. Jeśli ktoś nie słyszał to krótko streszczę. Lidl zrobił promocję, że przez miesiąc można „próbować” ich marek. Jeśli produkt się nie spodoba, nie posmakuje to można oddać nie naruszony, częściowo zużyty lub całkiem zużyty. Wystarczyło opakowanie. I tu pojawia się przebiegłość polaków. Skoro można oddać opakowanie to czemu by się nie obkupić. Na YT oglądałam filmik z komentarzem do tej akcji. Gość stwierdził i tu się z nim zgadzam, że jeśli by to był jakiś bezdomny, który zarobił sobie na jedzenie i kupił sobie załóżmy kiełbasę, zjadł, poszedł oddać opakowanie, dostał kasę i za kilka godzin znowu poszedł kupił sobie coś do jedzenia to spoko. Nie stać go na luksusy, ale w jakiś sposób zarobił. Może nie taki miała zamysł ta akcja, ale przynajmniej przyczyniłaby się do czegoś dobrego. No ale oczywiście znalazł ktoś lukę, a jak jedna osoba to i znajdą się kolejni. Robili zakupy za kilkaset, ba za tysiąc zł zakupy, a potem zwracali same opakowania. Najbardziej perfidni byli Ci co szli do samochodu i na parkingu wypakowywali jedzenie, przelewali/ przekładali do pudełek i zwracali opakowania. Naprawdę. Jak ja to usłyszałam to po prostu mnie zatkało. Autentycznie poczułam wstyd. Mimo że nic nie zrobiłam, to przez inne kraje widziana jestem tak samo jak tamte osoby. Oczywiście akcja została wycofana. Ale kto się obłowił ten się obłowił.

Druga sprawa o której chciałam napisać to polityka. Przyznaje, że mam szczątkowe informacje, bo unikam jej jak ognia. Za każdym razem jak czytam, słyszę, albo widzę co wyprawiają to mam ochotę wstać, wziąć chomika, Pana Ł., wsiąść w samochód i wyjechać daleko, daleko, daleko stąd. Po prostu nie ogarniam tego… JAK? Jak dorośli, „poważni ludzie” mogą się tak kłócić? Jak mogą tak kłamać, kręcić, kraść? Teczki nie teczki. Jakieś afery taśmowe… Za głupi stołek dostają tyle kasy miesięcznie ile ja przez rok nie wypracuje, a i tak nie chce im się chodzić na posiedzenia rządu. Byłam w Parlamencie Studentów i wiem jakie ważne tematy były poruszane. Nie było możliwości żeby tylu osób brakowało. Nie było kłótni! Była konstruktywna rozmowa na różne ważne tematy, poważne głosowania. Czasem zdarzało się, że siedzieliśmy do późna, bo tak się dyskusje ciągnęły. I co ważniejsze? Nikt nam w żaden sposób za to nie płacił. Żadnych zwolnień, przywilejów z tego tytułu. A w rządzie? Do samochodu kupiłam sobie płytę, bo boje się co w radiu usłyszę. Dzisiaj np. że tworzą (nie pamiętam która partia to nie będę zmyślać) ustawę niezgodną z konstytucją. Jak bumerang wraca temat katastrofy. Kolejna komisja opłacana z naszych pieniędzy. Dlaczego sami zainteresowani wynikami tej komisji nie zapłacą za jej pracę, tylko wszyscy musimy ponieść konsekwencje decyzji pewnych osób? Dlaczego nie ma pieniędzy na 500+, a przy akcji z pokazaniem jakie to PKP jest super, latał samolot w razie jakby Pani Premier(?) nie zdążyła na pociąg, czy coś? Tak chcą rozwijać społeczeństwo, tak chcą pomóc? To czemu nie obetną sobie pensji? Dlaczego nie oddadzą tego na rzecz utrzymania szkół, otworzenia przedszkoli. Tak bardzo promują i zachęcają żeby mieć dzieci. A co z tym dzieckiem zrobić? Do przedszkola… super tylko chyba prywatnego. A kto za nie zapłaci? Chcą obniżyć wiek emerytalny. Fajnie, super to brzmi. Ale co z tego że obniżą wiek, skoro stawki nie podniosą? Za wszy i pająki będą żyć starsze osoby? WOW pojawiła się lista leków darmowych, ale też nie jest tak kolorowo… Nie jest tak że idziesz do apteki i mówisz poproszę darmowy lek. Też trzeba załatwić to i tamto, dopilnować czy lekarz się nie pomylił, itd. A no tak… lekarz nie pomylił… HEHEHE bardzo śmieszne. Trzeba się najpierw do niego dostać.

Tydzień temu zaczęło mnie rozkładać, a w czwartek rano obudziłam się z takim bólem głowy, że ledwo oczy otwierałam. Tylko się wynurzyłam z łóżka zaraz kichanie, kaszel i ogólnie masakra. Nie poszłam do pracy, chce się zarejestrować do lekarza a tu kicha. Tylko do 13-14 przyjmowali. Nikogo po południu w dwóch przychodniach do których mogłam iść. Najbliższy wolny termin na poniedziałek lub wtorek… Do tego czasu to ja sobie sama poradziłam – syrop z cebuli, ciepłe łóżeczko, aspiryna i jak nowo narodzona.

No ale wracając do tematu polityki. Do napisania tego postu skłoniła mnie katastrofa smoleńska. Tak czytam komentarze pod artykułem odnośnie ekshumacji i znalazło się kilka które faktycznie dają do myślenia.
Po pierwsze: Z całym szacunkiem, ale moim zdaniem para prezydencka nie jest na tyle zasłużona żeby spoczywać na Wawelu. Rozumiem śmierć w katastrofie, ale nie są pierwszymi ani ostatnimi, który tak zginęli. Nie zasłużyli się też tak wybitnie jak bohaterowie Polski. Myślę, że osoba, która twierdziła, że korzystając z okazji powinni ich pochować na cmentarzu tam gdzie spoczywa rodzina, ma rację. Co by nie mówić. Teraz są bardziej atrakcją turystyczną niż obiektem sakralnym. Ich krypta/grobowiec nie jest miejscem modlitw, wyciszenia, przemyśleń, ale miejscem wycieczek, zdjęć na pamiątkę. Nie wiele jest osób, które przychodzą tam żeby się za nich pomodlić.
Po drugie: O jej nie da się zamknąć grobowca – trzeba postawić nowy. I tu pytanie? Za co? Skoro nie wiadomo i nigdzie o tym nie słychać to wiadomo kto zapłaci. My… Gdyby któraś z osób rządzących za niego zapłaciła z „własnej” kieszeni to by o tym było głośno. I na to zwrócił mi uwagę kolejny komentarz. Może faktycznie jest tak, że tamten przestał się podobać i pod pretekstem badań chcą postawić nowy. Gdzieś obiło mi się, że „ten grobowiec nie był ‚przygotowany’ na wielokrotne otwieranie”. Ale na kij otwierać. Dajcie im w spokoju spoczywać. Co to da? Po co nadal szukać zarzutów przeciwko Rosji. Pamiętam, że jak to się stało byłam w domu. Przyjechał tato z miasta, włączył wiadomości, obejrzał chwilę i pojechał, a ja siedziałam przed telewizorem i było mi okropnie smutno. Nie, że prezydent, nie że ministrowie, nie, że „o jej co teraz będzie?”. Było mi przykro, bo zginęli ludzie. Nie ważne z jakiej przyczyny. Na pewno zostawili tu kogoś, kto będzie odczuwał ich brak. Znalazłam wtedy piosenkę… do tej pory gdy jest mi źle to sobie ją nucę. „List do Boga”, bo taki ma tytuł, za każdym razem mnie wzrusza. Kojarzy mi się z tym dniem, ale też i z moim przyjacielem, którego straciłam.

U mnie wszystko jak dawniej
tylko jeden samobójca więcej,
tylko jedna znów rodzina rozbita,
tylko życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś obok rozbił się samolot,
trochę dalej trzęsła się ziemia.
Kiedy patrzę na to wszystko tak, jak dziś…

Tak przyznaje. Pamiętam o tej tragedii i nie da się o niej zapomnieć, ale nie jest to dla mnie temat do kłótni, szukania dziury w całym i wyciągania w kółko i w kółko. Szczerze? Moim zdaniem to ciągłe zamieszanie obraca ludzi przeciwko sobie. Zamiast łączyć – dzieli. Wszyscy już mają dosyć (żeby nie mówić brzydko o takim temacie). Po tylu latach to jest już… Po prostu brak słów. Rozumiem stratę, rozumiem że to boli, że można sobie nie radzić, ale bez przesady. Takie rzeczy przeżywa się w samotności, w rodzinnym gronie,  a nie robi się szum wokół siebie „wykorzystując” śmierć.
Kiedyś jak było ze mną bardzo źle przyjaciółka pocieszała mnie, że inni mają gorzej. Wtedy nie obchodziło mnie to, bo moje problemy przytłaczały mnie tak bardzo, że nie obchodziło mnie już nic. Ale tak miała rację. Zwłaszcza w tym przypadku. Niektórzy mają gorzej.

No dobra. Późno już, wygadałam się. Trochę lepiej mi. Dużo też tego wyszło, więc tylko na koniec: Największą motywacją do pracy nad sobą, językiem i zdobyciem profesji jest szykowanie do ewakuacji z tego coraz bardziej chorego kraju :(

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Aż ciężko się przyznać

13 lis

Znowu dawno mnie nie było… Jakoś odzwyczaiłam się od pisania i też trochę nie mam na to czasu. Praca, uczelnia i życie wypełnia mi dnie. Zanim zdążę się obejrzeć już jest 22 i czas szykować się do spania. Ale to też zanim wszystko zrobię i w ogóle to jest przed 23. Czas dosłownie ucieka mi między palcami. Przede mną przeprowadzka, i kilka ważnych decyzji do podjęcia. Czy wybiorę dobrze? O to jest pytanie. Ale w sumie nie o tym chciałam napisać.

Wracając do moich postępów a raczej ich ogromnym braku, bo o tym miał być blog. Do pracy zaczęłam ubierać się elegancko – nie wysokie, ale jednak szpilki, sukienki, sweterki, narzutki a nie bluzy sportowe. W lustrze widzę, że na twarzy pojawiają się ostrzejsze rysy, wklęsłe policzki, nogi stają się ładniejsze jednak… Byłam na zakupach i szukałam kozaków. Łydki nie są wcale takie jakie bym chciała żeby były. Centymetr też… wręcz pokazuje jeszcze więcej. A o tym co zobaczyłam na wadze to aż wstyd pisać. A wszystko przez głupie badania 2 lata temu. Po wycięciu migdałków nie jadłam prawie w ogóle, bo czy jedzeniem można nazwać kisiele/budynie instant, za to piłam bardzo dużo wody. Ból gardła i woda pomagały zapomnieć o głodzie. Bardzo szybko straciłam na wadze. Stwierdziłam, że nie mogę tego zaprzepaścić i zaczęłam intensywnie ćwiczyć, skurczył mi się żołądek wiec nie było problemów z mniejszą ilością jedzenia i waga a zwłaszcza cm leciały w dół. Niestety żeby zrobić badania pod kontem glutenu musiałam wrócić do normalnego jedzenia i nagle w kilka tygodni wróciło wszystko nad czym pracowałam przez ponad rok. Ale to nie wszystko… w kolejne kilka tygodni przybyło kolejne tyle… Niestety mimo tego, że ćwiczyłam i jadłam tak jak wcześniej wprowadzenie do diety glutenu okazało się koszmarne w skutkach. Teraz ograniczenie glutenu wcale nie pomaga. Wręcz ciągle jest jeszcze gorzej. W lustrze widzę, że tu jest lepiej, albo tu ale jak tylko wezmę cm do ręki mój pogląd na figurę zmienia się o 180st. Niestety mimo że w głowie nienawidzę siebie za to jak wyglądam to nie potrafię się zawziąć i wytrzymać w postanowieniu… A teraz kiedy zbliża się zima muszę kupić płaszcz i kozaki. Wstyd się przyznać, ale płaszcze takie jak mi się podobają są za małe, a mimo że chcę kupić wysokie kozaki to łydki na to nie pozwalają. Choć w lustrze przecież wyglądają spoko to jak mierzyłam kozaki… szkoda gadać. Do tego jeszcze muszę kupić sukienkę na wigilię do pracy… Tak bardzo nienawidzę zakupów!! Nie tylko dlatego, że wydaje się mnóstwo kasy i nogi bolą od chodzenia, ale najbardziej za to że nic na mnie nie pasuje, a to co pasuje mi się nie podoba. Wiem. To powinno motywować, ale niestety. Nie wiem gdzie się podziała ta stara ja dla której nic nie było niemożliwie i potrafiła walczyć do końca.

Koniecznie muszę odnaleźć dawną siebie. Nawet Pan Ł. mówił że jak się we mnie zakochał to myślał że nie ma u mnie szans, bo jestem taka zorganizowana, wysoko postawiona, wszędzie mnie pełno i w ogóle… a teraz. Zapominam o ważnych sprawach, nie mam ochoty na nic, nawet kalendarza nie potrafię już prowadzić. To jakaś porażka. Niestety najgorsze w tym wszystkim, że ciągle spadam i nie potrafię odbić się od dna, albo chociaż od ściany…

Ostatnio uświadamiam sobie co jest dla mnie ważne i czego chce od życia. Wiem, że znalazłam igłę w stogu siana, bo mam świetną pracę. Kończy mi się teraz okres próbny i mam ogromne szanse na przedłużenie współpracy. Bardzo tego chcę i potrzebuje. Przez te 2,5 miesiąca rozwinęłam się bardziej niż przez rok samodzielnej pracy. Cudowne uczucie jak pokazuje przełożonemu co udało mi się zrobić a on się cieszy jak dziecko, że się udało, że działa i w ogóle. To cudowne uczucie, gdy mnie chwali i stawia przede mną większe i ważniejsze zadania. Lubie tam chodzić i rano nie wstaję do roboty, ale do pracy. Postanowiłam, że nie mogę stać w miejscu zwłaszcza, że to dopiero początek nie góry, ale ogromnego pasma górskiego, które muszę pokonać. Zaczęłam szukać książek, żeby nie opierać się tylko na wiedzy z Internetu.  Mam nadzieję, że to będzie taka trampolina od której się odbiję i odnajdę dawną siebie :)

Ja = zorganizowana, ambitna, dążąca do celu, otwarta, przyjacielska, zaradna; Taka byłam, nie jestem, ale znowu BĘDĘ!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Chyba się pogubiłam

22 paź

Dlaczego chyba? Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje… Nienawidzę siebie za to jak bardzo się zmieniłam. Nawet mój chłopak powiedział mi ostatnio, że jak mnie poznał to uważał, że na mnie nie zasługuje, bo byłam taka ogarnięta, angażująca się we wszystko i w ogóle… a teraz coś się zmieniło. O wszystkim zapominam, nie potrafię się pozbierać do kupy, skupić się na jednym zadaniu i w ogóle jest tragicznie. Najchętniej schowałabym się gdzieś i nie wychodziła przez długi długi czas… Chciałbym móc pstryknąć palcami, zatrzymać czas i wszystko poukładać sobie w głowie. Ale czas nie stoi w miejscu – wręcz przeciwnie ucieka mi przez palce… Ledwo wstanę rano, do pracy, potem na uczelnie i zanim zdążę się obejrzeć już muszę iść spać. Kolejne 4 dni podobne i nawet nie wiem kiedy mija tydzień. Minął już prawie miesiąc semestru a ja nie mam siły, ani czasu nawet porządnie posprzątać w pokoju, a co dopiero robić zadania na uczelnię. Ciągle jestem zmęczona, nie mogę się porządnie wyspać, a przez to po prostu zasypiam w pracy na stojąco. Teraz znowu coś mnie złapało, głowa mnie boli, gardło też, momentami mięśnie tak mnie bolą, że mam ochotę płakać, a byłam wczoraj u lekarza i on twierdzi, że nic mi nie jest… Po prostu mam wrażenie, że żyje w jakimś innym świecie niż do tej pory. Wszystko, dosłownie wszystko jest do góry nogami.

Czuje się jakby ktoś przeniósł mnie do równoległego świata. Nie mam czasu na nic, nie potrafię się ogarnąć i zorganizować. Kiedyś potrafiłam spać po 12 h przez tydzień, a teraz po 7-8 h snu, rano grawitacja wokół łóżka jest tak wielka, że nie potrafię jej pokonać… Wiem, że coś jest nie tak, wkurza mnie to strasznie ale nie wiem jak wrócić na właściwe tory. To jest po protu jak zły sen… Chciałabym żeby to nie była prawda… Chciałabym cofnąć czas i wrócić do tego jaka byłam. Wiele poświęciłam na to czasu i energii, a teraz tak o po prostu to straciłam. Boje się, że przez to stracę jeszcze więcej ;(

MOŻE kiedyś będzie lepiej… ale na razie nie wiem jak znaleźć motywację do życia…