RSS
 

Notki z tagiem ‘ruiny życia’

Piątek, 14-07-2017

14 lip

Znowu magiczna granica na wadze… tak jakby się zepsuły pierwsze dwie cyfry… No masakra! To takie domotywujące… Do tego rozłożyło mnie przeziębienie. Przewiało mnie w pracy, bo klima wieje mi po plecach… a w weekend impreza w domu! To jakaś porażka! Chce do domu!

Jeszcze większa porażka – moje ćwiczenia… Przedwczoraj nic! Wczoraj zmotywował mnie chłopak to zrobiłam serię brzuszków… A reszta? To jakaś porażka! Jestem zmęczona, wykończona wręcz. Chce mi się spać i nie mogę się skupić na pracy. Straciłam wenę do układania posiłków i dzisiaj rano przy śniadaniu zdałam sobie sprawę z tego, że w sumie nie mam nic „super” na obiad… Ciągle to samo!

Przed wczoraj zdałam sobie sprawę z tego ile razy i ile lat próbowałam coś ze sobą zrobić… To przerażająca liczba! 6 LAT!! W tym czasie gdybym chudła średnio 0,3kg MIESIĘCZNIE miałabym idealną sylwetkę! A tym czasem? Starałam się o siebie „dbać” przynajmniej 5 razy. I co? Zwykle kończyło się to wracaniem do „normalnego” jedzenia i powrotem wszystkiego!! Jest mi cholernie przykro, czuje się z tym mega źle i gdyby nie to, że jestem taka słaba to byłabym „idealna”… Nie… nie poddaje się. Mam tylko chwilę załamania i przemyśleń. To takie przykre podsumowanie. Mam nadzieję, że mi przejdzie.

 

mam już dosyć tego roku

07 gru

Z każdym dniem jest coraz gorzej… Moja szansa na zdanie ostatniego kursu i możliwości przystąpienia do obrony prysnęła jak bańka mydlana… Niestety to nie są tylko moje odczucia, ale punktacja nie kłamie. Na 5 oddanych sprawozdań z czterech mam najmniej punktów z całej grupy a z jednego mam drugi od końca wynik. Nie uważam żebym źle robiła sprawozdania czy programy. Kod jest czysty, sprawozdania zwięzłe i na temat. Pisze w zupełnie innym języku niż wszyscy więc nie może powiedzieć, że od kogoś ściągałam. Może na zajęciach nie byłam zbyt aktywna, ale robiłam notatki, spisywałam wszystko co się dało i w domu na spokojnie do tego siadałam. Dlatego tak bardzo mnie boli, że mam ledwo 3 ze sprawozdań… Na domiar złego dowiedziałam się, że ta punktacja która jest nie jest ostateczna tylko jeszcze trzeba sobie doliczyć a raczej odliczyć spóźnienia z oddaniem sprawozdania… i nie w tygodniach ale w DNIACH!! Dwa dni spóźnienia i już maksymalna liczba punktów topnieje o połowę. To jakiś koszmar. Chce żeby już był 15 grudnia. Będę wiedziała na czym stoję, będę mogła zobaczyć nowe mieszkanie i na reszcie będę mogła się odstresować… Czeka mnie teraz tydzień niepewności.

Zdam?

A jak nie to co dalej?

Stracę tyle lata studiów?

Będę musiała zacząć od nowa?

To będzie chyba najdłuższy tydzień jaki pamiętam… ;(

Może kiedyś będzie lepiej… ale teraz jest tylko coraz gorzej ;(

 

Tak trochę z innej beczki

17 lis

Napiłam się w pracy energetyka i chyba jeszcze mnie trzyma. Jutro będę w pracy nie żywa, ale no cóż… Naszła mnie ochota na powiedzenie na głos co myślę. I nie – nie piłam alkoholu, nie paliłam, nie brałam żadnych używek.

No więc tak. Zacznę może od tego że ostatnio autentycznie poczułam się okropnie jako, że jestem POLKĄ. Pierwszy raz było mi tak okropnie wstyd za rodaków. Mam na myśli akcję promocyjną w Lidlu. Pokazaliśmy, że polak potrafi. Jeśli ktoś nie słyszał to krótko streszczę. Lidl zrobił promocję, że przez miesiąc można „próbować” ich marek. Jeśli produkt się nie spodoba, nie posmakuje to można oddać nie naruszony, częściowo zużyty lub całkiem zużyty. Wystarczyło opakowanie. I tu pojawia się przebiegłość polaków. Skoro można oddać opakowanie to czemu by się nie obkupić. Na YT oglądałam filmik z komentarzem do tej akcji. Gość stwierdził i tu się z nim zgadzam, że jeśli by to był jakiś bezdomny, który zarobił sobie na jedzenie i kupił sobie załóżmy kiełbasę, zjadł, poszedł oddać opakowanie, dostał kasę i za kilka godzin znowu poszedł kupił sobie coś do jedzenia to spoko. Nie stać go na luksusy, ale w jakiś sposób zarobił. Może nie taki miała zamysł ta akcja, ale przynajmniej przyczyniłaby się do czegoś dobrego. No ale oczywiście znalazł ktoś lukę, a jak jedna osoba to i znajdą się kolejni. Robili zakupy za kilkaset, ba za tysiąc zł zakupy, a potem zwracali same opakowania. Najbardziej perfidni byli Ci co szli do samochodu i na parkingu wypakowywali jedzenie, przelewali/ przekładali do pudełek i zwracali opakowania. Naprawdę. Jak ja to usłyszałam to po prostu mnie zatkało. Autentycznie poczułam wstyd. Mimo że nic nie zrobiłam, to przez inne kraje widziana jestem tak samo jak tamte osoby. Oczywiście akcja została wycofana. Ale kto się obłowił ten się obłowił.

Druga sprawa o której chciałam napisać to polityka. Przyznaje, że mam szczątkowe informacje, bo unikam jej jak ognia. Za każdym razem jak czytam, słyszę, albo widzę co wyprawiają to mam ochotę wstać, wziąć chomika, Pana Ł., wsiąść w samochód i wyjechać daleko, daleko, daleko stąd. Po prostu nie ogarniam tego… JAK? Jak dorośli, „poważni ludzie” mogą się tak kłócić? Jak mogą tak kłamać, kręcić, kraść? Teczki nie teczki. Jakieś afery taśmowe… Za głupi stołek dostają tyle kasy miesięcznie ile ja przez rok nie wypracuje, a i tak nie chce im się chodzić na posiedzenia rządu. Byłam w Parlamencie Studentów i wiem jakie ważne tematy były poruszane. Nie było możliwości żeby tylu osób brakowało. Nie było kłótni! Była konstruktywna rozmowa na różne ważne tematy, poważne głosowania. Czasem zdarzało się, że siedzieliśmy do późna, bo tak się dyskusje ciągnęły. I co ważniejsze? Nikt nam w żaden sposób za to nie płacił. Żadnych zwolnień, przywilejów z tego tytułu. A w rządzie? Do samochodu kupiłam sobie płytę, bo boje się co w radiu usłyszę. Dzisiaj np. że tworzą (nie pamiętam która partia to nie będę zmyślać) ustawę niezgodną z konstytucją. Jak bumerang wraca temat katastrofy. Kolejna komisja opłacana z naszych pieniędzy. Dlaczego sami zainteresowani wynikami tej komisji nie zapłacą za jej pracę, tylko wszyscy musimy ponieść konsekwencje decyzji pewnych osób? Dlaczego nie ma pieniędzy na 500+, a przy akcji z pokazaniem jakie to PKP jest super, latał samolot w razie jakby Pani Premier(?) nie zdążyła na pociąg, czy coś? Tak chcą rozwijać społeczeństwo, tak chcą pomóc? To czemu nie obetną sobie pensji? Dlaczego nie oddadzą tego na rzecz utrzymania szkół, otworzenia przedszkoli. Tak bardzo promują i zachęcają żeby mieć dzieci. A co z tym dzieckiem zrobić? Do przedszkola… super tylko chyba prywatnego. A kto za nie zapłaci? Chcą obniżyć wiek emerytalny. Fajnie, super to brzmi. Ale co z tego że obniżą wiek, skoro stawki nie podniosą? Za wszy i pająki będą żyć starsze osoby? WOW pojawiła się lista leków darmowych, ale też nie jest tak kolorowo… Nie jest tak że idziesz do apteki i mówisz poproszę darmowy lek. Też trzeba załatwić to i tamto, dopilnować czy lekarz się nie pomylił, itd. A no tak… lekarz nie pomylił… HEHEHE bardzo śmieszne. Trzeba się najpierw do niego dostać.

Tydzień temu zaczęło mnie rozkładać, a w czwartek rano obudziłam się z takim bólem głowy, że ledwo oczy otwierałam. Tylko się wynurzyłam z łóżka zaraz kichanie, kaszel i ogólnie masakra. Nie poszłam do pracy, chce się zarejestrować do lekarza a tu kicha. Tylko do 13-14 przyjmowali. Nikogo po południu w dwóch przychodniach do których mogłam iść. Najbliższy wolny termin na poniedziałek lub wtorek… Do tego czasu to ja sobie sama poradziłam – syrop z cebuli, ciepłe łóżeczko, aspiryna i jak nowo narodzona.

No ale wracając do tematu polityki. Do napisania tego postu skłoniła mnie katastrofa smoleńska. Tak czytam komentarze pod artykułem odnośnie ekshumacji i znalazło się kilka które faktycznie dają do myślenia.
Po pierwsze: Z całym szacunkiem, ale moim zdaniem para prezydencka nie jest na tyle zasłużona żeby spoczywać na Wawelu. Rozumiem śmierć w katastrofie, ale nie są pierwszymi ani ostatnimi, który tak zginęli. Nie zasłużyli się też tak wybitnie jak bohaterowie Polski. Myślę, że osoba, która twierdziła, że korzystając z okazji powinni ich pochować na cmentarzu tam gdzie spoczywa rodzina, ma rację. Co by nie mówić. Teraz są bardziej atrakcją turystyczną niż obiektem sakralnym. Ich krypta/grobowiec nie jest miejscem modlitw, wyciszenia, przemyśleń, ale miejscem wycieczek, zdjęć na pamiątkę. Nie wiele jest osób, które przychodzą tam żeby się za nich pomodlić.
Po drugie: O jej nie da się zamknąć grobowca – trzeba postawić nowy. I tu pytanie? Za co? Skoro nie wiadomo i nigdzie o tym nie słychać to wiadomo kto zapłaci. My… Gdyby któraś z osób rządzących za niego zapłaciła z „własnej” kieszeni to by o tym było głośno. I na to zwrócił mi uwagę kolejny komentarz. Może faktycznie jest tak, że tamten przestał się podobać i pod pretekstem badań chcą postawić nowy. Gdzieś obiło mi się, że „ten grobowiec nie był ‚przygotowany’ na wielokrotne otwieranie”. Ale na kij otwierać. Dajcie im w spokoju spoczywać. Co to da? Po co nadal szukać zarzutów przeciwko Rosji. Pamiętam, że jak to się stało byłam w domu. Przyjechał tato z miasta, włączył wiadomości, obejrzał chwilę i pojechał, a ja siedziałam przed telewizorem i było mi okropnie smutno. Nie, że prezydent, nie że ministrowie, nie, że „o jej co teraz będzie?”. Było mi przykro, bo zginęli ludzie. Nie ważne z jakiej przyczyny. Na pewno zostawili tu kogoś, kto będzie odczuwał ich brak. Znalazłam wtedy piosenkę… do tej pory gdy jest mi źle to sobie ją nucę. „List do Boga”, bo taki ma tytuł, za każdym razem mnie wzrusza. Kojarzy mi się z tym dniem, ale też i z moim przyjacielem, którego straciłam.

U mnie wszystko jak dawniej
tylko jeden samobójca więcej,
tylko jedna znów rodzina rozbita,
tylko życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś obok rozbił się samolot,
trochę dalej trzęsła się ziemia.
Kiedy patrzę na to wszystko tak, jak dziś…

Tak przyznaje. Pamiętam o tej tragedii i nie da się o niej zapomnieć, ale nie jest to dla mnie temat do kłótni, szukania dziury w całym i wyciągania w kółko i w kółko. Szczerze? Moim zdaniem to ciągłe zamieszanie obraca ludzi przeciwko sobie. Zamiast łączyć – dzieli. Wszyscy już mają dosyć (żeby nie mówić brzydko o takim temacie). Po tylu latach to jest już… Po prostu brak słów. Rozumiem stratę, rozumiem że to boli, że można sobie nie radzić, ale bez przesady. Takie rzeczy przeżywa się w samotności, w rodzinnym gronie,  a nie robi się szum wokół siebie „wykorzystując” śmierć.
Kiedyś jak było ze mną bardzo źle przyjaciółka pocieszała mnie, że inni mają gorzej. Wtedy nie obchodziło mnie to, bo moje problemy przytłaczały mnie tak bardzo, że nie obchodziło mnie już nic. Ale tak miała rację. Zwłaszcza w tym przypadku. Niektórzy mają gorzej.

No dobra. Późno już, wygadałam się. Trochę lepiej mi. Dużo też tego wyszło, więc tylko na koniec: Największą motywacją do pracy nad sobą, językiem i zdobyciem profesji jest szykowanie do ewakuacji z tego coraz bardziej chorego kraju :(

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Aż ciężko się przyznać

13 lis

Znowu dawno mnie nie było… Jakoś odzwyczaiłam się od pisania i też trochę nie mam na to czasu. Praca, uczelnia i życie wypełnia mi dnie. Zanim zdążę się obejrzeć już jest 22 i czas szykować się do spania. Ale to też zanim wszystko zrobię i w ogóle to jest przed 23. Czas dosłownie ucieka mi między palcami. Przede mną przeprowadzka, i kilka ważnych decyzji do podjęcia. Czy wybiorę dobrze? O to jest pytanie. Ale w sumie nie o tym chciałam napisać.

Wracając do moich postępów a raczej ich ogromnym braku, bo o tym miał być blog. Do pracy zaczęłam ubierać się elegancko – nie wysokie, ale jednak szpilki, sukienki, sweterki, narzutki a nie bluzy sportowe. W lustrze widzę, że na twarzy pojawiają się ostrzejsze rysy, wklęsłe policzki, nogi stają się ładniejsze jednak… Byłam na zakupach i szukałam kozaków. Łydki nie są wcale takie jakie bym chciała żeby były. Centymetr też… wręcz pokazuje jeszcze więcej. A o tym co zobaczyłam na wadze to aż wstyd pisać. A wszystko przez głupie badania 2 lata temu. Po wycięciu migdałków nie jadłam prawie w ogóle, bo czy jedzeniem można nazwać kisiele/budynie instant, za to piłam bardzo dużo wody. Ból gardła i woda pomagały zapomnieć o głodzie. Bardzo szybko straciłam na wadze. Stwierdziłam, że nie mogę tego zaprzepaścić i zaczęłam intensywnie ćwiczyć, skurczył mi się żołądek wiec nie było problemów z mniejszą ilością jedzenia i waga a zwłaszcza cm leciały w dół. Niestety żeby zrobić badania pod kontem glutenu musiałam wrócić do normalnego jedzenia i nagle w kilka tygodni wróciło wszystko nad czym pracowałam przez ponad rok. Ale to nie wszystko… w kolejne kilka tygodni przybyło kolejne tyle… Niestety mimo tego, że ćwiczyłam i jadłam tak jak wcześniej wprowadzenie do diety glutenu okazało się koszmarne w skutkach. Teraz ograniczenie glutenu wcale nie pomaga. Wręcz ciągle jest jeszcze gorzej. W lustrze widzę, że tu jest lepiej, albo tu ale jak tylko wezmę cm do ręki mój pogląd na figurę zmienia się o 180st. Niestety mimo że w głowie nienawidzę siebie za to jak wyglądam to nie potrafię się zawziąć i wytrzymać w postanowieniu… A teraz kiedy zbliża się zima muszę kupić płaszcz i kozaki. Wstyd się przyznać, ale płaszcze takie jak mi się podobają są za małe, a mimo że chcę kupić wysokie kozaki to łydki na to nie pozwalają. Choć w lustrze przecież wyglądają spoko to jak mierzyłam kozaki… szkoda gadać. Do tego jeszcze muszę kupić sukienkę na wigilię do pracy… Tak bardzo nienawidzę zakupów!! Nie tylko dlatego, że wydaje się mnóstwo kasy i nogi bolą od chodzenia, ale najbardziej za to że nic na mnie nie pasuje, a to co pasuje mi się nie podoba. Wiem. To powinno motywować, ale niestety. Nie wiem gdzie się podziała ta stara ja dla której nic nie było niemożliwie i potrafiła walczyć do końca.

Koniecznie muszę odnaleźć dawną siebie. Nawet Pan Ł. mówił że jak się we mnie zakochał to myślał że nie ma u mnie szans, bo jestem taka zorganizowana, wysoko postawiona, wszędzie mnie pełno i w ogóle… a teraz. Zapominam o ważnych sprawach, nie mam ochoty na nic, nawet kalendarza nie potrafię już prowadzić. To jakaś porażka. Niestety najgorsze w tym wszystkim, że ciągle spadam i nie potrafię odbić się od dna, albo chociaż od ściany…

Ostatnio uświadamiam sobie co jest dla mnie ważne i czego chce od życia. Wiem, że znalazłam igłę w stogu siana, bo mam świetną pracę. Kończy mi się teraz okres próbny i mam ogromne szanse na przedłużenie współpracy. Bardzo tego chcę i potrzebuje. Przez te 2,5 miesiąca rozwinęłam się bardziej niż przez rok samodzielnej pracy. Cudowne uczucie jak pokazuje przełożonemu co udało mi się zrobić a on się cieszy jak dziecko, że się udało, że działa i w ogóle. To cudowne uczucie, gdy mnie chwali i stawia przede mną większe i ważniejsze zadania. Lubie tam chodzić i rano nie wstaję do roboty, ale do pracy. Postanowiłam, że nie mogę stać w miejscu zwłaszcza, że to dopiero początek nie góry, ale ogromnego pasma górskiego, które muszę pokonać. Zaczęłam szukać książek, żeby nie opierać się tylko na wiedzy z Internetu.  Mam nadzieję, że to będzie taka trampolina od której się odbiję i odnajdę dawną siebie :)

Ja = zorganizowana, ambitna, dążąca do celu, otwarta, przyjacielska, zaradna; Taka byłam, nie jestem, ale znowu BĘDĘ!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Chyba się pogubiłam

22 paź

Dlaczego chyba? Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje… Nienawidzę siebie za to jak bardzo się zmieniłam. Nawet mój chłopak powiedział mi ostatnio, że jak mnie poznał to uważał, że na mnie nie zasługuje, bo byłam taka ogarnięta, angażująca się we wszystko i w ogóle… a teraz coś się zmieniło. O wszystkim zapominam, nie potrafię się pozbierać do kupy, skupić się na jednym zadaniu i w ogóle jest tragicznie. Najchętniej schowałabym się gdzieś i nie wychodziła przez długi długi czas… Chciałbym móc pstryknąć palcami, zatrzymać czas i wszystko poukładać sobie w głowie. Ale czas nie stoi w miejscu – wręcz przeciwnie ucieka mi przez palce… Ledwo wstanę rano, do pracy, potem na uczelnie i zanim zdążę się obejrzeć już muszę iść spać. Kolejne 4 dni podobne i nawet nie wiem kiedy mija tydzień. Minął już prawie miesiąc semestru a ja nie mam siły, ani czasu nawet porządnie posprzątać w pokoju, a co dopiero robić zadania na uczelnię. Ciągle jestem zmęczona, nie mogę się porządnie wyspać, a przez to po prostu zasypiam w pracy na stojąco. Teraz znowu coś mnie złapało, głowa mnie boli, gardło też, momentami mięśnie tak mnie bolą, że mam ochotę płakać, a byłam wczoraj u lekarza i on twierdzi, że nic mi nie jest… Po prostu mam wrażenie, że żyje w jakimś innym świecie niż do tej pory. Wszystko, dosłownie wszystko jest do góry nogami.

Czuje się jakby ktoś przeniósł mnie do równoległego świata. Nie mam czasu na nic, nie potrafię się ogarnąć i zorganizować. Kiedyś potrafiłam spać po 12 h przez tydzień, a teraz po 7-8 h snu, rano grawitacja wokół łóżka jest tak wielka, że nie potrafię jej pokonać… Wiem, że coś jest nie tak, wkurza mnie to strasznie ale nie wiem jak wrócić na właściwe tory. To jest po protu jak zły sen… Chciałabym żeby to nie była prawda… Chciałabym cofnąć czas i wrócić do tego jaka byłam. Wiele poświęciłam na to czasu i energii, a teraz tak o po prostu to straciłam. Boje się, że przez to stracę jeszcze więcej ;(

MOŻE kiedyś będzie lepiej… ale na razie nie wiem jak znaleźć motywację do życia…

 

Przyszła chwila załamania

22 kwi

Jestem z siebie dumna. Dzięki diecie bezglutenowej zjadłam tylko kilka kawałeczków murzynka, którego sama upiekłam. Mimo że na stole świątecznym pojawiło się moje ukochane ciasto z masą karpatkową i sernik. Powstrzymałam się, a wręcz ta myśl, że będę się po tym cieście cholernie źle czuła zniechęcała mnie do tego ciasta. Przez całe święta jadłam sałatki warzywne, owocowe i jajka. Najbardziej bolało, że na śniadanie wielkanocne nie mogłam zjeść ukochanego babcinego białego barszczu. Przez święta nic nie przytyłam, a wręcz troszkę schudłam. Cieszy mnie to bardzo!!

Ale w niedzielę mnie rozłożyło i od tamtej pory zaczęło się dziać źle. Nie mogłam się skupić na robocie, bo rodzice stwierdzili, że święta, że się nie pracuje. Do tego totalnie wszystko mnie bolało i nie byłam w stanie nic robić oprócz spania. Silne uderzenie alergii i choroba to bardzo złe połączenie. Ale babunia dała mi ziółka, które były jak nalewka – słodziutkie i kopały, bo na spirytusie – i postawiło mnie to na nogi. Potem w domu jeszcze leki, do łóżka, wygrzałam się i w poniedziałek jak nowo narodzona. Alergia i gardło mączą jeszcze dzisiaj, ale przynajmniej mięśnie mnie nie bolą.

Z powodu długiego wolnego i choroby zaczęłam niepotrzebnie myśleć, wspominać, puściłam wodze fantazji. To się skończyło bardzo źle. Znowu tęsknie za Panem A. a jednocześnie jestem na niego cholernie wściekła za jego zachowanie. Nie wierze, że może być tak nieodpowiedzialny i leniwy… Liczy, na to że ja wszystko zrobię za niego… W sumie sama do tego doprowadziłam robiąc wszystko tak jak chce… pomagając mu jak tylko mogę… Mam tak cholernie mieszane uczucia w stosunku do niego że to jest niemożliwe. Przed chwilą gadałam z Panem K. (naszym kolegą) i byłam tak bardzo wściekła na Pana A., a po odłożeniu telefonu zaczęłam ryczeć z tęsknoty… To nie jest pierwszy raz kiedy muszę się wyleczyć… Ale ten jest najgorszy… Zwłaszcza, że widuje go codziennie, że mam z nim wszystkie grupy zadaniowe i widujemy się poza uczelnią. Chciałabym żeby ten ból odszedł… Może byłoby łatwiej gdyby wprost powiedział, że jest z inną, że ją kocha, że jest szczęśliwy. Ale przecież nie powie mi tego… Nie powie, bo wie, że mnie to zaboli… Ale ja chyba właśnie takiego bólu potrzebuję. Dzisiaj przypadkowo otworzyłam pamiętnik na dniu kiedy była ta najważniejsza rozmowa. Cytując jego słowa napisałam, że chciałby mieć taką dziewczynę jak ja z charakteru, ale nie podobam mu się z wyglądu. W sumie też nie spełniłam tego co założyłam, że do końca roku będę „idealna”. Ale do tego zabrakło mi motywacji. Zabrakło wsparcia… Teraz jestem gdzieś w połowie drogi… ale jest kwiecień!! Zdecydowanie za wolno to wszystko idzie!

Muszę znowu iść zrobić wyniki, bo w niedziele dwa razy w przeciągu godziny byłam bliska zemdlenia. Gdyby nie to, że byłam w kościele i ta myśl, że nie mogę tu zemdleć pewnie bym padła. Miałam palce sztywne, dosłownie wszystko mnie bolało tak na maksa, a jak zaczynał świat wirować, robiło się ciemno przed oczami, wszystko gdzieś odchodziło. Z chęcią poddałabym się temu, ale no nie mogłam… Fakt. Przyznaje się bez bicia – nie jem zdrowo, nie jem dużo, sam ryż nie dostarcza potrzebnych składników i na 99% znowu mam anemię. To nie pomoże mi w odchudzaniu, więc muszę z tego wyjść… Ale z drugiej strony w końcu waga zaczęła spadać. Do tej pory spadło:

  • waga: 11,4 kg z 25 kg
  • szyja: 0,8 cm z 0,5 cm
  • ramiona: 6,5 cm z 6,0 cm
  • biust: 6,9 cm z 16 cm
  • talia: 10 cm z 21 cm
  • biodra: 6,5 cm z 14,5 cm
  • udo: 5 cm z 16,5 cm
  • kolano: 4,5 cm z 6 cm
  • łydka: 1 cm z 8 cm
  • kostka: 1,2 cm z 3,5 cm

Ta łydka to moja największa zmora!! Ciągle stoi w miejscu co mnie strasznie ale to strasznie wkurza (ładnie mówiąc). Już zaczęłam ćwiczyć generalnie łydki a przy okazji resztę… No wyglądam paskudnie z tymi łydkami, ale grube łydki i masywne uda są u mnie rodzinne i bardo trudno mi się tego pozbyć. O ile uda w końcu ruszyły, powoli, ale ruszyły to łydka za cholerę… Już mnie to tak wkurza, że tyle czasu się staram, tyle czasu pracuje nad sobą, a efekty takie sobie, że dałabym bardzo, bardzo dużo za to żeby w końcu wyglądać tak jak chcę wyglądać.

Co prawda na święta usłyszałam kilka miłych słów, że pływam w ciuchach. Nawet wujek, który nie jest skłonny do komplementów powiedział przy całej rodzinie, że schudłam (a rok temu mówił, że jestem gruba tak przy całej rodzinie… co cholernie zabolało), więc chyba nie jest tak źle… ale WCIĄŻ ZA MAŁO!! ZA WOLNO!! Nie wiem już co robić ;(

 

Pogodzenie się z rzeczywistością

13 kwi

Bardzo ciężko jest widzieć jak odchodzi ktoś na kim nam zależy. Zwłaszcza jeśli odchodzi do innej.

Nie jest tak, że Pan A. mnie zostawił dla innej, bo nie jesteśmy ze sobą od września, a ta druga pojawiła się w grudni, ale to i tak boli. Mimo że wiedziałam, że to koniec to i tak w środku gdzieś to kuje.

Wczoraj był bal na uczelni – taka impreza organizowana przez jedną z komisji działającej przy uczelni. Chciałam na niego iść się trochę pobawić, ale nie miałam z kim. Powiedziałam o tym balu Panu A. a jakoś dwa dni później między słowami padło, że idzie „z towarzystwem”. No ok… rozumiem. Dzisiaj przeglądam zdjęcia wrzucone na fb i gdzieś w tle się złapali na dwóch zdjęciach. Wiem – nie powinno, ale zabolało. On taki elegancki, ona ładna i uśmiechnięta. Chwilę przed zobaczeniem tych zdjęć próbowałam się do niego dodzwonić, ale nie odbierał. Jeszcze spał, bo teraz jak zadzwoniłam i odebrał to miał zaspany głos, ale wiem, że nie jest w domu…

Wiem jestem głupia… Nie powinnam o tym myśleć a już na pewno nie w ten sposób… no ale to boli…

Chce jego szczęścia… ale też chciałabym odzyskać choć część swojego.

Nie wiem jak długo jeszcze zajmie mi leczenie… Przez to coraz trudniej to wszystko wytrzymać i się z tym pogodzić. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Może to był jednak zły pomysł żeby brać z nim wszystkie projekty…

 

CZEMU TO MUSI BYĆ TAK CHOLERNIE TRUDNE?!?!

 Teraz idą święta… potem zwariowany czas po świętach… Chyba muszę się od niego na jakiś czas odciąć i po prostu… Nie przecież to nie ma sensu. I tak jak się spotkamy to wszystko wróci. Muszę się z tym uporać tam w środku… I to jest najtrudniejszy task (jak to mówią chłopaki z koła) jaki jest przede mną. Muszę nabrać dystansu i skupić się na tym co jest do zrobienia na kole, na uczelni, na komisjach. Idzie pokaz, idzie mój projekt, idą juwenalia, a to wszystko przeplatane uczelnią. Nie mam czasu na sen, więc tym bardziej nie mogę się rozklejać!!

Może kiedyś będzie lepiej i wszystko się wyprostuje.

 
 

To był bardzo zły dzień!!

08 kwi

Od samego początku zaczynając…

Dzień 8 kwietnia

Godzina ok. 1:20
Siedziałam u Pana A. i robiliśmy sprawozdanie na laboratoria. Układ był taki ze ja ogarniam na projekt on na laborki i przez 4 tygodnie nie był w stanie ogarnąć programu, który jak przyszłam ogarnęliśmy w godziną – po moim pół godzinnym gadaniu co zrobić, a później pół godzinnym przetwarzaniu Pana A. że tak faktycznie mam rację. Do tego momentu było całkiem ok., ale potem się okazało, że jest problemem dla Pana A. żebym u niego spała… mimo że tydzień wcześniej u mnie spał, ze mną i nie było kłopotu. Wcześniej nie raz spaliśmy razem u niego w / na łóżku, a teraz on do mnie z tekstem – Jak się zmieścisz… i rozwalił się na całe łóżko. Poszedł spać zostawiając mnie mnie na pastwę losu i róbta sobie co chceta.

Godzina 2:30
Wyszłam na autobus do domu… Byłam tak wściekła na Pana A. że już się nie powstrzymałam i napisałam mu co myślę. Tu wszystko fajnie pięknie, spotykamy się, razem czas spędzamy, odprowadza na przystanek, pierwszy raz w życiu przyszedł gdzieś PO mnie co bym sama po nocy nie łaziła a tu nagle taka akcja.

Godzina 3
W autobusie może 4 osoby a tu pierwszy raz w życiu – kontrola biletów w nocnym autobusie przez 5 kanarów… i do tego pierwszy raz w życiu legitymacje mi sprawdzali… Nie no spokojnie mam semestralny, więc mi to tam rybka… no ale…

Godzina przed 4
Zamiast pójść spać, bo rano musiałam wstać to ryczę nie wiedzieć po co… Nie no wiem dlaczego… Po prostu za dużo mam w sobie emocji… zwłaszcza tych złych i po prostu we mnie eksplodują.

Godzina 8:30
Pobudka i czas się ogarnąć – załatwiać sprawy. Telefon do Warszawy w sprawie Koła naukowego – nie udało się zdobyć tego co chciałam.

Godzina 10
Telefon od ortodontki, czy zgadzam się na przełożenie wizyty o godzinę… No myślałam, że mnie coś trafi. Wczoraj dzwoniła do mnie babka i mówię jej że nie bo ja nie mam czasu.  To ta jeszcze raz dzwoni – a może jednak, bo Pani doktor bardzo prosi, bo musi dojechać z poza miasta. Ok. Gdyby to była pierwsza taka sytuacja, ale nie! Od listopada notorycznie ja przychodzę punktualnie na umówioną godzinę a przyjmowana jestem godzinę – półtorej później. To to przecież kur… zajoba idzie dostać.

Godzina 10:30
Kolejny telefon od ortodontki, A może jednak się zgodzę żeby mnie przeniosła na godzinę później. Teraz jestem pierwsza, ale Pani doktor nie dojedzie i będę druga w kolejności zaraz po pacientce na 12:30. No to kutwa… mówię jej że skoro mnie ma przepisać to czemu ja nie mogę  być na tą 12:30, a tamtą babkę po mnie tez przenieść o pół godziny… „No nie wiem. Zadzwonię do tamtej Pani i potem oddzwonię do Pani”. No myślałam, że krzywdę komuś zrobię…

Godzina 10:45
Oddzwania pielęgniarka z przychodni, że no niech będzie ta 12 tak jak było i Pani doktor postara się dotrzeć. No łaskę mi robi. Żeby to jeszcze było na fundusz… ale prywatnie, za nie małą kasę, ma grafik no to kutwa!! Jaja sobie robi!

Godzina 12:30
Łaskawie zjawia się Pani doktor w bardzo dobrym nastroju i z uśmiechem pyta gdzie mi się tak spieszy, że nie mogłam czekać… Mam plany i tyle!! Z miesięcznym wyprzedzeniem umawiam się na wizytę no wiec kutwa… Wszystko potem pod tą wizytę ustawiam a ona mi dzień wcześniej dzwoni, że godzinę później, a potem Bóg jeden wie ile czekać, bo się spóźni, bo coś tam… Tak jak któregoś razu był gościu zapisany na 15 minut a siedział ponad godzinę bo zakładała aparat… No ja dziękuję za taki interes.
W końcu usiadłam na tym fotelu… to szczerze mówiąc jeszcze nigdy tak bardzo mnie nie bolało. Tu gdzieś mnie drutem ukuła, tu nie mogła czegoś wyciągnąć i mi w zęby uderzyła, bu coś przycisnęła… W pewnym momencie miałam wrażenie ze z ust / dziąsła mi krew leci. Ściągnęła mi łuk, umyła, już ma zakładać i jep – zamek się odkleił z czwórki… No i znowu czas leci, bo musi przykleić… W końcu mi zrobiła. Niestety już jak byłam na uczelni to zauważyłam, że jak na jedynkach mam taki drut u góry co by mi się ładnie trzymały, to na jednym zamku jest w połowie… Jestem ciekawa czy przez te 5 tygodni nic mi się z nim nie stanie. Oczywiście sama musiałam sobie po chować wszystkie zakończenia drutów, bo nie może tego ona zrobić…

Godzina 14
Dzwoni Pan A., że już miał praktycznie sprawka gotowe, ale coś się zepsuło i żadne sprawko teraz nie działa. Oczywiście zrobił je tylko dla siebie no bo jakże by inaczej… Dotarł w końcu na uczelnię i generalnie miałam jakieś 2 h na zrobienie 2 sprawozdań, gdzie jedno robi się z 5 – 6 h… Tak mogę liczyć na Pana A.

Godzina 15
Ortodontka źle mi pozbierała… w ogóle nie pozbierała tych resztek drucików co odcinała. Jeden znalazł się w staniku – trochę kuł no ale to mały pikuś w porównaniu z tym, że jeden połknęłam… No i stoi mi w gardle do tej pory. I boli trochę i czuję, że coś tam jest… No wkurza mnie to nie miłosiernie… W sumie od tamtej pory nic nie jadłam, więc może jak zjem to poleci dalej, no ale po prostu dziasiaj przeszła samą siebie.

Godzina 16
Godzina do oddania sprawozdania, a program do jego tworzenia przestał ze mną współpracować… No nie i już. Koniec. Wymyślili sobie, że sprawko ma być napisane w jakimś programie, który przypomina programowanie. Efekt jak z Word’a, ale ma być w tym programie i koniec (2 kartki instrukcji jak to sprawko ma WYGLĄDAĆ). Skończyło się na tym, że nie zrobiłam tych sprawek, bo jak…

Godzina 17
Idziemy na zajęcia. Wchodzimy do sali a tu się okazuje, że Pana A. ktoś podsiadł, więc on podsiadł mnie. A tamtego kolegę podsiadła koleżanka, bo ją z kolei podsiadł gościu, który przyszedł odrabiać… Więc trochę było zamieszania z rotacją miejsc no ale w końcu siedzimy. Włączamy komputery, wybieram system i? Ciemność… Proszę prowadzącego, a on tak patrzy… no i skończyło się na restarcie kompa… Dobra, włączył się system – logujemy się. Wszyscy się zalogowali, a ja nie mogę… No i ni hu hu nie chce się zalogować. Byłam święcie przekonana, że zmieniłam hasło do systemu na jedno z tych co zawsze na takie serwery – nie działa, wpisuje stare hasło – nie działa, różne kombinacje nowego – nie działa. Przychodzi prowadzący i mówi, żebym spróbowała u siebie na kompie się zalogować, bo może po prostu internetu nie mam i dlatego z serwerem nie łączy… Próbuję – nie działa, raz drugi, trzeci… „Z powodu zbyt dużej ilości prób konto zostało zablokowane”… No myślałam, że mnie coś trafi… Prowadzący przychodzi i mówi, że spróbuje mi zrestartować to hasło, choć nie wie czy ma takie uprawnienia. Coś tam zrobił u siebie, przychodzi – nie działa… To poszedł znowu. Wraca – działa. Podał mi to hasło żebym sobie zmieniła na jakieś swoje, ale dobra niech już będzie takie jakie jest. Przynajmniej mam je zapisane i nie bedzie zgadywania.

Godzina 18
Tak mnie bolały zęby, że no nie mogłam… Już mi łzy stanęły w oczach, nie mogłam się na niczym skupić więc wzięłam tabletkę przeciwbólową (choć nie powinnam bo zawiera gluten) i trochę przestały. To okropne jak boli jeden ząb… a teraz przemnożyć to przez wszystkie!!

Godzina 19:30
Koniec laboratorium – wysyłanie wyników na serwer. Serwer domówił posłuszeństwa… No i znowu prowadzący musiał się bawić i kombinować, żeby te wyniki poszły na serwer… W końcu się udało – trzeba wpisać komentarz. Przy każdym wysyłaniu na serwer wpisuje się komentarz. Nie wiem czy je później ktoś czyta w każdym razie jak zawsze pisałam coś w stylu „Koniec laboratorium” tak dzisiaj napisałam, co mi na sercu leżało: „Z powodu bólu zębów (wizyta u ortodonty – podkręcanie aparatu) i wybitnie złego dnia nie była w stanie skupić się na zadaniach”.

Godzina 21
Siadam do robienia testu z labotek z sieci – Podgląd niedostępny… I znowu będzie miał pretensje, że nie zrobione testy i w ogóle… To myślę chociaż sprawozdanie wyśle… Szukam, jestem przekonana, że zrzucałam na pen – drive’a  - nie ma. No rozstąp się ziemio nie ma… ani na pen – drive’ie, ani nigdzie na poczcie… a zapisane było na pulpicie, a pulpit po wyłączeniu kompa automatycznie się czyści… więc tyle ze sprawka…

Godzina 22
Dzwonię do Pana A. i pytam czy może test zrobić, a on że spoko – bez problemu. U niego śmiga… a u mnie? Nie… bo po co…

Jest jeden jedyny duży plus tego dnia – udało mi się złapać kontakt z Warszawą, więc teraz już pójdzie z górki.

To nie wiem na jak długo, ale jakiś plus jest –  znowu poprawienie stosunków z Panem A. Miły jak nigdy, potem nawet wysiadł przystanek wcześniej tylko po to żeby ze mną poczekać na tramwaj… Znowu zrobił się miły… Ciekawe na jak długo…

 

Choć została nie cała godzina do końca dnia – marzę, żeby jak najszybciej się skończył!!

 

To był bardzo zły dzień!! Ale może kiedyś będzie lepiej…

 

To takie proste…

01 kwi

…powiedzieć – przestań o Nim myśleć. Tyle razy próbowałam… a jeśli już myśleć to pozytywnie. To drugie już łatwiej przychodzi.

Zacząć życie od nowa. To jedyne co mi pozostało. Zacząć żyć nie być. Czy to możliwe? Tylko por warunkiem, że to co było pozostanie tylko wspomnieniem. Muszę się od tego odciąć grubą kreską i choć całym sercem pragnę żeby było jak dawniej to tylko ja tego chcę… Nie mogę Go przymusić do tego żeby ze mną był. Miłość oznacza dawanie drugiej osobie szczęścia. Jeśli tym szczęściem jest wolność i bycie z kimś innym to nie pozostaje mi nic innego jak tylko się z tym pogodzić i żyć dalej.

Czy czuje się z tym źle? Czuję się okropnie gdy widzę, że pisze z tą inną i choć niby jesteśmy przyjaciółmi to słówkiem mi o niej nie wspomni… a przecież ślepa nie jestem. To boli najbardziej… Poza tym większość rzeczy wróciła do normy… a wręcz jest lepiej niż było. Przytula mnie, głaszcze po głowie, spotykamy się, spędzamy razem czas nie tylko na uczelni, ale i poza nią. Nie chce z nim tracić kontaktu. Czuje się z nim bezpiecznie, w większości spraw mogę na niego liczyć – chyba, że chodzi o uczelnię… to olewa nieziemsko.

Jak zawsze są chwile lepsze i gorsze. Wszyscy mi radzą żebym szła dalej, ale nie jest to takie proste. Staram się, ale w chwilach załamania, zmęczenia, po prostu chcę żeby mnie przytulił, chce żeby był. Żeby był ktoś kto po prostu ze mną posiedzi, poczeka aż się uspokoję, kto przytuli i poczeka aż zasnę, kto wysłucha tego co leży mi na sercu… Teraz – mimo że nigdy tego nie robił – chcę żeby to był Pan A., ale on tego nie chce… Nie pozostaje więc nic innego jak się z tym pogodzić i pójść dalej swoją drogą, a jemu dać wolność.

 

Jak to się ma do mojej pracy nad sobą? Myślenie to połowa sukcesu. Ostatnio jak się mierzyłam to wyszło, że w talii jestem w połowie drogi. Staram się w ciągu dnia, jak mam chwilę czasu zrobić kilka przysiadów, kilka brzuszków prostych, skrętnych, kilka pompek i trochę poćwiczyć „rowerek”. Moje załamanie czasem motywuje – chcę być ładniejsza, chce się lepiej czuć, chcę w końcu zaakceptować siebie, żeby uwierzyć, że akceptuje mnie ktoś inny. Ale czasem pojawia się myśl – po co? I tak większość facetów chciała ze mną być tylko po to żeby zaciągnąć mnie do łóżka. A jak będę wyglądać bardziej atrakcyjnie to będzie tego tylko więcej… I jak tu poznać prawdziwą miłość?

Jedno wiem – Nie mogę się poddać i udowodnię sobie, całemu światu i pewnym osobą, że mogę być piękna, atrakcyjna i umiem walczyć o siebie. zgubione 10 kg o czymś świadczy. Co prawda w bardzo długim czasie co się musi zmienić bo zostały 3  miesiące… ale dam radę!! Muszę dać!!

 

Teraz jest ciężko… ale może kiedyś będzie lepiej…

 

Wieści dobre i złe

27 mar

Żeby zakończyć pozytywnie to zacznę od wieści złych:

  1. Kiepsko mi idzie z dietą… Tyle rzeczy zabronionych, a tyle rzeczy kusi. Dużo łatwiej gdy ktoś z kim jesz też się jej trzyma, a tu? Żadna z osób, z którymi się spotykam nie trzyma się tego… I choć gdy odmówię czegoś czego mi nie wolno to wewnątrz jest ogromna satysfakcja, to coraz trudniej to robić, gdy coraz bardziej się chce… Im więcej czytam o tej diecie, tym więcej rzeczy mi nie wolno… To okropne!
  2. Mimo że w tym semestrze nie ma zbyt dużo roboty w sensie, że trzeba się skupić na 3 rzeczach i to wszystko – tylko, że nie mam do tego weny… Masakra jakaś.
  3. 3 laboratoria z sieci były takie lajtowe – prowadzący w sumie sam nie ogarnia co się wokół niego dzieje, a co dopiero na zajęciach. Cały kurs mamy przez neta – wykupiony przez uczelnię kurs Cisco. Na wczorajsze zajęcia też przyszliśmy tak lajtowo, a tu powiało grozą…
    „Będę was pytać! Przychodzicie na zajęcia tak z marszu, nic nie czytacie, przeszkadzacie sobie nawzajem. Z dzisiejszych zajęć ma być pełne sprawozdanie, jeśli ktoś nie skończy to ma odrobić te zajęcia. Olewacie sobie ten kurs. Nigdzie nie jest powiedziane, że każdy ma zdać.”
    Oczywiście nikt nie wiedział co jak i kiedy, a gościu też nie potrafi wytłumaczyć… Zasłania się oczywiście tym, że wszystko jest w instrukcji, ale instrukcja po angielsku, nie wszystko jasne jak się czyta po polsku a co dopiero po angielsku… kompy tez nie do końca działają tak jak powinny… Porażka…

 

A teraz tak z pozytywnych rzeczy:

  1. Udało mi się przepisać ocenę z projektu – piękne 4,5. Teraz mogę się skupić na innych rzeczach – teoretycznie…
  2. Kolejna nominacja do Liebster Blog Awards od PaalCia. Dziękuję bardzo ;)
    Odpowiedzi na pytania w poście Liebster Blog Award
  3. … i to chyba na tyle.
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie