RSS
 

Notki z tagiem ‘dietetyk’

Samodzielny początek

04 lip

Ponieważ wkurza mnie, że w tych wszystkich dietach układanych przez aplikacje codziennie jest coś innego do jedzenia, a te produkty, które kupiłam i zużyłam troszkę muszę wyrzucić, bo nie mam do czego użyć.

Postanowiłam sama ułożyć swój plan żywienia.

Wiedziałam, że nie będzie lekko, ale nie wiedziałam będzie aż tak trudno.
Zaczęłam czytać co i jak i wyszło mi tak:

  1. Zaczęłam od zważenia się (jak codzień). Wiadomo chce schudnąć – to mój cel.
  2. Aby obliczyć dzienne zapotrzebowanie energetyczne korzystałam ze wzoru:
    [waga] x 24 x 0,9 = PPM (podstawowa przemiana materii)
    PPM x [aktywmność] = CPM (całkowita przemiana materii)
    aktywność:
    * 1 – brak ćwiczeń, praca siedząca;
    * 1,1 – 1,2 – lekkie ćwiczenia + praca siedząca;
    * 1,3 – 1,4 – codzienne intensywne ćwiczenia + praca „na nogach”;
    * 1,5 – codzienne ćwiczenia + praca fizyczna;
  3. Po obliczeniu CPM wiem ile powinnam spożywać kcal dziennie. Ale skoro chcę schudnąć to muszę spożywać trochę mniej. Dlatego odjęłam na pierwszy tydzień 500kcal, a z czasem trochę mniej (dokładnie opiszę później). Oczywiście jeśli ktoś chce przytyć to analogicznie musi dodać max 500kcal, bo inaczej organizm zacznie wariować. Jeśli za dużo mu się odejmie to zamiast spalać – będzie odkładać „na czarną godzinę”. A jeśli w drugą stronę – za dużo się doda to organizm nie będzie w stanie tego spalić ani przerobić na mięśnie. Po prostu zamieni w tłuszcz a przecież nie o to chodzi ;) Więc z głową :)
  4. Wiem już ile powinno być kcal, ale sama energia to nie wszystko. Organizm do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje zbilansowania węglowodanów, tłuszczy i białka.
    W skrócie:
    * węglowodany – cukry, które dostarczają energii (55% – 60%);
    * tłuszcze – pomagają przyswajać witaminy i składniki mineralne (25% – 30%);
    * białko – wpływa na poprawne trawienie i przemianę materii, buduje organizm (13% – 15%);
    Wiadomo – suma składników musi się równać 100%. Ja zastosowałam taki rozkład:
    węglowodany – 57,5%;
    tłuszcze – 27,5%;
    białko – 15%;
  5. Teraz jak już wiadomo ile kcal dla danej składowej przydałoby się je przeliczyć na [g], bo tak jest podawane na opakowaniach.
    węglowodany: 1g = 4kcal;
    tłuszcz: 1g = 9kcal;
    białko: 1g = 4kcal;
    Prosta matematyka – jeśli mamy np. 210kcal białka
    białko: 210 : 4 = 52,5g

    [Ok :) Trochę obliczeń, lecz to jeszcze nie koniec :) ale spokojnie już końcówka.]

  6. No to teraz mamy ilość kcal na cały dzień, białka [g], węglowodanów [g] i tłuszczy [g]. Ale jak to rozłożyć?
    Ja jem 5 posiłków:
    śniadanie – 25%;
    II śniadanie – 10%;
    obiad – 35%;
    podwieczorek – 10%;
    kolacja – 20%;
    Wszystkie wartości należy policzyć procentowo.

Jeśli ktoś przebrnął do tego miejsca to już wszystkie obliczenia! ;)

Moje obliczenia (Excel jest tu bardzo pomocny):

  1. Żeby obliczyć kaloryczność rozpisałam sobie tygodnie do kiedy chce się uporać z kilogramami.
  2. Policzyłam sobie ile powinnam ważyć na koniec każdego tygodnia, żeby w wyznaczonym czasie dojść do celu.
  3. Dla danej wagi policzyłam sobie wszystkie wartości według wzoru opisanego wyżej. Myślicie dużo liczenia? Dlatego użyłam w tym celu arkusza kalkulacyjnego ;)
    Kończąc to co zaczęłam – jeśli chodzi o odejmowanie wartości kcal – zaczęłam od odjęcia 500kcal. Następnie: policzyłam sobie 500 : [liczba tygodni] a następnie w każdym tygodniu odejmowałam o jedną wartość mniej. Przykład:
    500 : 40 = 12,5
    I tydzień: CMP – (12,5 * 40);
    II tydzień: CMP – (12,5 * 39) – oczywiście CMP jest odpowiednio przeliczone dla planowanej wagi pod koniec tygodnia;
    plan kcal
  4. Następnie dla pierwszego tygodnia zaczęłam układać jadłospis. Tu też arkusz jest bardzo przydatny ;)
    Zrobiłam sobie tabelkę tak, żeby wpisywać co ile ma, ilość, a to ile wartości jest w danym posiłku samo się przelicza.
    [wypełniam tylko żółte pola]
    jadłospis

Wiem wygląda strasznie… I na początku nie ukrywam jest. Trudno dobrać składniki tak żeby zbilansować wszystkie składowe. Mam jednak nadzieję, że uda mi się wszystko tak ułożyć, że będzie waga spadać i centymetry :D Żeby było łatwiej tworzę sobie tabelę kaloryczności (dla 100g/ml) i będzie tylko „kopiuj – wklej” i dobranie ilości xD

Życzcie mi powodzenia :) Obiecuję, że dam znać co i jak :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą, Zdrowie

 

Wieści dobre i złe

27 mar

Żeby zakończyć pozytywnie to zacznę od wieści złych:

  1. Kiepsko mi idzie z dietą… Tyle rzeczy zabronionych, a tyle rzeczy kusi. Dużo łatwiej gdy ktoś z kim jesz też się jej trzyma, a tu? Żadna z osób, z którymi się spotykam nie trzyma się tego… I choć gdy odmówię czegoś czego mi nie wolno to wewnątrz jest ogromna satysfakcja, to coraz trudniej to robić, gdy coraz bardziej się chce… Im więcej czytam o tej diecie, tym więcej rzeczy mi nie wolno… To okropne!
  2. Mimo że w tym semestrze nie ma zbyt dużo roboty w sensie, że trzeba się skupić na 3 rzeczach i to wszystko – tylko, że nie mam do tego weny… Masakra jakaś.
  3. 3 laboratoria z sieci były takie lajtowe – prowadzący w sumie sam nie ogarnia co się wokół niego dzieje, a co dopiero na zajęciach. Cały kurs mamy przez neta – wykupiony przez uczelnię kurs Cisco. Na wczorajsze zajęcia też przyszliśmy tak lajtowo, a tu powiało grozą…
    „Będę was pytać! Przychodzicie na zajęcia tak z marszu, nic nie czytacie, przeszkadzacie sobie nawzajem. Z dzisiejszych zajęć ma być pełne sprawozdanie, jeśli ktoś nie skończy to ma odrobić te zajęcia. Olewacie sobie ten kurs. Nigdzie nie jest powiedziane, że każdy ma zdać.”
    Oczywiście nikt nie wiedział co jak i kiedy, a gościu też nie potrafi wytłumaczyć… Zasłania się oczywiście tym, że wszystko jest w instrukcji, ale instrukcja po angielsku, nie wszystko jasne jak się czyta po polsku a co dopiero po angielsku… kompy tez nie do końca działają tak jak powinny… Porażka…

 

A teraz tak z pozytywnych rzeczy:

  1. Udało mi się przepisać ocenę z projektu – piękne 4,5. Teraz mogę się skupić na innych rzeczach – teoretycznie…
  2. Kolejna nominacja do Liebster Blog Awards od PaalCia. Dziękuję bardzo ;)
    Odpowiedzi na pytania w poście Liebster Blog Award
  3. … i to chyba na tyle.
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Kolejne zmiany w wyglądzie

16 mar

Dzisiaj położyłam się na łóżku z zamiarem zdrzemnięcia się chwilę i pierwszy raz w sumie zauważyłam jak bardzo zaczynają mi wystawać kości biodrowe xD według cm nie jestem w połowie, a nawet mam wrażenie, że cm mnie oszukuje, bo ciągle trzyma się jednej miary a tu… jak stoję przed lustrem to tez widać znaczną różnicę w budowie brzucha. Nie jest wydęty, ale robi się tak ładnie wklęsły z obu stron :) Najwyższy czas wrócić do ćwiczeń. W końcu do wakacji zostało już tylko 106 dni… To nie wiele patrząc na to jak mi idzie, ale doradca żywieniowy stwierdził, że jest to spokojnie wykonalne. Skoro jest to wykonalne i nie wymaga to jakichś chińskich kombinacji to dam radę!! Muszę dać.

Muszę się przyznać – moja ochota na zabronione rzeczy wygrała.

Nigdy jakoś specjalnie nie brakowało mi jedzenia mięsa. Jadłam je bardzo rzadko, ryby tak samo. A teraz kiedy mi nie wolno tak bardzo mi się chciało… W piątek obudziłam się z myślą – „Rany jak mi się chce kotletów mielonych!!” – ale rano udało mi się powstrzymać przed wyjęciem ich z zamrażarki i odgrzaniem ich. Pojechałam z koleżanką na cotygodniowe zakupy i ona oczywiście brała mięso… górę mięsa, choć i tak mało jak na nią.

- A… chce mi się kotletów mielonych…
- Przecież nie masz.
- Mam w zamrażarce. Mojej mamusi…
- Nie wolno Ci.
- Ale mi się chce.
- Nie.
- Przyjdę do domu i sobie zrobię.
- Nie możesz
- Ale ja chce…

Przez moment jak rozmawiałyśmy czułam się jak małe dziecko, któremu mama nie pozwala wziąć cukierka. To musiało dziwnie wyglądać jak tak gadałyśmy no bo kto słyszał kiedyś, żeby zabraniać zjeść kotleta…

Wróciłam do domu i nie wytrzymałam… Wyjęłam z zamrażarki kotlety, pokroiłam ziemniaczki w plasterki, ułożyłam na blaszce i zapiekłam… Jakie to było dobre… Rany… już dawno mi tak kotlety nie smakowały!

 

Nowa dieta – motywacja rośnie

14 mar

Ze względu na zły stan zdrowia musiałam przejść na dietę bezglutenową. Jestem na niej od niedzieli, czyli już 5 dni.

Byłam u lekarza internisty i przy rutynowych badaniach po naciskała mi na brzuch. Gdzie by nie nacisnęła to bolało. Stwierdził, że mam podrażniony żołądek i jelita i żebym spróbowała na 2 – 3 miesiące przejść na dietę bezglutenową. Na następny dzień byłam u doradcy żywieniowego. Dobrze się złożyło z tymi wizytami. Stwierdził, że skoro nie toleruję mleka to mam odstawić też wszystkie produkty mleczne – sery, jogurty – a także produkty pochodzenia zwierzęcego – mięso, jajka, ryby. Z racji zawartości glutenu muszę odstawić wszystkie produkty zbożowe – chleb, makaron, wszystko co z normalnej mąki. Jeśli chodzi o czas posiłków to tez zmienił moje myślenie. Stwierdził, że uczucie głodu to najlepszy przyjaciel, gdy jest się na diecie. Jeśli odczuwa się głód to znaczy, że organizm chce pożywienia i że wszytko strawił. Nawet jeśli oznacza to jedzenie 1 – 2 razy dziennie. Jeśli nie czuję głodu to póki nie jest to chorobliwe to jest ok. i nie muszę pilnować pór posiłków.

Jedyne więc co pozostaje mi do jedzenia to:

  • produkty zbożowe: ryż i kasza, produkty z mąki kukurydzianej lub ryżowej;
  • tłuszcze: masło, olej roślinny, oliwa z oliwek;
  • owoce, warzywa: wszystkie;
  • ziarna: orzechy, słonecznik, dynia;
  • słodycze: miód, dżem, ciastka i ciasta oznaczone jako bezglutenowe;
  • napoje: herbata, kawa naturalna, soki owocowe, woda, kompoty;
  • przyprawy: sól, pieprz ziołowy, przyprawy jednoskładnikowe, ocet, bezglutenowy sos sojowy;
  • inne: proszek do pieczenia bezglutenowy, soda oczyszczona, draże;

 

Ewentualnie, jeśli nie mają glutenu i nie są pochodzenia zwierzęcego:

  • produkty zbożowe: płatki kukurydziane;
  • tłuszcze: majonez, gotowe sosy;
  • owoce, warzywa: suszone owoce, produkty warzywne przetworzone;
  • słodycze: żelki, nadziewane cukierki, batony, gotowe budynie, czekolada, czekoladki, chipsy, cukier waniliowy;
  • napoje: kawa rozpuszczalna, napoje owocowo – warzywne;
  • przyprawy: mieszanki przypraw, kostki bulionowe, ketchupy, sosy w proszku, gotowe sosy
  • inne: leki i suplementy diety, niektóre aromaty;

 

Całkowicie zabronione:

  • pszenica, przenżyto, jęczmień, żyto, zwykły owies, kuskus;
  • mięso, ryby, jaja (z powodu nie tolerancji laktozy)
  • produkty mleczne (z powodu nie tolerancji laktozy)
  • tłuszcze: olej z kiełków pszenicy;
  • owoce, warzywa: warzywa panierowane, warzywa z tartą bułką;
  • słodycze: ciasta i ciastka upieczone z mąk zawierających gluten lub zwykłych proszków do pieczenia, zawierające słód jęczmienny;
  • napoje: kawa zbożowa, kakao owsiane, napoje słodzone słodem jęczmiennym, piwo;
  • przyprawy: zwykły sos sojowy;
  • inne: zwykły proszek do pieczenia, zwykłe komunikanty;

Przez pierwsze dwa dni ciągle chodziłam głodna i myślałam co mogę zjeść. Było cholernie ciężko. Potem jak już się zaczęłam przyzwyczajać było ok. Jeden minus jest taki, że do dosyć droga dieta. Warzywa i owoce robią się tańsze, ale i tak dużo kasy na to schodzi. Aby potwierdzić tą diagnozę – celiakię – wykonywane są badania, ale nie wiem czy są one konieczne. Jak tylko zjem, albo wybije coś niedozwolonego od razu zaczyna boleć mnie brzuch. Wczoraj na wyjeździe zjadłam czekoladę – bardzo źle się to skończyło. Dostałam skurczów podbrzusza i to bardzo, bardzo bolesnych. Gorzej niż okres… To nie było fajne. Tak samo było jak napiłam się piwa… kilka łyczków – to był duży błąd.

Na diecie złożonej z samych warzyw i owoców szybko waga powinna spaść ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Praca nad sobą, Zdrowie

 

Kroki

27 wrz

Moje kroki walki o samą siebie:

  1. Zmiana nawyków żywieniowych
    Jeść 5 razy dziennie. Częściej a mniej.
    Coraz lepiej mi to wychodzi. Staram się pilnować pory posiłków, zwracać uwagę na to co jem i w jakiej ilości;
  2. Ograniczyć do minimum słodycze
    Staram się jak mogę. Zamiast czekolady jem owoce, warzywa, miód. Choć czasem się skuszę na ciasto, czy kawałek czekolady. Ale to tylko czasem. W sklepie staram się ćwiczyć silną wolę i nie poddać się zachciance;
  3. Dużo pić
    Starać się dziennie wypić minimum 1,5 l czystej wody i przynajmniej 0,5 l zielonej herbaty, która oczyszcza organizm.
    Z piciem wody jest ten problem, że nie potrafię w siebie wmusić aż takiej ilości. Prawdę mówiąc powinnam pić około 2 – 2,5 l dziennie, a ja nawet 1,5 nie potrafię. Ale dzisiaj już jestem bliska osiągnięcia sukcesu – 2 l wody. No i 1,5 l herbaty miętowej. Co prawda miała być zielona, no ale ważne żeby uzupełniać płyny. Ile można pić zieloną herbatę?
  4. Ćwiczyć
    Codziennie ćwiczyć. Po trochę, ale ćwiczyć
    Od jakiegoś czasu staram się codziennie robić brzuszki, jakieś ćwiczenia, trochę jogi. Ostatnio przez kilka dni nie byłam w stanie, bo albo byłam zbyt zmęczona przeprowadzką, albo chorobą, ale staram się;
  5. Pójść do dietetyka – wykonane
    Po radę odnośnie odchudzania, jak się odżywiać itd.
    Poszłam pod koniec sierpnia. Szczerze to trochę się wstydziłam… nie wiem czego ale się wstydziłam – jednak w końcu się przemogłam i poszłam. Zmierzyła mnie, zważyła i w ogóle. Wyszło, że mam bardzo dużo do poprawy (jakbym sama tego nie wiedziała). Mam dużo za dużo wody w organizmie – muszę więcej pić. Taki paradoks – żeby się pozbyć wody z organizmu to muszę jej jeszcze więcej w siebie wlewać… Chodzi o to, że jeśli za mało pijemy to organizm odkłada tą wodę żeby się nie odwodnić. Niestety wraz z wodą odkładają się też toksyny, które są dla nas szkodliwe. Dlatego
  6. Zapisać się na siłownię – wykonane
    Pod okiem trenera ćwiczyć i pracować nad tym co konieczne. Dzisiaj byłam na pierwszym treningu. Niestety nie stać mnie na to żeby mieć trenera przy sobie choćby przez miesiąc, ale postaram się wygrzebać kasę na 3 treningi. Pokarze mi co i jak mam ćwiczyć… Wiem, że może nie będę robić wszystkiego (bo dzisiaj gdyby nade mną nie stał i nie powtarzał, że mam ćwiczyć, mam ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć to pewnie połowy bym nie zrobiła z tego co mi kazał… Wszystko mnie zaczynało boleć, a jak już przestało to byłam tak zmęczona, że już mi się nic nie chciało… ale stał nade mną i pilnował żebym ćwiczyła), ale postaram się zrobić najwięcej jak to jest możliwe… Mam cel. Jasno wytyczony. Będę do niego dążyć z pomocą… czy bez!
  7. Nie poddać się
    Dzisiaj wyszła sytuacja, która nie powiem… złamała mnie. Uświadomiła mi mi bardzo ważną rzecz – oszukiwałam się przez ostatnie pół roku… Chyba na zawsze straciłam osobę dzięki, której tak właściwie wszystko się zaczęło. Która była moim motorem… Teraz już tego motoru nie ma… Ale nie poddam się. Z pomocą czy bez będę walczyć! Zrobię to dla samej siebie, dla lepszego samopoczucia, dla lepszego życia… Może w końcu znajdę kogoś komu spodobam się taka jaka jestem… Bez żadnego ale… Kto nie będzie chciał mnie zmieniać i pokocha mnie taką jaka jestem…
    Ale póki co? Walczę!! WALCZĘ I SIĘ NIE PODDAM!!

 

DOPÓKI WALCZYSZ JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ!! 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Powrót do rzeczywistości – 24 sierpnia (sobota)

27 sie

Wstaliśmy rano, zjedliśmy rybkę i poszłam się myć. Wykąpałam się, umyłam włoski i niestety zapomniałam kremu więc musiałam wyjść do pokoju. Ubrałam strój i wyszłam. Od razu widziałam, że zwrócił na mnie uwagę. Weszłam z powrotem do łazienki i jak wyszłam to już w sukience (takiej do połowy uda) i w kręconych włosach (same mi się kręcą, ja tylko im trochę pomogłam pianką). Widziałam, że się na mnie cały czas patrzy jak ścieliłam łóżko, jak sprzątałam itd. Od tamtej pory zaczął się zachowywać zupełnie inaczej niż do tej pory.

Powtarzał, że ładnie wyglądam, że pasuje do mnie ta sukienka i cały czas się na mnie patrzył. Aż głupio mi było.

Zebraliśmy się i pojechaliśmy do Gryfic do weterynarza. Widziałam w autobusie, że cały czas patrzył się na moje nogi. Jak łaziliśmy po mieście to oczywiście z GPS’em, bo nam się trochę spieszyło i nie było czasu na błądzenie. Głupio mi było jak jacyś starsi panowie i dziadki się na mnie patrzyli. Panu P. stwierdził, że wystarczyło, że założyłam spódniczkę a już wszyscy zatrzymują się i puszczają na pasach. Jeden tekst mnie powalił:
- Mogłam wziąć te szpilki, ale może to i lepiej…
- Dobrze, że nie wzięłaś. Chcesz żebym patrzył na GPS, a nie tylko na Twoje nogi?
Ogólnie cały dzień powtarzał, że bardzo się zmieniłam itp.

Jak dotarliśmy do weterynarza to musieliśmy odstać swoje w kolejce. Jak weszłam okazało się, że trafiliśmy na dobrego weterynarza. Popatrzył Myśkowi do oka, bo drugie mu zaczęło ropieć. Dostał kropelki do tego oka i chyba mu od razu pomogło, bo zaczął je otwierać. Weterynarz powiedział żebym zwracała uwagę na to jakie ma trociny, bo do paczek ładują wszystko łącznie z pyłem, który jak kopie to wpada mu do oczu, nosa i uszu. Sianko powinno być takie, że jak się je weźmie to nie powinno się sypać, powinno pachnieć suszoną trawą,  nie stęchlizną i pleśnią.

Nie wiem skąd się to bierze, ale jak jest mi zimno to robię się gorąca, za to jak jest ciepło to jestem zimna i bardzo szybko się chłodzi mi skóra. Panu P. bardzo spodobał się ten stan. W autobusie się przytulał do moich rąk a zwłaszcza mu się podobało, że mógł dotykać mnie po nogach.

Po powrocie zostawiliśmy Myśka, przebrałam się i zjedliśmy trochę rybki.

Wyszliśmy nad morze i owszem podmyło mnie morze. Pan P. za wszelką cenę chciał mnie rozebrać wykorzystując do tego celu morze. Chwila przerwy na obiad i z powrotem nad morze. Zdjęłam spodnie, sukienkę i w samym stroju weszłam do morza. Zaczęło mnie zalewać. Na początku woda była zimna, ale potem już była cieplutka :) Dziwnie się na nas ludzie patrzyli jak wchodziliśmy do morza żeby się kąpać.

Jak już się zimno zrobiło poszliśmy na lody. Potem się przebrać, bo strój jednak trochę bardziej mi zmókł niż myślałam i jak założyłam sukienkę na mokry stanik to woda przeszła na sukienkę. Na zachód słońca już nie zdążyliśmy, ale poszliśmy się przejść po mieście.

Zgłodnieliśmy bardzo więc poszliśmy na kebaba. Tak wiem, że nie powinnam, ale dieta też miała urlop. Musieliśmy spróbować kebaba, do którego ustawiała się taka mega kolejka, o której byśmy koło niego nie szli. I tak szczerze mówiąc było warto :) Nie zjedliśmy całych. Zapakowaliśmy do plecaka na rano.

Po powrocie do pokoju jak Pan P. poszedł się myć zaczęłam ćwiczyć:

  • 5 serii x 20 brzuszków
  • 2 serie x 20 brzuszków w prawo + 20 brzuszków w lewo
  • 2 serie x 20 brzuszków na dolne partie brzucha
  • 1 seria x 20 pompek

 

A potem zasnęłam nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

***

Dziwnie było przez cały dzień słuchać komplementów, widzieć te jego spojrzenia. I to stwierdzenie „Jesteś jedyną dziewczyna, o której zmieniłem zdanie”. Stwierdził, że skoro nie może liczyć na nic więcej to chociaż mnie do stroju rozbierze… To było dziwne. Jak się poznaliśmy to, mimo że miał wtedy dziewczynę, powiedział, że nie jestem w jego typie… Mam nadzieję, że się we mnie nie zakocha…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 23 sierpnia (piątek)

27 sie

Rano pobudka o 3:30. Wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam herbatkę zieloną i w drogę.

Spotkałam się z przyjacielem koło pks’u i poszliśmy na przystanek. Czekamy, czekamy a autobusu jak nie było tak nie ma. Przez całą drogę porannym autobusem zastanawiałam się czy to nie jest przypadkiem autobus z rezerwacjami, ale stwierdziłam, że bez przesady – aż tyle osób nie będzie jechać, żeby już biletów nie było. Okazało się, że bez zrobienia rezerwacji autobus nie przyjechał… Poszliśmy wiec na pks, bo stamtąd mieliśmy kolejny autobus. Nim już udało się pojechać. Jednak na tym wrażenie się nie skończyły. Tuż przed Zieloną Górą zatrzymała nas inspekcja transportu drogowego i wyrywkowo sprawdzili nasz autobus… Na szczęście nie trwało to wieki. Z niewielki opóźnieniem (prawie żadnym, bo jakieś 4 – 5 minut) dojechaliśmy na miejsce. Po drodze na kwaterę jeszcze szukaliśmy weterynarza, ale okazało się, że google maps kłamało i weterynarz nie był w Rewalu tylko w wiosce oddalonej o 7 km, gdzie i tak nikt nie odbierał.

Ponieważ był już za późno żeby gdziekolwiek iść zostawiliśmy bagaże, zjedliśmy obiadek (zupka chińska), dałam trochę pić Myśkowi i poszliśmy przywitać się z morzem.

Połaziliśmy trochę brzegiem morza mocząc nogi, potem suszyliśmy je w piasku. Fajnie cieplutko było. Kupiliśmy rybcię wędzoną i poszliśmy zjeść kolację. Po drodze jeszcze wstąpiliśmy po bobo frut dla Myśka i strzykawkę.

Wzięłam trochę deserku do strzykawki i dałam Myśkowi. Zjadł niewiele, ale od razu było widać, że odżył. Zaczął chodzić po klatce, nawet w kółku pobiegał :) bardzo pocieszający był ten fakt. Zjedliśmy rybcię, przebraliśmy się i na zachód słońca.

Zdjęcia z zachodu w poprzednim poście ;)

Potem jeszcze pyszne lody i do domu spać. Byłam tak wykończona, że nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 22 sierpnia (czwartek)

27 sie

Wiem, że miałam pisać codziennie, ale wakacje na to nie pozwoliły. Po prostu nie było czasu.

Więc nadrabiam :)

 ***

Po przyjeździe do Wrocławia miałam wizytę u dietetyka. Zrobiła wywiad, poważyła, pomierzyła i podała wyniki. O ile mam nad czym pracować w kwestii poziomu tkanki tłuszczowej to bardziej chodzi o problem z wodą. Mam prawie 2 razy więcej niż tłuszczu. I to właśnie na ty muszę się najbardziej skupić. O ile konsultacja była darmowa to żeby być pod jej opieką, dostawać plan żywieniowy i suplementy pomagające zrzucić zbędne kilogramy musiałabym miesięcznie płacić ok 400 – 500 zł za wizyty. Jak mi ciocia powiedziała – bo też przez jakiś czas była pod opieką tej sieci dietetyków – to tylko wizyty średnio 450 zł, a z żywieniem tak jak jest w tym planie itd. wychodzi ok. 700 – 800 zł. Nie stać mnie na to. Zwłaszcza, że jeszcze miałam się zapisać na jakieś ćwiczenia.

Rozmawiałam z ciocią, bo ona też rozpoczęła pracę nad sobą, jakie tabletki bierze, bo kiedyś jej kupowałam. Ale powiedziała żebym najpierw spróbowała:

  • Pić codziennie 0,5l zielonej i/lub czerwonej herbaty
  • Jeść arbuza tyle, że z nim też trzeba uważać, bo ma dużo cukru
  • Pić co najmniej 2l wody dziennie
  • Owoce jeść jakoś do 16. 

 

Powiedziała, że jeśli będę się tego stosować przez kilka dni to gwarantuje mi, że będę musiała wstawać w nocy siku. To mi pomoże oczyścić organizm z nadmiaru wody a tym samym z toksyn. Mam nadzieję, że się uda :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie