RSS
 

Notki z tagiem ‘podróż’

Aż ciężko się przyznać

13 lis

Znowu dawno mnie nie było… Jakoś odzwyczaiłam się od pisania i też trochę nie mam na to czasu. Praca, uczelnia i życie wypełnia mi dnie. Zanim zdążę się obejrzeć już jest 22 i czas szykować się do spania. Ale to też zanim wszystko zrobię i w ogóle to jest przed 23. Czas dosłownie ucieka mi między palcami. Przede mną przeprowadzka, i kilka ważnych decyzji do podjęcia. Czy wybiorę dobrze? O to jest pytanie. Ale w sumie nie o tym chciałam napisać.

Wracając do moich postępów a raczej ich ogromnym braku, bo o tym miał być blog. Do pracy zaczęłam ubierać się elegancko – nie wysokie, ale jednak szpilki, sukienki, sweterki, narzutki a nie bluzy sportowe. W lustrze widzę, że na twarzy pojawiają się ostrzejsze rysy, wklęsłe policzki, nogi stają się ładniejsze jednak… Byłam na zakupach i szukałam kozaków. Łydki nie są wcale takie jakie bym chciała żeby były. Centymetr też… wręcz pokazuje jeszcze więcej. A o tym co zobaczyłam na wadze to aż wstyd pisać. A wszystko przez głupie badania 2 lata temu. Po wycięciu migdałków nie jadłam prawie w ogóle, bo czy jedzeniem można nazwać kisiele/budynie instant, za to piłam bardzo dużo wody. Ból gardła i woda pomagały zapomnieć o głodzie. Bardzo szybko straciłam na wadze. Stwierdziłam, że nie mogę tego zaprzepaścić i zaczęłam intensywnie ćwiczyć, skurczył mi się żołądek wiec nie było problemów z mniejszą ilością jedzenia i waga a zwłaszcza cm leciały w dół. Niestety żeby zrobić badania pod kontem glutenu musiałam wrócić do normalnego jedzenia i nagle w kilka tygodni wróciło wszystko nad czym pracowałam przez ponad rok. Ale to nie wszystko… w kolejne kilka tygodni przybyło kolejne tyle… Niestety mimo tego, że ćwiczyłam i jadłam tak jak wcześniej wprowadzenie do diety glutenu okazało się koszmarne w skutkach. Teraz ograniczenie glutenu wcale nie pomaga. Wręcz ciągle jest jeszcze gorzej. W lustrze widzę, że tu jest lepiej, albo tu ale jak tylko wezmę cm do ręki mój pogląd na figurę zmienia się o 180st. Niestety mimo że w głowie nienawidzę siebie za to jak wyglądam to nie potrafię się zawziąć i wytrzymać w postanowieniu… A teraz kiedy zbliża się zima muszę kupić płaszcz i kozaki. Wstyd się przyznać, ale płaszcze takie jak mi się podobają są za małe, a mimo że chcę kupić wysokie kozaki to łydki na to nie pozwalają. Choć w lustrze przecież wyglądają spoko to jak mierzyłam kozaki… szkoda gadać. Do tego jeszcze muszę kupić sukienkę na wigilię do pracy… Tak bardzo nienawidzę zakupów!! Nie tylko dlatego, że wydaje się mnóstwo kasy i nogi bolą od chodzenia, ale najbardziej za to że nic na mnie nie pasuje, a to co pasuje mi się nie podoba. Wiem. To powinno motywować, ale niestety. Nie wiem gdzie się podziała ta stara ja dla której nic nie było niemożliwie i potrafiła walczyć do końca.

Koniecznie muszę odnaleźć dawną siebie. Nawet Pan Ł. mówił że jak się we mnie zakochał to myślał że nie ma u mnie szans, bo jestem taka zorganizowana, wysoko postawiona, wszędzie mnie pełno i w ogóle… a teraz. Zapominam o ważnych sprawach, nie mam ochoty na nic, nawet kalendarza nie potrafię już prowadzić. To jakaś porażka. Niestety najgorsze w tym wszystkim, że ciągle spadam i nie potrafię odbić się od dna, albo chociaż od ściany…

Ostatnio uświadamiam sobie co jest dla mnie ważne i czego chce od życia. Wiem, że znalazłam igłę w stogu siana, bo mam świetną pracę. Kończy mi się teraz okres próbny i mam ogromne szanse na przedłużenie współpracy. Bardzo tego chcę i potrzebuje. Przez te 2,5 miesiąca rozwinęłam się bardziej niż przez rok samodzielnej pracy. Cudowne uczucie jak pokazuje przełożonemu co udało mi się zrobić a on się cieszy jak dziecko, że się udało, że działa i w ogóle. To cudowne uczucie, gdy mnie chwali i stawia przede mną większe i ważniejsze zadania. Lubie tam chodzić i rano nie wstaję do roboty, ale do pracy. Postanowiłam, że nie mogę stać w miejscu zwłaszcza, że to dopiero początek nie góry, ale ogromnego pasma górskiego, które muszę pokonać. Zaczęłam szukać książek, żeby nie opierać się tylko na wiedzy z Internetu.  Mam nadzieję, że to będzie taka trampolina od której się odbiję i odnajdę dawną siebie :)

Ja = zorganizowana, ambitna, dążąca do celu, otwarta, przyjacielska, zaradna; Taka byłam, nie jestem, ale znowu BĘDĘ!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Uciekinier uwięziony na dobre

22 wrz

Końcem sierpnia mój chomik wybrał się na wycieczkę po moim pokoju. Poszukiwania tak mnie rozbudziły, że nawet napisałam a’la artykuł:

Uciekinier za kratkami! 25 sierpień 2016 04:03

Dosłownie przed chwilą zakończyła się akcja poszukiwawcza zbiegłego chomika P. Przyczyny ucieczki nie są znane. Dzisiejszej nocy chomik P. otworzył drzwi klatki, a następnie zeskoczył na łóżko. Obudził swoją właścicielkę i zbiegł z miejsca chowając się za torba od laptopa stojącą na ziemi.

- Byłam w takim szoku, że przez moment nie wiedziałam o co chodzi. Jednak gdy zobaczyłam maleńką postać uciekającą z łóżka wiedziałam, że to będzie długa noc. – powiedziała naszemu komentatorowi właścicielka zbiega.

Po odsunięciu polowy mebli udało się namierzyć uciekiniera za łóżkiem jednak zanim śledczy dotarł na miejsce poszukiwany dosłownie się rozpłynął. Jego szare ubarwienie pomogło mu w ukryciu się w cieniu mebli. Po prawie godzinie oczekiwania i nasłuchiwania – chomik P. wyszedł ze swojej kryjówki spod jednej z szaf. Jednak po krótkiej chwili ukrył się ponownie. Zdradziła go jego ulubiona przekąska w postaci słonecznika rozłożona w pokoju. Po krótkiej akcji udało się złapać zbiega i umieścić go w klatce. Chomik P. za ucieczkę otrzymał karę dodatkowego zabezpieczenia drzwi klatki w postaci klipsa do papieru.

Niestety nie jest to pierwsza tego typu ucieczka. Wtorkowej nocy chomik P. również opuścił teren klatki. Został schwytany na próbie wygryzienia dziury w swoim pudelku transportowym stojącym na klatce. Wtedy jednak nie wprowadzono dodatkowych zabezpieczeń. Trwa sprzątanie pokoju i ustawianie mebli na miejsce.

Od tamtej pory co noc chomik mnie budzi próbując wydostać się z klatki. Klips niestety mimo dobrej ochrony bardzo hałasował. Chomik się do niego dopadał i uderzał nim o klatkę. Teraz zaplatam druciany spinacz do papieru, żeby nie mógł otworzyć drzwiczek. W kwietniu czy maju kupowałam nową klatkę i do tej pory wyglądała jak nowa. Teraz drzwiczki nie mają farby na połowie szczebelków… Zmieniałam klatkę, bo była pogryziona i pordzewiała od mycia. A teraz znowu jest to samo. I nie pomaga wyciąganie go wieczorem (po 21) żeby sobie pobiegał po pokoju czy po rękach. Nie wytrzymałam nerwowo, bo co noc budził mnie między 2-4, a chodzę do pracy i wstaje po 6. Zaczęłam go na noc przekładać do pudełka transportowego. Ma tam jedzenie, poidełko, kółko i domek. Czasem robię to przed snem, a jak śpi to jak mnie obudzi w nocy… Teraz nie wytrzymałam nerwowo (bo po prostu szkoda mi jego zdrowia – jednak trochę tej farby zjada) i wyjęłam ubrania z pudła. Włożyłam do niego jego domek, kulkę (taką na stelażu), wodę i kolbę. Pudełko jest na tyle wysokie, że nie wyjdzie więc jest bez pokrywki. Mam nadzieję, że to coś pomoże, a przynajmniej przez jakiś czas nie będę widzieć jak je farbę. Na dzień będę go przekładać do klatki, bo jednak ma tam trochę atrakcji – rurkę (żeby wchodzić na pięterko), drewnianą rurkę z czterema wyjściami po bokach, hamak i kołowrotek. No i dużo trocin, więc może sobie kopać. Jak będę w pracy to przynajmniej nie będzie mnie boleć jak będę gryzł, a przecież i tak powinien spać.

Kurcze… pierwszy raz mam taki problem. Raz mi jeden chomik nawiał, ale to z pudełka transportowego w nocy jak byłam w domu. Też przyszedł do mnie do łóżka i obudził mnie drapiąc w ucho. Nie boje się, że mi pogryzie kable czy meble, bo do tej pory nawet w klatce nic nie gryzł. Chodzi o to, że może gdzieś wleźć za szafę i nie wyjść, albo uciec szczeliną pod drzwiami i szukaj wiatru w polu… Z resztą… ma siedzieć w klatce, albo się bawić jak go wypuszczam – albo biega sobie po mnie i łóżku, albo w kulce po pokoju. Jakiś pomysł jak go uspokoić i zachęcić do siedzenia w klatce?

Może kiedyś będzie lepiej… ale na razie będzie siedzieć w pudełku…

 

Szalone dni

13 kwi

Ostatnie kilka dni było mocno zwariowanych. Nie przespane noce, litry energetyka i miliony spraw do załatwienia. Po tym jakże ponurym wtorku środa też nie zaczęła się szczęśliwie. Tak bardzo chciałam żeby dzień się skończył, że poszłam spać bez nastawiania budzika. Jak się to skończyło? Można się domyślić – zaspałam na zajęcia. Momentalnie się obudziłam jak sprawdziłam godzinę. Miałam 5 minut do tramwaju, więc szybko się ogarnęłam i poleciałam na przystanek. Okazało się, że tramwaj przyjechał 2 minuty za szybko i mi uciekł… Nie pozostało nic innego jak czekać na następny.

Jak zawsze średnio co 3 – 5 minut przejeżdża tramwaj i można się przesiąść na coś innego tak teraz nic! Przez bite 10 minut nic nie przyjechało!! W końcu patrze jedzie, ale jakiś taki dziwny. Na aplikacji widziałam, że to mój numer, ale nie miał żółtej tabliczki (zmiana trasy). Gdy podjechał bliżej wszystko się wyjaśniło – zjazd do zajezdni, czyli ni hu hu mi po drodze. No ale wsiadłam, bo stwierdziłam, że może uda się na coś innego przesiąść. Jak się drzwi zamknęły zobaczyłam, że za mną jedzie kolejny tramwaj, który już zawiezie mnie na uczelnie. Więc na najbliższym przystanku wysiadłam i poczekałam na następny tramwaj… Całość zajęła mi jakieś 15 minut… No po prostu… za ten czas już byłabym na uczelni i zdążyłabym jeszcze na te zajęcia gdyby tramwaj nie zawiał. Przez całą drogę zastanawiałam się, czy nie wydarzy się coś jeszcze. Przecież nieszczęścia chodzą parami, no ale udało się dojechać bez problemu, potem sprint i do sali weszłam z 25 minutowym spóźnieniem. Kolega mi pomógł z zadaniami, więc się wyrobiłam ze zrobieniem wszystkiego. Potem kolejne zajęcia i do domciu. Byłam strasznie śpiąca, ale nie mogłam pójść spać – nie mam na to czasu. Zrobiłam obiad, potem siadłam do robienia animacji. Przed 17 zebrałam się i pojechałam do kina z Panem A. Fajnie było. Niektóre sceny były takie, że wybuchaliśmy śmiechem, ale niektóre oglądałam przez palce, zaciskając rękę na udzie Pana A. (tak wiem fajnie to brzmi ;) ). Potem do domciu i znowu miałam robić animacje, ale tak mi się chciało spać, że położyłam się na 2 h. Wstałam się, wykąpałam, ogarnęłam i po północy przyjechali po mnie. Zaczęła się podróż do Warszawy.

Przez całą drogę nie spałam. Siedziałam z przodu i nawigowałam. Pogoda była paskudna. Padało, momentami nawet lało, a zaraz potem świeciło słońce. W pewnym momencie świeciło słońce i padał grad. Ogólnie nie ciekawie.

W stolicy byliśmy po 5 i mieliśmy 4 h do pierwszego spotkania. Zajechaliśmy do Maka i tu złamałam swoją dietę za co płaciłam przez cały dzień. Niestety jako tako nie było co zjeść, więc wzięłam jakąś kanapkę i frytki… Potem jeszcze się pokręciliśmy i spotkanie. Nawet, dobrze nam poszło. Co prawda straciliśmy połowę animacji, ale za to sponsor podsunął nam nowe pomysły. Potem szybko na kolejne spotkanie – moje. Co prawda było to moje spotkanie, ale ja tam byłam praktycznie od notowania. Ale gościu, z którym byłam umówiona też nie wiele mówił. Wymiana zadań była między kolegą – który w sumie tego nie organizuje, ale był na wcześniejszym pokazie i to samo tyczyło się drugiej strony. Dziewczyna, która z nimi gadała też ostatnio pomagała nam przy organizacji, ale nie była teraz do tego wyznaczona. Nawet sprawnie poszło więc nie było tak źle. Ledwo wyszliśmy i lecimy dalej, bo już byliśmy na styk na kolejne spotkanie. Oczywiście zanim znaleźliśmy miejsce do zaparkowania to spóźniliśmy się 15 minut. Potem w recepcji czekaliśmy jeszcze 5 minut na spotkanie. W sumie i tak nie wiele ustaliliśmy, no ale spotkanie było. Moim zdaniem najgorsze… Każdy, kto jechał miał tak jakby swoje spotkanie. Pierwsze było kolegi kierowcy, potem moje i my byliśmy przygotowani choćby pod tym względem, że mieliśmy spisane o czym pogadać. A tu? Wszystko na spontanie, zero robienia notatek… a po wyjściu i tak wyszło, że o czymś zapomnieliśmy… No ale to:

Nie ważne

Wszystko co jest problematyczne to w trakcie rozmowy jest „Nie ważne”, albo „To później”. Trochę zaczyna mnie to wkurzać… no ale skoro to funkcjonuje tak od co najmniej 2 lat to chyba jest to „Nie ważne”.

W każdym razie wracając do wyjazdu. Chcieliśmy jak najszybciej wyjechać z Warszawy. Minęliśmy jakieś 3 – 4 km korka na wjeździe do Warszawy i cieszyliśmy się z całego serca, że to nie w nasza stronę. W połowie drogi już mi tak strasznie oczy leciały… Stwierdziłam, że tak na chwilkę zamknę oczka i się trochę zrestartuję. To mi często pomaga, ale byłam tak zmęczona, że zasnęłam. Obudziłam się chwilę przed zjazdem na obiad. Zjedliśmy bardzo dobry obiadek w jakieś restauracji obok stacji benzynowej i w drogę. Nie wiele spałam, ale bardzo mi pomogło.

O 19 byliśmy już z powrotem. Podjechaliśmy pod mój domek, szybko się przebrałam, zostawiłam co mi nie było potrzebne i pojechaliśmy na uczelnie. Zdaliśmy raport z wyjazdu (nasz zwięźlejszy, kolegi z ostatniego spotkania nie koniecznie) i na komisję ds. kultury. Okazało się, że będę mieć własny projekt. Pracowaliśmy, więc nad programem wydarzenia i całą otoczką przygotowania. Choć to w sumie nic takiego to i tak jest nie wiele czasu. Ma się ono odbyć jeszcze przed majówką, a po drodze święta, wyjazd do Warszawy i praca… Zapowiada się ciekawy miesiąc xD

Po komisji pojechałam na imprezę integracyjną z juwenaliów, ale niestety przez rzeczy ważne i ważniejsze jak przyszłam do klubu to była już stypa. Posiedziałam godzinkę i pojechałam do domu.

Łóżeczko było takie wspaniałe…

„Rano” obudził mnie telefon od Pana A. Jeszcze godzinę leżałam w łóżku i gadaliśmy. Potem trzeba było wstać i ogarnąć jakieś śniadanie. Po śniadanku – animacje. W sumie z Panem A. przegadaliśmy jakieś 4 h – mamy darmowe do siebie, więc możemy gadać xD

Koło 19 stwierdziłam, że nie mogę… idę spać. Miałam się przespać 2 h i wrócić do animacji, no ale wyszło jak zawsze. Najśmieszniejsze i najstraszniejsze za razem było to, że jak zadzwonił mi budzik to wyłączyłam go nie z myślą „Ja chcę spać dalej” tylko „Jeszcze nie skończyłam projektować animacji”!! Jak przestawiałam budzik na godzinę później nie byłam w stanie zapanować nad oczami. Latały we wszystkie strony. Czułam się jakbym była naćpana, albo bardzo, bardzo mocno pijana. Wiedziałam co chcę zrobić i jak, ale nie widziałam co robię! Próbowałam się skupić na wyświetlaczu, ale oczy latały mi we wszystkich kierunkach. W końcu udało mi się przestawić budzik o godzinę… i o kolejną. W końcu wstałam po 22. Wrobiłam sobie herbatę i siadłam do animacji.

Straciłam poczucie czasu i jak stwierdziłam, że ok. jeszcze tylko raz obejrzę czy wszystko gra i idę spać było już po 3 w nocy. Położyłam się przed 4 nad ranem.

Nie było mi niestety dane się wyspać. Nie dość, że śniły mi się animacje to jeszcze budzik zadzwonił po 4 h. No cóż. Trzeba wstać i się ogarnąć, bo szkolenie do pracy. Pojechałam na to szkolenie i nawet całkiem, całkiem mi szło. Potem podróż do laboratorium, gdzie już siedzieli chłopaki z koła. Ponieważ nie znam się na elektronice, szukałam inspiracji do animacji. Kolega rzucił mi challenge – animacja kaczuchy. Siedziałam nad tym dobrych kilka godzina ale zrobiłam 1:22 (minutę 22 sekundy) animacji. Jestem z siebie bardzo dumna. W między czasie jeszcze zakupy na grilla i grill na obiad. Jak skończyłam to dostałam kolejny challenge na animację macarena, ale to jeszcze nie skończone. Koło 20 zaczęliśmy myśleć o kolacji. Chłopaki chcieli pizze, ale ponieważ ja nie mogę normalnej to stanęło na tym, że pojedziemy na zakupy i zrobimy własną. Jak to studenci elektroniki – sprzęt znajdziemy xD. Nawet piekarnik mamy w laboratorium!! Co prawda to wypalania płytek, ale do pizzy też się nada. Pojechaliśmy, więc na zakupy. Jako że byłam jedyną osobą nie pijącą to byłam kierowcą. Byłam pewna, że kolega nie da mi samochodu. Nie znamy się i jeszcze do tego jestem dziewczyną, ale dał bez problemu. Pojechaliśmy więc. Niestety nie znaleźliśmy mąki kukurydzianej – były wszystkie tylko nie kukurydziana (!!) – więc wzięliśmy normalną, resztę składników do pizzy i na pizze, a dla mnie sałatkę. Wróciliśmy, kolega jeszcze ogarnął miskę i było super. Cisto zrobiłam bardzo szybko i w sumie nie jest takie trudne do zrobienia. Ponieważ piekarnik maleńki, „blaszki” też dużej powierzchni nie miały to pizze były maleńkie. Z jednej porcji upiekły się 2 pizze. Co prawda ciasto się nie dopiekło i boczek wszystkim sprawił problem to zjedli i chcieli jeszcze jedną. Nie wiem czy z głodu, czy że dobra wyszła no ale zrobiłam i zjedli. Nawet nie wiem jak smakowała, bo tylko narzekali na boczek, że nie można go pogryźć, ale to nie ja wybierałam. Jeśli jeszcze kiedyś będą chcieli pizze to znaczy, że było ok.. Jeśli nie to wiadomo…

No ale trzeba było w końcu wrócić do domu i pójść spać. Ile można wlewać w siebie energy drinki. W domu byłam przed 4 bo oczywiście jeszcze jakaś kontrola na pks… No nie mają kiedy robić… Staliśmy jakieś 10 minut, bo kierowca musiał wypełnić jakieś papiery…

A dzisiaj od rana pierwsza myśl?

ANIMACJE!!

 

Kolejne dni też zapowiadają się ciekawie…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Zmęczenie – dzień świra

17 sty

Jestem już naprawdę wykończona wszystkim co się dzieje wokół mnie. Przyszły tydzień to tydzień śmierci na uczelni (choć mnie to w sumie tylko tak muśnie)… Zaliczenia zaczęły mi się w środę.

W poniedziałek i wtorek siedziałam nad słówkami z angielskiego… przetłumaczyć, wykuć i starać się nie zapomnieć. Do tego jeszcze gramatyka. Jej się akurat nie boję, bo jakoś nigdy z nią specjalnie problemów nie miałam. Kolokwium -> w środę.

W środę po uczelni u chłopaków upojna noc z PPS (podstawy przetwarzania sygnałów). Próbowałam się tego nauczyć przez tydzień… Ni cholery nie chciało mi wejść do głowy. Jak mam regułki typu: „rozkład jednostajny to rozkład prawdopodobieństwa o funkcji rozkładu stałej w całym nośniku rozkładu” to to brzmi jak masło maślane… Siedziałam nad tym do 2:30 w nocy. Kartkówka (walki o zaliczenie) -> w czwartek.

W czwartek wstałam o 9. Od rana przeglądanie notatek, powtarzanie i nauka tego czego nie umiem. Wyjście z domu… i tu zaczęła się masakra.

  1. Na tramwaj musiałam biec obwieszona torbami jak choinka (jedna z środowego basenu, druga z rzeczami „codziennymi”).
  2. Na pierwszych zajęciach też nie było kolorowo… Nie wiem jak to jest możliwe… Tabelki i schematy układów logicznych to nie problem. Jak się wie już co i jak to to jest pestka, ale podłączenie tego układu na płytkach, gdzie:
    a) może nie działać kabel – nie ważne, że przy sprawdzaniu działa. Coś się gdzieś w środku ułamie przy podłączaniu i nie znajdziesz błędu;
    b) może wejście nie stykać – raz tak było, że się nóżka ruszała i w zależności jak się nią poruszało to działał układ albo nie;
    c) podczas próby działania wypadnie jakiś kabelek, którego się nie zauważy i jest dupa;
    d) zamiana stanów na kablu – zdarzyło się;
    e) może być walnięta płytka – bo nie może być tak prosto, że to tylko wina kabli;
    to już nie jest taka prosta sprawa… Kolejny układ nam nie działa… Pan sprawdza wszystko, schematy, grafy, tabelki no i nie widzi błędu. Więc może błąd jest w podłączeniu, no to jedziemy po kolei każde wejście i wyjście sprawdzaliśmy czy jest to co powinno… Okazało się, że na jednym wejściu zabrakło negacji – dobra dołożyliśmy – następny stan i okazuje się, że ta dołożona negacja wszystko psuje… Nie wytrzymałam i po prostu się rozpłakałam. Tyle miałam w sobie emocji, że gdzieś to musiało ze mnie ujść. Prowadzący jak mnie zobaczył to powiedział, że da nam te 3,0 za dobre chęci, ale ma być bardzo dobrze zrobione sprawko. Z litości dostaliśmy te 3,0.
  3. Ćwiczenia ze statystyki. Byłam totalnie zmęczona (bo się nie wyspałam. Co z tego, że spałam tyle czasu jak co chwila się budziłam) i głodna, a prowadzący, który od lat daje zawsze wszystkim grupom te same zadania, stwierdził, że to jest taki materiał i tyle jest różnych opcji na zadanie, że każdy będzie miał inne zadanie. Pewnie zmieni jakąś wartość, albo inną metodę trzeba będzie użyć no ale…
  4. Idę na ten PPS… Siadamy przy kompach, odpalamy Matlab’a i całe zajęcia mieliśmy przeglądać i analizować wykresy, a potem z nich i trochę z teorii miała być kartkówka. Ale nie mogło być tak kolorowo… W połowie zajęć prowadzący wyszedł a chwilę później wszystkim wyłączył się Matlab. No więc siedzimy i czekamy aż prowadzący wróci. Gdy wrócił i zobaczył co się dzieje poszedł się dowiedzieć co i jak. Okazało się, że ponieważ coś tam robią serwer został wyłączony (dlatego Matlab przestał działać), a ponieważ mamy internet to mamy sobie ściągnąć wykład prowadzącego (ja mam wykład z kimś innym) i mieliśmy pół godziny na nauczenie się tego co tam było… Bo skoro Matlab nie działa to nie może nam z niego zrobić kartkówki, a kartkówka musi być… No i jak miałam nadzieję, że jakoś pójdzie, to jak dowalił pytania to zastanawiam się czy w ogóle jest sens się uczyć na dobieg, bo (nie wiedzieć czemu) prowadzący mnie nie lubi i pewnie dowali mi takie pytanie, że z wrażenie zapomnę jak się nazywam. Poza tym nawet nie wiem z czego mam się przygotować. Były 3 kartkówki, a materiału w ciul i jeszcze trochę…
  5. Do tego wszystkiego przez to, że w nocy miałam tylko skrawek łóżka do dyspozycji i całą noc musiałam walczyć żeby nie spaść okrutnie bolały mnie plecy.

Wieczorkiem – spać… chciałoby się… Ukojna noc z NiDUC’em (niezawodność i diagnostyka układów cyfrowych). Pojechałam do chłopaków co by mnie motywowali do nauki… skończyło się na tym, że prawie całą noc robiłam notatki, z których oni (gdy ja pisałam kolejne punkty) się uczyli… Poszłam spać przed 4 nad ranem. Kolokwium – piątek (dzisiaj).

Dzisiaj pobudka o 7:30… Tak mi się nie chciało wstawać na wykład. Byłam niewyspana, zmęczona (choć dopiero wstałam), plecy nadal mnie bolały (bo mimo próśb pewna osoba nie chciała mi zrobić masażu) i w ogóle miałam wszystkiego dość. Na wykładzie prawie zasnęłam przeglądając notatki na koło. W przerwie po wykładzie, a przed kołem wypiłam tylko energetyka (śniadanie) i na koło… Pytania nawet były ludzkie. Z małą pomocą udało mi się coś napisać. Potem godzinka przerwy i angielski. Byłam zmęczona psychicznie, głodna, zła, smutna, niewyspana, obolała… Na szczęście ćwiczenia były w miarę, bo całe 1,5 h graliśmy w różne gry po angielsku. Po zajęciach pojechałam do chłopaków, bo tam zostały moje rzeczy i z kolegą mieliśmy iść na siłownię. Ale tak mnie plecy bolały, że ledwo się ruszałam a co dopiero iść ćwiczyć… Po mało przyjemnej rozmowie w końcu dostałam swój upragniony masaż i plecy posmarowane maścią rozgrzewającą. Choć nadal bolały to ulga była ogromna… Położyłam się do łóżka i o dziwo strasznie się męczyłam z zaśnięciem. Zwłaszcza, że pan A. co chwila mnie budził, bo coś chciał, albo tak po prostu, bo mu się podobało. Udało mi się przespać może jakieś 45 minut… i musiałam wstać, ogarnąć się i jechać do domu, bo pan A. wychodził… Dzisiaj mimo tego, że od rana jestem na małej puszcze energetyka, kilku łyczkach wody i kilku łyczkach soku pomarańczowego (ręcznie wyciskanego) to nawet nie czuje się głodna…

Po tych DWÓCH dniach mam dosyć a to dopiero początek…
Poniedziałek -> rano kolokwium z logiki i zaraz po nim dobieg z PPS
Czwartek -> rano kolokwium z rachunku, po południu ze statystyki
Piątek -> kolokwium z telekomunikacji
?? -> kolokwium z PPS z wykładu jeśli jakimś cudem uda mi się zaliczyć dobieg

 

Wiem… może to nie wygląda tak tragicznie, ale naprawdę jestem zmęczona nie tylko uczelnią, ale i wszystkim co się dzieje poza nią. Wkurza mnie to co się dzieje między mną na panem A., to jak on się zachowuje w stosunku do mnie i w ogóle… Wkurza mnie, że nie idzie mi odchudzanie tak jak bym tego chciała, a mój grafik tygodnia poszedł na spacer i nie wrócił… Po prostu… Mam dosyć wszystkiego… Autentycznie mam dosyć… Chciałbym gdzieś wyjechać, najlepiej nad morze, i odreagować. Zostawić wszystko za sobą, choć na chwilę przestać o tym wszystkim myśleć i się tym wszystkim nie zajmować… Może z czasem by się to wszystko samo poukładało w mojej głowie…

Teraz najbardziej chciałabym żeby mnie ktoś nie pytając o nic bardzo mocno przytulił i nie puścił póki się nie uspokoję… Po prostu mam dosyć…

 
 

To był zły dzień

20 gru

To był bardzo zły dzień…

Uciekły / spóźniły mi się chyba wszystkie możliwe tramwaje i autobusy.

Ale zacznijmy od początku.

Rano była poważna walka ze sobą żeby wstać.

Jak mi się już udało wstać to stwierdziłam ze w sumie nie wiele mam na śniadanie. Ledwo wystarczyło mi dżemu. No ale ok. – to tylko śniadanie.

Wychodzę na tramwaj… jak zawsze się spóźniał tak dzisiaj przyjechał troszkę wcześniej… Jednym słowem – nawiał.

Poszłam na przystanek i stwierdziłam, że pojadę czymkolwiek na przesiadkę, bo jak poczekam na kolejny tramwaj (który jest za 12 minut, a znając życie się spóźni, albo nie przyjedzie) to już w ogóle się spóźnię.

Wsiadłam do tramwaju i jadę. Stoję na światłach i podjeżdża tramwaj (po prawej stronie krzyżówki), w który miałam się przesiąść. Walka – kto pierwszy będzie miał zielone światło – przegrałam…

Potem staliśmy znowu na czerwonym świetle i tramwaj mi uciekł.

Potem znowu staliśmy na każdym czerwonym świetle i kolejny tramwaj na przesiadkę mi uciekł.

Wysiadam na ostatnim możliwym przystanku, z którego odjeżdżają prawie wszystkie tramwaje na  uczelnię. Patrzę na tablicę i okazuje się, że najbliższy interesujący mnie tramwaj jest za 2  minuty. No to myślę sobie udało się chociaż tu. Dosłownie spuściłam wzrok z tablicy, patrze a tu jedzie tramwaj – ten na który nie chciałam czekać…

Teoretycznie różnica czasu między trasą tramwaju, na który nie chciałam czekać a tego, którym jechałam jest 2 minuty. Licząc, że tramwaj przyjechał jakoś 3 – 5 minut po tym, który mi uciekł powinnam trochę poczekać a tu nie…

Zaczęłam się zastanawiać czy nie powinnam jak najszybciej wysiąść z tego tramwaju i przesiąść się do innego… To było takie podejrzane, że akurat tym tramwajem było mi pisane dojechać na uczelnię.

Nie ogarniam tych tramwajów…

Jak wracałam do domu parze na rozkładzie jest 5 minut. Myślę sobie spoko – tyle zaczekam. Dosłownie minuta nie minęła a na rozkładzie jest, że mój tramwaj ma być za minutę… Chwila moment i był. Nie wiem czy one dzisiaj łamią czasoprzestrzeń czy jak…

Dobra dojechałam do domu, pakuje się sprzątam i miałam autobus za 20 minut i czekać pół godziny na moją siostrę czy jechać za 40 i być o czasie. Ponieważ nie wiedziałam, o której konkretnie moja siostra będzie, a ja tez jeszcze byłam w proszku więc stwierdziłam, że pojadę tym późniejszym i nie będę marznąć.

Wychodzę na przystanek przed czasem a tu się okazuje, że tramwaju nie ma… miał ponad 10 minut spóźnienia i zaraz za nim jechał drugi już planowo… Oczywiście nie zdążyłam na przesiadkę…

Jest taka aplikacja do śledzenia gdzie jest dany tramwaj i autobus – okazało się, że prawie wszystkie autobusy, którymi mogłam jechać są przede mną (4 autobusy, praktycznie jeden za drugim). Tylko jeden był za mną ale miał być dopiero za godzinę!!

A więc Siostra chcąc nie chcąc musiała po mnie przyjechać, a nie tylko zgarnąć mnie po drodze…

Do tego wszystkiego stałam w deszczu bez parasola…

Po prostu dzień świra!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Pogoda na przekór

16 wrz

Wczoraj obiecałam sobie, że dzisiaj pójdę na rower.

 

Wstałam rano, zjadłam śniadanie, obejrzałam z koleżanką serial, trochę się pokręciłam, trochę posprzątałam i zjadłam drugie śniadanie. Myślę sobie dobra idę póki nie pada.

Wychodzę z domu zaczyna kropić. Myślę sobie „Muszę jeszcze skoczyć do sklepu to może akurat przejdzie”. Zanim wysiadłam z tramwaju przestało. Myślę sobie „Spoko, szybkie zakupy i rower.”

Wychodzę ze sklepu nie pada. „Super”

Musiałam wypożyczyć rower miejski, bo mojego mi jeszcze rodzice nie przywieźli, więc idę do stacji rowerów i oczywiście zaczyna padać. Myślę sobie „No nie… Ale i tak mnie to nie zniechęci!”

Wzięłam rower – jedyny czerwony, bo wszystkie są srebrne – i pojechałam. przez całą drogę padało. Raz siąpiło, raz trochę mocniej popadywało, ale jednak ten deszcze gdzieś tam był.

Dojechałam do okulisty, schodzę z roweru – przestaje padać. Myślę sobie „Spokojnie… Bez nerwów…”

Poszłam do okulisty, tam chwilę posiedziałam, wychodzę nie pada – „Super. biorę rower i jadę”

Ledwo odpięłam rower zaczyna padać. Nie chcecie wiedzieć co wtedy pomyślałam…

Stwierdziłam „Dobra jadę, najwyżej jak się mocno rozpada to dojadę do najbliższej stacji i do domu wrócę tramwajem albo autobusem”

Jak jechałam to znowu padało tak ni w pi ni w oko… raz siąpiło, raz straszyło, raz jechałam między kroplami.

Jestem już koło domu – a ode mnie do stacji żeby przypiąć rower mam jeszcze ponad 3 przystanki tramwajem – i zaczęło już tak mocno padać… Niestety ta stacja, przy której miałam oddać rower była najbliżej… Więc jadę szybko do tej stacji, a tu oczywiście światła… Jedne, drugie…

W końcu dotarłam… Oddałam rower, idę na tramwaj żeby do domu wrócić, wsiadam do tramwaju – pada – i to tak mocno. Wysiadam prawie nic nie pada…

Wróciłam do domu nie pada… Nie wiem czy od tamtej pory jak wróciłam padało, ale jak tak to nie zauważyłam.

 

Byłam taka zła na ta pogodę… Jak tylko się zbliżyłam do roweru to zaczynało padać. Jak wracałam to stwierdziłam, że zjem obiad i dalej bym poszła pojeździć, ale z taką pogodą i takim szczęściem do deszczu to nie będzie to miła przejażdżka… Zostałam więc w domu.

 
 

Dopóki nas śmierć nie rozłączy

30 sie

Oto mój Mysiulek.

Od zawsze chciałam mieć chomika, ale mój tato nigdy nie chciał się zgodzić. Wychowywał się w domu na wsi i miał po dziurki w nosie myszy. Tak wiem, że chomik to nie mysz, ale gryzoń.

W zeszłe wakacje, praktycznie przez 2,5 miesiąca byłam sama w ogromnym mieszkaniu. Idzie oszaleć w takiej ciszy. Od wakacji zaczęły się spełniać moje marzenia.

  • Dostałam się na studia – na kierunek, który chciałam.
  • Dostałam od właścicieli zgodę na pomalowanie pokoju na zielono. Od zawsze chciałam mieszkać w zielonym pokoju. Sama kupiłam farby, pędzle i wszystko potrzebne do malowania. Ze znajomymi pomalowałam na biało (obwódki wokoło okna, drzwi, pasek przy suficie i sufit) – zielono (ściany). Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.
  • 6 sierpnia ok. godziny 15 pojechałam do sklepu zoologicznego i kupiłam chomiczka razem ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami – klatką, miską, ściółką i siankiem.

 

Był wyjątkowym chomikiem. Nikogo się nie bał, nikogo nigdy nie ugryzł. Szedł do wszystkich. Skakał z przeróżnych wysokości i nigdy nic mu nie było.

Wielki podróżnik. Był we Wrocławiu u kilku osób, był u mnie, u babci, u Pana A. pod Katowicami. Teraz był ze mną nawet nad morzem. Zwiedził trochę świata, poznał wielu ludzi.

Niestety zdechł we wtorek 27 sierpnia. Miałam go rok i 21 dni.

Było mi smutno – jak zawsze gdy się traci przyjaciela, ale w sumie dobrze się stało. Tak strasznie się męczył.  Cholernie było mi go szkoda jak widziałam, jak chodził, nie jadł, nie pił… Przewracał się na wszystkie strony. Lepiej, że się tak stało. Przynajmniej się już nie męczy.

Zakopałam go w ogródku. Kuzynka się śmieje, że to rodzinny – zwierzęcy cmentarz. Zakopane tam są 2 moje papużki a teraz i on.

Wszyscy się zastanawiają co teraz. Czy kupię sobie nowego chomika? Tak. Bardzo się przyzwyczaiłam że jest, że w razie czego mam z kim pogadać. Wiem może to wyda się wam głupie, ale te zwierzęta naprawdę są mądre. Wiedzą, co się do nich mówi. Wszystko rozumieją i wbrew pozorom da się je wytresować :)

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 25 sierpnia (niedziela)

27 sie

Dzisiaj rano pobudka bardzo wcześnie rano i bardzo dziwna.

O 5 nad ranem nagle wchodzi do pokoju gościu na oko ok. 27 lat w samych majtkach. W pierwszej chwili myślałam, że to właściciel, ale co on by robił u nas tak wcześnie rano i to w samej bieliźnie? Jak usłyszałam – „No siema” – to już wiedziałam, że to nie właściciel. My się patrzymy na niego, on na nas i zorientował się, że pomylił pokoje – „A sorry…” – i wyszedł. My tak na siebie i Pan P. wstał zamknąć drzwi na klucz. Nie wiem jak to się stało, że były otwarte na noc… W każdym razie poszliśmy spać dalej.

Obudziłam się po 8, wzięłam rzeczy i poszłam się myć. Jak wyszłam to Pan P. już nie spał. Zjedliśmy śniadanko (wczorajsze kebaby i zupkę chińską) i na miasto. Przez cały czas widziałam jak mnie obserwuje, jak dotyka moje nogi i w ogóle. Od wczoraj rana ciągle słyszałam jakieś komplementy, uwagi dotyczące tego, że się zmieniam, że inaczej wyglądam i w ogóle… Aż mi głupio było. Cały czas się zastanawiałam czy on tak serio czy tylko mówi to wszystko co chcę usłyszeć… Nie wiem…

Poszliśmy na miasto połazić między straganami. Kupiłam sobie i Panu A. taki komin, który można zakładać na milion rożnych sposobów – czapka, opaska, gumka, szalik, jako chustka na głowę, kominiarka itd. Potem jeszcze miśki dla dzieci kuzynki, która mnie przygarnęła na czas przed wyjazdem, po wyjeździe i na czas późniejszego szukania mieszkania.

Jeszcze spacerek nad morzem (doszliśmy plażą do Trzęsacza i z powrotem) i na obiad. Oczywiście rybka, bo dawno rybki nie jedliśmy, potem mała rundka po sklepach. Kupiłam sobie jeszcze spódniczkę – zieloną, jakbym mało miała zielonych rzeczy ;P – i na lody. Poszwendaliśmy się jeszcze po mieście dla zabicia czasu i powrót do ośrodka, po rzeczy.

Rano jak wychodziliśmy to musieliśmy się wykwaterować, ale właściciele powiedzieli, że możemy zostawić rzeczy żeby się z nimi nie nosić. Wróciliśmy, przebrałam się (bo miałam krótkie spodenki, a jak w środku nocy wysiądziemy z autobusu to będzie zimno) i na pks. Tam siedzieliśmy trochę czasu, bo przyszliśmy za szybko, ale lepiej być wcześniej niż biec i bać się, że się nie zdąży. W końcu przyjechał autobus i co bardzo nas zdziwiło zapłaciliśmy dużo, dużo mniej niż jak jechaliśmy nad morze. Tak samo było jak jechaliśmy do Gryfic.

Do Gryfic – 10 zł
Z Gryfic – 5,20 zł

Do Rewala – 78,5 zł (chyba, bo nie mogę znaleźć biletu)
Z Rewala – 45 zł

Jak wsiedliśmy do autobusu to gadaliśmy trochę, ale chwilę później poszłam spać. Tym razem bardzo dobrze mi się spało. Zdecydowanie wolę jechać na noc.

Jak przyjechaliśmy do Wrocławia to Pan P. stwierdził, że musi mnie odstawić pod sam dom. No to poszliśmy na nocny, ale oczywiście musieliśmy prawie godzinę na niego czekać. Rozrywkę zapewnił nam jeden pijany chłopak, który mimo że chodził tak jakby mu nogi przeszkadzały to przechodząc przez ulicę (po której nic nie jeździło oprócz nocnych autobusów i tramwajów) patrzył w obie strony czy nic nie jedzie. Potem przytulił się do znaku, chodził przy barierce jak małe dziecko, aż w końcu kleknął przy niej jak przy klęczniku w kościele i tak chwilę klęczał. Potem poszedł gdzieś tam za róg, albo raczej chciał pójść, bo się wywrócił i tak leżał chwilę. Całe szczęście, że ludzie pijani rzadko kiedy robią sobie krzywdę. Tak jakby alkohol zmiękczał kości – choć mam kolegę, który po pijaku poważnie wybił sobie łokieć i rano jak się obudził był bardzo zdziwiony skąd ma gips na łapie. No ale „kolega” wstał i znowu doszedł do krawężnika, popatrzył w dwie strony i przeszedł na drugą stronę. Ktoś bardzo wredny postawił mu na drodze barierki do przypinania rowerów. Więc przeszedł przez jedną barierkę, potem przez kolejną, przy której stał rower (jego też omijał górą) i poszedł dalej. Bardzo lubię takich ludzi. Są wtedy tacy szczerzy i zabawni. No chyba ze robią się natrętni… To wtedy już nie jest fajne…

Podjechał autobus, Pan P. odstawił mnie pod sam dom i pojechał do siebie. Niestety musiałam zbudzić kuzynkę, żeby mi drzwi otworzyła, ale zarz poszliśmy dalej spać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 24 sierpnia (sobota)

27 sie

Wstaliśmy rano, zjedliśmy rybkę i poszłam się myć. Wykąpałam się, umyłam włoski i niestety zapomniałam kremu więc musiałam wyjść do pokoju. Ubrałam strój i wyszłam. Od razu widziałam, że zwrócił na mnie uwagę. Weszłam z powrotem do łazienki i jak wyszłam to już w sukience (takiej do połowy uda) i w kręconych włosach (same mi się kręcą, ja tylko im trochę pomogłam pianką). Widziałam, że się na mnie cały czas patrzy jak ścieliłam łóżko, jak sprzątałam itd. Od tamtej pory zaczął się zachowywać zupełnie inaczej niż do tej pory.

Powtarzał, że ładnie wyglądam, że pasuje do mnie ta sukienka i cały czas się na mnie patrzył. Aż głupio mi było.

Zebraliśmy się i pojechaliśmy do Gryfic do weterynarza. Widziałam w autobusie, że cały czas patrzył się na moje nogi. Jak łaziliśmy po mieście to oczywiście z GPS’em, bo nam się trochę spieszyło i nie było czasu na błądzenie. Głupio mi było jak jacyś starsi panowie i dziadki się na mnie patrzyli. Panu P. stwierdził, że wystarczyło, że założyłam spódniczkę a już wszyscy zatrzymują się i puszczają na pasach. Jeden tekst mnie powalił:
- Mogłam wziąć te szpilki, ale może to i lepiej…
- Dobrze, że nie wzięłaś. Chcesz żebym patrzył na GPS, a nie tylko na Twoje nogi?
Ogólnie cały dzień powtarzał, że bardzo się zmieniłam itp.

Jak dotarliśmy do weterynarza to musieliśmy odstać swoje w kolejce. Jak weszłam okazało się, że trafiliśmy na dobrego weterynarza. Popatrzył Myśkowi do oka, bo drugie mu zaczęło ropieć. Dostał kropelki do tego oka i chyba mu od razu pomogło, bo zaczął je otwierać. Weterynarz powiedział żebym zwracała uwagę na to jakie ma trociny, bo do paczek ładują wszystko łącznie z pyłem, który jak kopie to wpada mu do oczu, nosa i uszu. Sianko powinno być takie, że jak się je weźmie to nie powinno się sypać, powinno pachnieć suszoną trawą,  nie stęchlizną i pleśnią.

Nie wiem skąd się to bierze, ale jak jest mi zimno to robię się gorąca, za to jak jest ciepło to jestem zimna i bardzo szybko się chłodzi mi skóra. Panu P. bardzo spodobał się ten stan. W autobusie się przytulał do moich rąk a zwłaszcza mu się podobało, że mógł dotykać mnie po nogach.

Po powrocie zostawiliśmy Myśka, przebrałam się i zjedliśmy trochę rybki.

Wyszliśmy nad morze i owszem podmyło mnie morze. Pan P. za wszelką cenę chciał mnie rozebrać wykorzystując do tego celu morze. Chwila przerwy na obiad i z powrotem nad morze. Zdjęłam spodnie, sukienkę i w samym stroju weszłam do morza. Zaczęło mnie zalewać. Na początku woda była zimna, ale potem już była cieplutka :) Dziwnie się na nas ludzie patrzyli jak wchodziliśmy do morza żeby się kąpać.

Jak już się zimno zrobiło poszliśmy na lody. Potem się przebrać, bo strój jednak trochę bardziej mi zmókł niż myślałam i jak założyłam sukienkę na mokry stanik to woda przeszła na sukienkę. Na zachód słońca już nie zdążyliśmy, ale poszliśmy się przejść po mieście.

Zgłodnieliśmy bardzo więc poszliśmy na kebaba. Tak wiem, że nie powinnam, ale dieta też miała urlop. Musieliśmy spróbować kebaba, do którego ustawiała się taka mega kolejka, o której byśmy koło niego nie szli. I tak szczerze mówiąc było warto :) Nie zjedliśmy całych. Zapakowaliśmy do plecaka na rano.

Po powrocie do pokoju jak Pan P. poszedł się myć zaczęłam ćwiczyć:

  • 5 serii x 20 brzuszków
  • 2 serie x 20 brzuszków w prawo + 20 brzuszków w lewo
  • 2 serie x 20 brzuszków na dolne partie brzucha
  • 1 seria x 20 pompek

 

A potem zasnęłam nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

***

Dziwnie było przez cały dzień słuchać komplementów, widzieć te jego spojrzenia. I to stwierdzenie „Jesteś jedyną dziewczyna, o której zmieniłem zdanie”. Stwierdził, że skoro nie może liczyć na nic więcej to chociaż mnie do stroju rozbierze… To było dziwne. Jak się poznaliśmy to, mimo że miał wtedy dziewczynę, powiedział, że nie jestem w jego typie… Mam nadzieję, że się we mnie nie zakocha…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Dzień pełen wrażeń

22 sie

Dzisiaj jest po prostu dzień pełen wrażeń… Pięknie się ten wyjazd zaczyna…

Rano jak wstałam i stanęłam na wadze bardzo sie ucieszyłam tym co zobaczyłam ;) w porównaniu do przed wczoraj (bo wczoraj zapomniałam sie zważyć) spadło 1,7 kg ;) to napawa optymizmem xD

Potem śniadanko, chwila leniuchowania i zebrałam sie do mista kupić buty i odebrać lapka od kolegi… Już miałam wchodzić, ale coś mnie tknęło żeby zajrzeć do chomika.

OSOBY WRAŻLIWE PROSZONE SĄ O PRZEJŚCIE DO KOLEJNEGO AKAPITU, PONIEWAŻ TO CO MUSZĘ NAPISAĆ NIE JEST MIŁE

Wczoraj jak wyjęłam chomika z klatki zauważyłam, że na grzbiecie ma jakieś malutkie ranki. Niektóre świeże niektóre już ze strupkami. Zauważyłam, że nie chce jeść dyni (ale stwierdziłam, że może mu się przejadła) i nie biegał w kółku od jakiegoś czasu. Bardzo się drapał i ogólnie był jakiś podejrzany. Tak więc dzisiaj stwierdziłam, że jeszcze przed wyjściem zajrze do niego. Wołam go a on nic… Zaczęłam delikatnie drapać w domek (bo to zawsze go wyciąga. Jest bardzo ciekawski), ale też nic. Zaczęłam się już martwić, że zdechł, ale jak go zaczęłam wołać to zaczął się powoli ruszać. Wystawił nosek i już wiedziałam, że coś iest nie tak. Był czerwono – pomarańczowo – brązowy a nie jak zawsze szaro – biało – różowy. Jak wyszedł całkiem to aż zaczęłam krzyczeć z przerażenia. Momentalnie stanęły mi łzy w oczach. To co zobaczyłam było przerażające. Mysiek miał pół pyszczka we krwi, wypłynęło mu oko, było całe czerwone z czarną plamą (źrenicą). Wyszłam z pokoju, bo nie mogłam na niego patrzeć i ryczałam. Usiadłam na podłodze, zadzwoniłam do Pana A. i ryczałam mu do słuchawki. Nie wiem co mnie podkusiło żeby do niego zadzwonić, ale był pierwszą osobą, o której pomyślałam. Powiedziałam co się stało i ciągle pytałam co mam robić. Powiedział żebym zawiozła Myśka do weterynarza, bo on mi nie wiele pomoże. No i w sumie miał racje. Nie wiele mi mógł pomóc. Znalazłam w internecie weterynarza. Okazało się, że dopiero za jakąś godzinę może nas przyjąć. Przyszykowałam Myśkowi transporter i zaczęłam go wołać żeby wyszedł, ale mój wcześniejszy krzyk go chyba tak wystraszył, że nie chciał wyjść. Dopiero słonecznik przekonał go do wyjścia. Pojechałam do miasta po buty, potem po lapka i do lekarza. W poczekalni czekając na swoją kolej spędziłam godzinę. Jak weszłam lekarz powiedział, że oko prędzej czy później będzie trzeba usunąć i że MOŻE przeżyje. Potem znowu musiałam chwilę poczekać. Jak następnym razem weszłam to diagnoza już nie była tak drastyczna. Weterynarz powiedział, że może jednak uda się uratować oko, bo jeszcze nie jest martwe. Dałmu 2 zastrzyki znieczulające a potem wziął go na stół zabiegowy. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Okazało się, że zaszył mu oko żeby nie wyschło i jak opuchlizna zejdzie to za 3 – 5 dni przyjść ściągnąć szwy. Dostał antybiotyk w zastrzyku i jeszcze jutro i po jutrze będę musiała z nim iść.

Tak jak dziś rano to już dawno się nie wystraszyłam i nie martwiłam. Jeśli w ogóle… U weterynarza siedziałam 2h i jak wróciłam to miałam tylko 2h na ogarnięcie się. Spakowanie, posprzątanie, zjedzenie… Wszystko… Jeszcze zastanawiałam się co z Myśkiem zrobić – czy wziąć go ze sobą nad morze czy zostawić mamie. Ale mama pwiedziała, że o ile jutro mogła by z nim iść na zastrzyk to w sobotę pracuje w czasie kiedy przyjmuje weterynarz. Poza tym ja po powrocie z nadmorza będę szukać mieszkania, we wtorek ortodonta… Więc nie miałabym jak wrócić po Myśka żeby iść z jim na ściągnięcie szwów. Musiałam więc go wziąć ze sobą… Na razie ciągle śpi – już jakieś 4,5h :( mam nadzieję, że jak się obudzi to wszystko będzie w porządku :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie