RSS
 

Notki z tagiem ‘chomik’

Uciekinier uwięziony na dobre

22 wrz

Końcem sierpnia mój chomik wybrał się na wycieczkę po moim pokoju. Poszukiwania tak mnie rozbudziły, że nawet napisałam a’la artykuł:

Uciekinier za kratkami! 25 sierpień 2016 04:03

Dosłownie przed chwilą zakończyła się akcja poszukiwawcza zbiegłego chomika P. Przyczyny ucieczki nie są znane. Dzisiejszej nocy chomik P. otworzył drzwi klatki, a następnie zeskoczył na łóżko. Obudził swoją właścicielkę i zbiegł z miejsca chowając się za torba od laptopa stojącą na ziemi.

- Byłam w takim szoku, że przez moment nie wiedziałam o co chodzi. Jednak gdy zobaczyłam maleńką postać uciekającą z łóżka wiedziałam, że to będzie długa noc. – powiedziała naszemu komentatorowi właścicielka zbiega.

Po odsunięciu polowy mebli udało się namierzyć uciekiniera za łóżkiem jednak zanim śledczy dotarł na miejsce poszukiwany dosłownie się rozpłynął. Jego szare ubarwienie pomogło mu w ukryciu się w cieniu mebli. Po prawie godzinie oczekiwania i nasłuchiwania – chomik P. wyszedł ze swojej kryjówki spod jednej z szaf. Jednak po krótkiej chwili ukrył się ponownie. Zdradziła go jego ulubiona przekąska w postaci słonecznika rozłożona w pokoju. Po krótkiej akcji udało się złapać zbiega i umieścić go w klatce. Chomik P. za ucieczkę otrzymał karę dodatkowego zabezpieczenia drzwi klatki w postaci klipsa do papieru.

Niestety nie jest to pierwsza tego typu ucieczka. Wtorkowej nocy chomik P. również opuścił teren klatki. Został schwytany na próbie wygryzienia dziury w swoim pudelku transportowym stojącym na klatce. Wtedy jednak nie wprowadzono dodatkowych zabezpieczeń. Trwa sprzątanie pokoju i ustawianie mebli na miejsce.

Od tamtej pory co noc chomik mnie budzi próbując wydostać się z klatki. Klips niestety mimo dobrej ochrony bardzo hałasował. Chomik się do niego dopadał i uderzał nim o klatkę. Teraz zaplatam druciany spinacz do papieru, żeby nie mógł otworzyć drzwiczek. W kwietniu czy maju kupowałam nową klatkę i do tej pory wyglądała jak nowa. Teraz drzwiczki nie mają farby na połowie szczebelków… Zmieniałam klatkę, bo była pogryziona i pordzewiała od mycia. A teraz znowu jest to samo. I nie pomaga wyciąganie go wieczorem (po 21) żeby sobie pobiegał po pokoju czy po rękach. Nie wytrzymałam nerwowo, bo co noc budził mnie między 2-4, a chodzę do pracy i wstaje po 6. Zaczęłam go na noc przekładać do pudełka transportowego. Ma tam jedzenie, poidełko, kółko i domek. Czasem robię to przed snem, a jak śpi to jak mnie obudzi w nocy… Teraz nie wytrzymałam nerwowo (bo po prostu szkoda mi jego zdrowia – jednak trochę tej farby zjada) i wyjęłam ubrania z pudła. Włożyłam do niego jego domek, kulkę (taką na stelażu), wodę i kolbę. Pudełko jest na tyle wysokie, że nie wyjdzie więc jest bez pokrywki. Mam nadzieję, że to coś pomoże, a przynajmniej przez jakiś czas nie będę widzieć jak je farbę. Na dzień będę go przekładać do klatki, bo jednak ma tam trochę atrakcji – rurkę (żeby wchodzić na pięterko), drewnianą rurkę z czterema wyjściami po bokach, hamak i kołowrotek. No i dużo trocin, więc może sobie kopać. Jak będę w pracy to przynajmniej nie będzie mnie boleć jak będę gryzł, a przecież i tak powinien spać.

Kurcze… pierwszy raz mam taki problem. Raz mi jeden chomik nawiał, ale to z pudełka transportowego w nocy jak byłam w domu. Też przyszedł do mnie do łóżka i obudził mnie drapiąc w ucho. Nie boje się, że mi pogryzie kable czy meble, bo do tej pory nawet w klatce nic nie gryzł. Chodzi o to, że może gdzieś wleźć za szafę i nie wyjść, albo uciec szczeliną pod drzwiami i szukaj wiatru w polu… Z resztą… ma siedzieć w klatce, albo się bawić jak go wypuszczam – albo biega sobie po mnie i łóżku, albo w kulce po pokoju. Jakiś pomysł jak go uspokoić i zachęcić do siedzenia w klatce?

Może kiedyś będzie lepiej… ale na razie będzie siedzieć w pudełku…

 

Dopóki nas śmierć nie rozłączy

30 sie

Oto mój Mysiulek.

Od zawsze chciałam mieć chomika, ale mój tato nigdy nie chciał się zgodzić. Wychowywał się w domu na wsi i miał po dziurki w nosie myszy. Tak wiem, że chomik to nie mysz, ale gryzoń.

W zeszłe wakacje, praktycznie przez 2,5 miesiąca byłam sama w ogromnym mieszkaniu. Idzie oszaleć w takiej ciszy. Od wakacji zaczęły się spełniać moje marzenia.

  • Dostałam się na studia – na kierunek, który chciałam.
  • Dostałam od właścicieli zgodę na pomalowanie pokoju na zielono. Od zawsze chciałam mieszkać w zielonym pokoju. Sama kupiłam farby, pędzle i wszystko potrzebne do malowania. Ze znajomymi pomalowałam na biało (obwódki wokoło okna, drzwi, pasek przy suficie i sufit) – zielono (ściany). Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.
  • 6 sierpnia ok. godziny 15 pojechałam do sklepu zoologicznego i kupiłam chomiczka razem ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami – klatką, miską, ściółką i siankiem.

 

Był wyjątkowym chomikiem. Nikogo się nie bał, nikogo nigdy nie ugryzł. Szedł do wszystkich. Skakał z przeróżnych wysokości i nigdy nic mu nie było.

Wielki podróżnik. Był we Wrocławiu u kilku osób, był u mnie, u babci, u Pana A. pod Katowicami. Teraz był ze mną nawet nad morzem. Zwiedził trochę świata, poznał wielu ludzi.

Niestety zdechł we wtorek 27 sierpnia. Miałam go rok i 21 dni.

Było mi smutno – jak zawsze gdy się traci przyjaciela, ale w sumie dobrze się stało. Tak strasznie się męczył.  Cholernie było mi go szkoda jak widziałam, jak chodził, nie jadł, nie pił… Przewracał się na wszystkie strony. Lepiej, że się tak stało. Przynajmniej się już nie męczy.

Zakopałam go w ogródku. Kuzynka się śmieje, że to rodzinny – zwierzęcy cmentarz. Zakopane tam są 2 moje papużki a teraz i on.

Wszyscy się zastanawiają co teraz. Czy kupię sobie nowego chomika? Tak. Bardzo się przyzwyczaiłam że jest, że w razie czego mam z kim pogadać. Wiem może to wyda się wam głupie, ale te zwierzęta naprawdę są mądre. Wiedzą, co się do nich mówi. Wszystko rozumieją i wbrew pozorom da się je wytresować :)

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 24 sierpnia (sobota)

27 sie

Wstaliśmy rano, zjedliśmy rybkę i poszłam się myć. Wykąpałam się, umyłam włoski i niestety zapomniałam kremu więc musiałam wyjść do pokoju. Ubrałam strój i wyszłam. Od razu widziałam, że zwrócił na mnie uwagę. Weszłam z powrotem do łazienki i jak wyszłam to już w sukience (takiej do połowy uda) i w kręconych włosach (same mi się kręcą, ja tylko im trochę pomogłam pianką). Widziałam, że się na mnie cały czas patrzy jak ścieliłam łóżko, jak sprzątałam itd. Od tamtej pory zaczął się zachowywać zupełnie inaczej niż do tej pory.

Powtarzał, że ładnie wyglądam, że pasuje do mnie ta sukienka i cały czas się na mnie patrzył. Aż głupio mi było.

Zebraliśmy się i pojechaliśmy do Gryfic do weterynarza. Widziałam w autobusie, że cały czas patrzył się na moje nogi. Jak łaziliśmy po mieście to oczywiście z GPS’em, bo nam się trochę spieszyło i nie było czasu na błądzenie. Głupio mi było jak jacyś starsi panowie i dziadki się na mnie patrzyli. Panu P. stwierdził, że wystarczyło, że założyłam spódniczkę a już wszyscy zatrzymują się i puszczają na pasach. Jeden tekst mnie powalił:
- Mogłam wziąć te szpilki, ale może to i lepiej…
- Dobrze, że nie wzięłaś. Chcesz żebym patrzył na GPS, a nie tylko na Twoje nogi?
Ogólnie cały dzień powtarzał, że bardzo się zmieniłam itp.

Jak dotarliśmy do weterynarza to musieliśmy odstać swoje w kolejce. Jak weszłam okazało się, że trafiliśmy na dobrego weterynarza. Popatrzył Myśkowi do oka, bo drugie mu zaczęło ropieć. Dostał kropelki do tego oka i chyba mu od razu pomogło, bo zaczął je otwierać. Weterynarz powiedział żebym zwracała uwagę na to jakie ma trociny, bo do paczek ładują wszystko łącznie z pyłem, który jak kopie to wpada mu do oczu, nosa i uszu. Sianko powinno być takie, że jak się je weźmie to nie powinno się sypać, powinno pachnieć suszoną trawą,  nie stęchlizną i pleśnią.

Nie wiem skąd się to bierze, ale jak jest mi zimno to robię się gorąca, za to jak jest ciepło to jestem zimna i bardzo szybko się chłodzi mi skóra. Panu P. bardzo spodobał się ten stan. W autobusie się przytulał do moich rąk a zwłaszcza mu się podobało, że mógł dotykać mnie po nogach.

Po powrocie zostawiliśmy Myśka, przebrałam się i zjedliśmy trochę rybki.

Wyszliśmy nad morze i owszem podmyło mnie morze. Pan P. za wszelką cenę chciał mnie rozebrać wykorzystując do tego celu morze. Chwila przerwy na obiad i z powrotem nad morze. Zdjęłam spodnie, sukienkę i w samym stroju weszłam do morza. Zaczęło mnie zalewać. Na początku woda była zimna, ale potem już była cieplutka :) Dziwnie się na nas ludzie patrzyli jak wchodziliśmy do morza żeby się kąpać.

Jak już się zimno zrobiło poszliśmy na lody. Potem się przebrać, bo strój jednak trochę bardziej mi zmókł niż myślałam i jak założyłam sukienkę na mokry stanik to woda przeszła na sukienkę. Na zachód słońca już nie zdążyliśmy, ale poszliśmy się przejść po mieście.

Zgłodnieliśmy bardzo więc poszliśmy na kebaba. Tak wiem, że nie powinnam, ale dieta też miała urlop. Musieliśmy spróbować kebaba, do którego ustawiała się taka mega kolejka, o której byśmy koło niego nie szli. I tak szczerze mówiąc było warto :) Nie zjedliśmy całych. Zapakowaliśmy do plecaka na rano.

Po powrocie do pokoju jak Pan P. poszedł się myć zaczęłam ćwiczyć:

  • 5 serii x 20 brzuszków
  • 2 serie x 20 brzuszków w prawo + 20 brzuszków w lewo
  • 2 serie x 20 brzuszków na dolne partie brzucha
  • 1 seria x 20 pompek

 

A potem zasnęłam nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

***

Dziwnie było przez cały dzień słuchać komplementów, widzieć te jego spojrzenia. I to stwierdzenie „Jesteś jedyną dziewczyna, o której zmieniłem zdanie”. Stwierdził, że skoro nie może liczyć na nic więcej to chociaż mnie do stroju rozbierze… To było dziwne. Jak się poznaliśmy to, mimo że miał wtedy dziewczynę, powiedział, że nie jestem w jego typie… Mam nadzieję, że się we mnie nie zakocha…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót do rzeczywistości – 23 sierpnia (piątek)

27 sie

Rano pobudka o 3:30. Wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam herbatkę zieloną i w drogę.

Spotkałam się z przyjacielem koło pks’u i poszliśmy na przystanek. Czekamy, czekamy a autobusu jak nie było tak nie ma. Przez całą drogę porannym autobusem zastanawiałam się czy to nie jest przypadkiem autobus z rezerwacjami, ale stwierdziłam, że bez przesady – aż tyle osób nie będzie jechać, żeby już biletów nie było. Okazało się, że bez zrobienia rezerwacji autobus nie przyjechał… Poszliśmy wiec na pks, bo stamtąd mieliśmy kolejny autobus. Nim już udało się pojechać. Jednak na tym wrażenie się nie skończyły. Tuż przed Zieloną Górą zatrzymała nas inspekcja transportu drogowego i wyrywkowo sprawdzili nasz autobus… Na szczęście nie trwało to wieki. Z niewielki opóźnieniem (prawie żadnym, bo jakieś 4 – 5 minut) dojechaliśmy na miejsce. Po drodze na kwaterę jeszcze szukaliśmy weterynarza, ale okazało się, że google maps kłamało i weterynarz nie był w Rewalu tylko w wiosce oddalonej o 7 km, gdzie i tak nikt nie odbierał.

Ponieważ był już za późno żeby gdziekolwiek iść zostawiliśmy bagaże, zjedliśmy obiadek (zupka chińska), dałam trochę pić Myśkowi i poszliśmy przywitać się z morzem.

Połaziliśmy trochę brzegiem morza mocząc nogi, potem suszyliśmy je w piasku. Fajnie cieplutko było. Kupiliśmy rybcię wędzoną i poszliśmy zjeść kolację. Po drodze jeszcze wstąpiliśmy po bobo frut dla Myśka i strzykawkę.

Wzięłam trochę deserku do strzykawki i dałam Myśkowi. Zjadł niewiele, ale od razu było widać, że odżył. Zaczął chodzić po klatce, nawet w kółku pobiegał :) bardzo pocieszający był ten fakt. Zjedliśmy rybcię, przebraliśmy się i na zachód słońca.

Zdjęcia z zachodu w poprzednim poście ;)

Potem jeszcze pyszne lody i do domu spać. Byłam tak wykończona, że nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Dzień pełen wrażeń

22 sie

Dzisiaj jest po prostu dzień pełen wrażeń… Pięknie się ten wyjazd zaczyna…

Rano jak wstałam i stanęłam na wadze bardzo sie ucieszyłam tym co zobaczyłam ;) w porównaniu do przed wczoraj (bo wczoraj zapomniałam sie zważyć) spadło 1,7 kg ;) to napawa optymizmem xD

Potem śniadanko, chwila leniuchowania i zebrałam sie do mista kupić buty i odebrać lapka od kolegi… Już miałam wchodzić, ale coś mnie tknęło żeby zajrzeć do chomika.

OSOBY WRAŻLIWE PROSZONE SĄ O PRZEJŚCIE DO KOLEJNEGO AKAPITU, PONIEWAŻ TO CO MUSZĘ NAPISAĆ NIE JEST MIŁE

Wczoraj jak wyjęłam chomika z klatki zauważyłam, że na grzbiecie ma jakieś malutkie ranki. Niektóre świeże niektóre już ze strupkami. Zauważyłam, że nie chce jeść dyni (ale stwierdziłam, że może mu się przejadła) i nie biegał w kółku od jakiegoś czasu. Bardzo się drapał i ogólnie był jakiś podejrzany. Tak więc dzisiaj stwierdziłam, że jeszcze przed wyjściem zajrze do niego. Wołam go a on nic… Zaczęłam delikatnie drapać w domek (bo to zawsze go wyciąga. Jest bardzo ciekawski), ale też nic. Zaczęłam się już martwić, że zdechł, ale jak go zaczęłam wołać to zaczął się powoli ruszać. Wystawił nosek i już wiedziałam, że coś iest nie tak. Był czerwono – pomarańczowo – brązowy a nie jak zawsze szaro – biało – różowy. Jak wyszedł całkiem to aż zaczęłam krzyczeć z przerażenia. Momentalnie stanęły mi łzy w oczach. To co zobaczyłam było przerażające. Mysiek miał pół pyszczka we krwi, wypłynęło mu oko, było całe czerwone z czarną plamą (źrenicą). Wyszłam z pokoju, bo nie mogłam na niego patrzeć i ryczałam. Usiadłam na podłodze, zadzwoniłam do Pana A. i ryczałam mu do słuchawki. Nie wiem co mnie podkusiło żeby do niego zadzwonić, ale był pierwszą osobą, o której pomyślałam. Powiedziałam co się stało i ciągle pytałam co mam robić. Powiedział żebym zawiozła Myśka do weterynarza, bo on mi nie wiele pomoże. No i w sumie miał racje. Nie wiele mi mógł pomóc. Znalazłam w internecie weterynarza. Okazało się, że dopiero za jakąś godzinę może nas przyjąć. Przyszykowałam Myśkowi transporter i zaczęłam go wołać żeby wyszedł, ale mój wcześniejszy krzyk go chyba tak wystraszył, że nie chciał wyjść. Dopiero słonecznik przekonał go do wyjścia. Pojechałam do miasta po buty, potem po lapka i do lekarza. W poczekalni czekając na swoją kolej spędziłam godzinę. Jak weszłam lekarz powiedział, że oko prędzej czy później będzie trzeba usunąć i że MOŻE przeżyje. Potem znowu musiałam chwilę poczekać. Jak następnym razem weszłam to diagnoza już nie była tak drastyczna. Weterynarz powiedział, że może jednak uda się uratować oko, bo jeszcze nie jest martwe. Dałmu 2 zastrzyki znieczulające a potem wziął go na stół zabiegowy. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Okazało się, że zaszył mu oko żeby nie wyschło i jak opuchlizna zejdzie to za 3 – 5 dni przyjść ściągnąć szwy. Dostał antybiotyk w zastrzyku i jeszcze jutro i po jutrze będę musiała z nim iść.

Tak jak dziś rano to już dawno się nie wystraszyłam i nie martwiłam. Jeśli w ogóle… U weterynarza siedziałam 2h i jak wróciłam to miałam tylko 2h na ogarnięcie się. Spakowanie, posprzątanie, zjedzenie… Wszystko… Jeszcze zastanawiałam się co z Myśkiem zrobić – czy wziąć go ze sobą nad morze czy zostawić mamie. Ale mama pwiedziała, że o ile jutro mogła by z nim iść na zastrzyk to w sobotę pracuje w czasie kiedy przyjmuje weterynarz. Poza tym ja po powrocie z nadmorza będę szukać mieszkania, we wtorek ortodonta… Więc nie miałabym jak wrócić po Myśka żeby iść z jim na ściągnięcie szwów. Musiałam więc go wziąć ze sobą… Na razie ciągle śpi – już jakieś 4,5h :( mam nadzieję, że jak się obudzi to wszystko będzie w porządku :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie