RSS
 

To był bardzo zły dzień

05 gru

Gdy kładę się spać jestem bliska płaczu. Jeszcze 9 dni do końca semestru i 2 zadania do zrobienia. Tydzień temu myślałam, że nie mam szans zdać. A gdy pojawiła się szansa, że zdam ten durny kurs i będę miała szansę się bronić, jest jeszcze gorzej. Ostatnio na zajęciach (jeszcze przed zobaczeniem wyników z oddanych sprawozdań) prowadzący dał nam ‚rozwinięcie’ zadania z poprzednich zajęć. Z tym, że dla mnie to już brzmiało jak po chińsku i w ogóle nie wiedziałam jak mam się za to zabrać. W pracy piszę w bardzo rozwiniętym i prostym języku, a teraz mam się cofnąć do najbardziej prymitywnego języka – asemblera. Do tego napisać skrypt w języku bardziej rozwiniętych, ale bardzo zapomnianym przeze mnie – C / C++. A na dokładkę muszę napisać skrypt, który będzie automatycznie wywoływał ten skrypt w języku C / C++ klika razy… Jak ja to usłyszałam… Zgłupiałam totalnie. Przysięgam nie wiedziałam jak zacząć pisać program w C / C++. Dla programistów może wyda się to śmieszne, ale tak było. Na koniec jeszcze tego wszystkiego jak się zapytałam prowadzącego skąd możemy wziąć program ten na którym mamy pracować i powiedział, że miał być dołączony do sprawozdania z ostatniego zadania, bo jak go nie ma to nie zaliczy… wybuchłam. Totalnie nie przyszło mi do głowy żeby go dołączyć, skoro wszyscy mieli to samo. Wierz lub nie – rozpłakałam się. Starałam się to ukryć i wycierać łzy apaszką, ale i tak nie potrafiłam ich powstrzymać. Leciały jak głupie. Prowadzący robi rundkę po sali i notuje co kto zrobił i jak idzie i słyszę, że ma już to i to… a ja dalej nie wiem jak zacząć. przychodzi do mnie i pyta co mam ja mówię, że szukam informacji. „Dobrze…” i poszedł dalej. Pod koniec zajęć robi kolejną rundkę. Już kilka osób prawie kończy a ja dalej nie zaczęte. Przychodzi do mnie i pyta jak idzie. To już mówię zgodnie z prawdą, może trochę niegrzecznie, że nie idzie. Nawet nie wiem co powiedział, coś tam o bibliotece, żeby poczytać o tym czy tamtym i poszedł. Kolega obok się zlitował i w pdf który miałam otwarty pokazał mi przykład i co gdzie w nim jest. Niestety tylko tyle pomocy mogłam uzyskać od kolegów. Każdy twierdzi, że nie ma czasu i w ogóle… Wracając z zajęć ryczałam. Jeszcze na dokładkę zadzwonili rodzice. Stwierdzili, że to nie koniec świata i w ogóle, że zaliczę to albo poprawię. Mając najczarniejszy z czarnych scenariuszy w głowie mówię, że poprawka jest dopiero za rok… i wtedy coś we mnie pękło. Powiedziałam rodzicom coś co od dawna we mnie siedzi.

Wiem, że znowu was zawiodę… Siostra zdaje wszystko bez problemu, a ja z głupim inżynierem nie mogę sobie poradzić…

Wtedy pierwszy raz usłyszałam w głosie rodziców troskę? Takie prawdziwe wsparcie bez ukrywanego żalu. Powiedzieli, że mam się nie przejmować, że wszystko będzie dobrze i że mam się uspokoić. Zwłaszcza, że za chwilę miałam jechać samochodem. Jeszcze jakieś dobra kilka minut płakałam a potem szlochałam prze telefon, aż w końcu się uspokoiłam. Zeszły ze mnie wszystkie emocje… Zwłaszcza, że to był okropny dzień. W pracy chciałam się pochwalić szefowi co zrobiłam, ale oczywiście nie działało. Usiedliśmy razem i staraliśmy się znaleźć rozwiązanie, ale skończyło się na tym, że miałam jeszcze raz napisać od nowa, a jak nie wyjdzie to w ostateczności szef sam to napisze… Jak wychodziłam z pracy to padał śnieg i było mega ślisko na drodze. Jakiś idiota jechał po drodze (choć nie można nazwać tego jechaniem bardziej toczeniem, prawie staniem w miejscu), chciałam go wyprzedzić, bo wydał się podejrzany. Ja do wyprzedzania a on nagle rusza bez migacza bez niczego i zaczyna w moją stronę jechać, na mój pas. Ja po hamulcach i mi się udało wyhamować, ale niestety gość za mną jechał za blisko, na torowisku wpadł w poślizg i stukną moje biedne autko w róg… To był bardzo, bardzo zły dzień…

Jak się wypłakałam zrobiło mi się trochę lepiej… ale to i tak nie zmieniło mojej sytuacji… Dziś też jest zły dzień… A jeszcze gorszy wieczór. Słuchając powiedzenia mamy pójdę już spać, bo:

Dzień jest mądrzejszy od nocy

 

Tak to się zaczęło

29 lis

3 dni do końca okresu próbnego…

16 dni do końca semestru…

18 dni do firmowej wigilii…

23 dni do odebrania kluczy…

26 dni do świąt…

29 dni do przeprowadzki…

34 dni do końca roku…

Taki krótki okres czasu, a tak dużo ma się wydarzyć. W końcu jest tak jak kiedyś. Jedyne co mnie irytuje i to bardzo to to że nie mogę przestać się spóźniać… Nawet jak zacznę się szykować wcześniej to i tak kicha wychodzi. Pamiętam jak na przyjaciółkę się strasznie wkurzałam, że ciągle się spóźnia. Teraz sama robię to samo ;( A wszystko przez Pana Ł. ciągle wszystko na ostatnią chwilę…

***

Od kiedy byłam w gimnazjum i podpatrzyłam jak siostra robiła stronę internetową (jeszcze w notatniku) wiedziałam, że sama też muszę spróbować. Z pomocą kolegi udało mi się postawić pierwszą, nawet nie najgorszą stronę klasową. Prowadziłam ją przez rok czy jakoś tak, w każdym razie był podział na dwie klasy i plany lekcji, ważne informacje i takie tam. Zakochałam się. Mimo problemów i przykrości jakie mnie spotkały, wiedziałam że to jest to. W gimnazjum też kolega zaraził mnie C++. Nie były to wielkie programy – proste kalkulatory i wyświetlanie teksu, ale były moje. Sama się uczyłam i zaczęłam wkręcać w ten świat. Pamiętam w czasie ferii zimowych siedziałam u babci na wsi z moim pierwszym laptopem. Bez internetu, z jedną malutką książeczką i tworzyłam swoje wielkie dzieła :D To były piękne czasy. W liceum poszłam do klasy informatycznej. Niestety dopiero na 3 roku… wróć! W trzeciej klasie zaczęliśmy coś programować. I tu mogę się pochwalić – z informatyki byłam jedną z najlepszych :) Poszłam na studia i tu już nie było takich skromnych programików. Przy pisaniu pracy inżynierskiej wszystko się zaczęło.

Licząc od listopada 2015 do listopada 206:

  • Przypomniałam sobie HTML i lepiej poznałam
  • Poznałam CSS
  • Wykorzystałam w praktyce MySQL
  • Zaczęłam się uczyć PHP
  • Poznałam JavaScript
  • Męczyłam się z Javą
  • Kończyłam ostatnie projekty z C++
  • Łzy lałam przy Asemblerze
  • Początki Angulara
  • Zaczęłam pisać aplikację z użyciem C#
  • Kilka zapytań do bazy w T-SQL
  • Tworzenie pdf w PHP
  • Początki Drupala

Jak sobie to wyliczyłam… Kurcze… dużo tego. Ale pozostałam wierna początkom: HTML, CSS, PHP, MySQL, JavaScript i taką też znalazłam pracę. Udało mi się trafić jak ślepej kurze ziarnko :D Praca: za bardzo dobrze pieniądze, dostałam szanse mimo braku doświadczenia komercyjnego. Niby minęły tylko 3 miesiące ale nauczyłam się tyle…

Tak to jest mój świat. Teraz to wiem na pewno ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Trampolinka

17 lis

Tak tylko krótko.

Patrząc na zegarek zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie wracam do dawnej siebie:

  • Siedzę do późna
  • Piszę bloga
  • Zaczynam dbać o siebie i tu żadnej ściemy. Ćwiczę, nie jem słodyczy, ani śmieciowego jedzenia
  • Nie poddałam się na zajęciach choć jak usłyszałam jakie jest zadanie to chciałam wziąć rzeczy i wyjść

Tak! Zdecydowanie To jest dobra droga ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Tak trochę z innej beczki

17 lis

Napiłam się w pracy energetyka i chyba jeszcze mnie trzyma. Jutro będę w pracy nie żywa, ale no cóż… Naszła mnie ochota na powiedzenie na głos co myślę. I nie – nie piłam alkoholu, nie paliłam, nie brałam żadnych używek.

No więc tak. Zacznę może od tego że ostatnio autentycznie poczułam się okropnie jako, że jestem POLKĄ. Pierwszy raz było mi tak okropnie wstyd za rodaków. Mam na myśli akcję promocyjną w Lidlu. Pokazaliśmy, że polak potrafi. Jeśli ktoś nie słyszał to krótko streszczę. Lidl zrobił promocję, że przez miesiąc można „próbować” ich marek. Jeśli produkt się nie spodoba, nie posmakuje to można oddać nie naruszony, częściowo zużyty lub całkiem zużyty. Wystarczyło opakowanie. I tu pojawia się przebiegłość polaków. Skoro można oddać opakowanie to czemu by się nie obkupić. Na YT oglądałam filmik z komentarzem do tej akcji. Gość stwierdził i tu się z nim zgadzam, że jeśli by to był jakiś bezdomny, który zarobił sobie na jedzenie i kupił sobie załóżmy kiełbasę, zjadł, poszedł oddać opakowanie, dostał kasę i za kilka godzin znowu poszedł kupił sobie coś do jedzenia to spoko. Nie stać go na luksusy, ale w jakiś sposób zarobił. Może nie taki miała zamysł ta akcja, ale przynajmniej przyczyniłaby się do czegoś dobrego. No ale oczywiście znalazł ktoś lukę, a jak jedna osoba to i znajdą się kolejni. Robili zakupy za kilkaset, ba za tysiąc zł zakupy, a potem zwracali same opakowania. Najbardziej perfidni byli Ci co szli do samochodu i na parkingu wypakowywali jedzenie, przelewali/ przekładali do pudełek i zwracali opakowania. Naprawdę. Jak ja to usłyszałam to po prostu mnie zatkało. Autentycznie poczułam wstyd. Mimo że nic nie zrobiłam, to przez inne kraje widziana jestem tak samo jak tamte osoby. Oczywiście akcja została wycofana. Ale kto się obłowił ten się obłowił.

Druga sprawa o której chciałam napisać to polityka. Przyznaje, że mam szczątkowe informacje, bo unikam jej jak ognia. Za każdym razem jak czytam, słyszę, albo widzę co wyprawiają to mam ochotę wstać, wziąć chomika, Pana Ł., wsiąść w samochód i wyjechać daleko, daleko, daleko stąd. Po prostu nie ogarniam tego… JAK? Jak dorośli, „poważni ludzie” mogą się tak kłócić? Jak mogą tak kłamać, kręcić, kraść? Teczki nie teczki. Jakieś afery taśmowe… Za głupi stołek dostają tyle kasy miesięcznie ile ja przez rok nie wypracuje, a i tak nie chce im się chodzić na posiedzenia rządu. Byłam w Parlamencie Studentów i wiem jakie ważne tematy były poruszane. Nie było możliwości żeby tylu osób brakowało. Nie było kłótni! Była konstruktywna rozmowa na różne ważne tematy, poważne głosowania. Czasem zdarzało się, że siedzieliśmy do późna, bo tak się dyskusje ciągnęły. I co ważniejsze? Nikt nam w żaden sposób za to nie płacił. Żadnych zwolnień, przywilejów z tego tytułu. A w rządzie? Do samochodu kupiłam sobie płytę, bo boje się co w radiu usłyszę. Dzisiaj np. że tworzą (nie pamiętam która partia to nie będę zmyślać) ustawę niezgodną z konstytucją. Jak bumerang wraca temat katastrofy. Kolejna komisja opłacana z naszych pieniędzy. Dlaczego sami zainteresowani wynikami tej komisji nie zapłacą za jej pracę, tylko wszyscy musimy ponieść konsekwencje decyzji pewnych osób? Dlaczego nie ma pieniędzy na 500+, a przy akcji z pokazaniem jakie to PKP jest super, latał samolot w razie jakby Pani Premier(?) nie zdążyła na pociąg, czy coś? Tak chcą rozwijać społeczeństwo, tak chcą pomóc? To czemu nie obetną sobie pensji? Dlaczego nie oddadzą tego na rzecz utrzymania szkół, otworzenia przedszkoli. Tak bardzo promują i zachęcają żeby mieć dzieci. A co z tym dzieckiem zrobić? Do przedszkola… super tylko chyba prywatnego. A kto za nie zapłaci? Chcą obniżyć wiek emerytalny. Fajnie, super to brzmi. Ale co z tego że obniżą wiek, skoro stawki nie podniosą? Za wszy i pająki będą żyć starsze osoby? WOW pojawiła się lista leków darmowych, ale też nie jest tak kolorowo… Nie jest tak że idziesz do apteki i mówisz poproszę darmowy lek. Też trzeba załatwić to i tamto, dopilnować czy lekarz się nie pomylił, itd. A no tak… lekarz nie pomylił… HEHEHE bardzo śmieszne. Trzeba się najpierw do niego dostać.

Tydzień temu zaczęło mnie rozkładać, a w czwartek rano obudziłam się z takim bólem głowy, że ledwo oczy otwierałam. Tylko się wynurzyłam z łóżka zaraz kichanie, kaszel i ogólnie masakra. Nie poszłam do pracy, chce się zarejestrować do lekarza a tu kicha. Tylko do 13-14 przyjmowali. Nikogo po południu w dwóch przychodniach do których mogłam iść. Najbliższy wolny termin na poniedziałek lub wtorek… Do tego czasu to ja sobie sama poradziłam – syrop z cebuli, ciepłe łóżeczko, aspiryna i jak nowo narodzona.

No ale wracając do tematu polityki. Do napisania tego postu skłoniła mnie katastrofa smoleńska. Tak czytam komentarze pod artykułem odnośnie ekshumacji i znalazło się kilka które faktycznie dają do myślenia.
Po pierwsze: Z całym szacunkiem, ale moim zdaniem para prezydencka nie jest na tyle zasłużona żeby spoczywać na Wawelu. Rozumiem śmierć w katastrofie, ale nie są pierwszymi ani ostatnimi, który tak zginęli. Nie zasłużyli się też tak wybitnie jak bohaterowie Polski. Myślę, że osoba, która twierdziła, że korzystając z okazji powinni ich pochować na cmentarzu tam gdzie spoczywa rodzina, ma rację. Co by nie mówić. Teraz są bardziej atrakcją turystyczną niż obiektem sakralnym. Ich krypta/grobowiec nie jest miejscem modlitw, wyciszenia, przemyśleń, ale miejscem wycieczek, zdjęć na pamiątkę. Nie wiele jest osób, które przychodzą tam żeby się za nich pomodlić.
Po drugie: O jej nie da się zamknąć grobowca – trzeba postawić nowy. I tu pytanie? Za co? Skoro nie wiadomo i nigdzie o tym nie słychać to wiadomo kto zapłaci. My… Gdyby któraś z osób rządzących za niego zapłaciła z „własnej” kieszeni to by o tym było głośno. I na to zwrócił mi uwagę kolejny komentarz. Może faktycznie jest tak, że tamten przestał się podobać i pod pretekstem badań chcą postawić nowy. Gdzieś obiło mi się, że „ten grobowiec nie był ‚przygotowany’ na wielokrotne otwieranie”. Ale na kij otwierać. Dajcie im w spokoju spoczywać. Co to da? Po co nadal szukać zarzutów przeciwko Rosji. Pamiętam, że jak to się stało byłam w domu. Przyjechał tato z miasta, włączył wiadomości, obejrzał chwilę i pojechał, a ja siedziałam przed telewizorem i było mi okropnie smutno. Nie, że prezydent, nie że ministrowie, nie, że „o jej co teraz będzie?”. Było mi przykro, bo zginęli ludzie. Nie ważne z jakiej przyczyny. Na pewno zostawili tu kogoś, kto będzie odczuwał ich brak. Znalazłam wtedy piosenkę… do tej pory gdy jest mi źle to sobie ją nucę. „List do Boga”, bo taki ma tytuł, za każdym razem mnie wzrusza. Kojarzy mi się z tym dniem, ale też i z moim przyjacielem, którego straciłam.

U mnie wszystko jak dawniej
tylko jeden samobójca więcej,
tylko jedna znów rodzina rozbita,
tylko życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś obok rozbił się samolot,
trochę dalej trzęsła się ziemia.
Kiedy patrzę na to wszystko tak, jak dziś…

Tak przyznaje. Pamiętam o tej tragedii i nie da się o niej zapomnieć, ale nie jest to dla mnie temat do kłótni, szukania dziury w całym i wyciągania w kółko i w kółko. Szczerze? Moim zdaniem to ciągłe zamieszanie obraca ludzi przeciwko sobie. Zamiast łączyć – dzieli. Wszyscy już mają dosyć (żeby nie mówić brzydko o takim temacie). Po tylu latach to jest już… Po prostu brak słów. Rozumiem stratę, rozumiem że to boli, że można sobie nie radzić, ale bez przesady. Takie rzeczy przeżywa się w samotności, w rodzinnym gronie,  a nie robi się szum wokół siebie „wykorzystując” śmierć.
Kiedyś jak było ze mną bardzo źle przyjaciółka pocieszała mnie, że inni mają gorzej. Wtedy nie obchodziło mnie to, bo moje problemy przytłaczały mnie tak bardzo, że nie obchodziło mnie już nic. Ale tak miała rację. Zwłaszcza w tym przypadku. Niektórzy mają gorzej.

No dobra. Późno już, wygadałam się. Trochę lepiej mi. Dużo też tego wyszło, więc tylko na koniec: Największą motywacją do pracy nad sobą, językiem i zdobyciem profesji jest szykowanie do ewakuacji z tego coraz bardziej chorego kraju :(

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Znalazłam swój motywator

16 lis

Wczoraj odnalazłam swój motywator. Choć to tylko słowa to wczoraj mój dyrektor działu powiedział, że poszukuje osoby do pomocy dla mnie. Docelowo ma zatrudnić 3 osoby. Stwierdził, że jak tak będzie to może zrobi mnie liderem działu. MNIE!! Liderem?! Masakra… I to własnie jest mój motywator. Nie mogę być przecież gorsza od swoich „podwładnych” prawda? Wiem jak wiele nie umiem. Więc jeszcze duuuużo muszę się nauczyć. A to wymaga pracy nad sobą. A to oznacza, że muszę zacząć czytać, interesować się tematem i w ogóle.

Będzie dobrze! Bo przecież w końcu musi być no nie? ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Motywacja do zmian

15 lis

Mam nadzieję, że w końcu znajdę motywację do odnalezienie dawnej siebie. Wkurza mnie strasznie, że spóźniam się do pracy, a kiedyś byłam taka punktualna. Przez Pana Ł. zaczęłam się spóźniać :( i mimo że staram się wcześniej zacząć szykować do pracy to nie udaje się wcześniej wyjść z domu. Odzwyczaiłam się też od studiowania. Po 8h w pracy nie chce mi się już programować jak jestem w domu. I mimo że został mi jeden kurs to nie mam siły się zmotywować, żeby zawziąć się i zrobić zadania. Zostało tak nie wiele… i tak samo nie wiele mam chęci i siły to dokończyć.

Ktoś ma jakiś sposób na zmotywowanie się?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Aż ciężko się przyznać

13 lis

Znowu dawno mnie nie było… Jakoś odzwyczaiłam się od pisania i też trochę nie mam na to czasu. Praca, uczelnia i życie wypełnia mi dnie. Zanim zdążę się obejrzeć już jest 22 i czas szykować się do spania. Ale to też zanim wszystko zrobię i w ogóle to jest przed 23. Czas dosłownie ucieka mi między palcami. Przede mną przeprowadzka, i kilka ważnych decyzji do podjęcia. Czy wybiorę dobrze? O to jest pytanie. Ale w sumie nie o tym chciałam napisać.

Wracając do moich postępów a raczej ich ogromnym braku, bo o tym miał być blog. Do pracy zaczęłam ubierać się elegancko – nie wysokie, ale jednak szpilki, sukienki, sweterki, narzutki a nie bluzy sportowe. W lustrze widzę, że na twarzy pojawiają się ostrzejsze rysy, wklęsłe policzki, nogi stają się ładniejsze jednak… Byłam na zakupach i szukałam kozaków. Łydki nie są wcale takie jakie bym chciała żeby były. Centymetr też… wręcz pokazuje jeszcze więcej. A o tym co zobaczyłam na wadze to aż wstyd pisać. A wszystko przez głupie badania 2 lata temu. Po wycięciu migdałków nie jadłam prawie w ogóle, bo czy jedzeniem można nazwać kisiele/budynie instant, za to piłam bardzo dużo wody. Ból gardła i woda pomagały zapomnieć o głodzie. Bardzo szybko straciłam na wadze. Stwierdziłam, że nie mogę tego zaprzepaścić i zaczęłam intensywnie ćwiczyć, skurczył mi się żołądek wiec nie było problemów z mniejszą ilością jedzenia i waga a zwłaszcza cm leciały w dół. Niestety żeby zrobić badania pod kontem glutenu musiałam wrócić do normalnego jedzenia i nagle w kilka tygodni wróciło wszystko nad czym pracowałam przez ponad rok. Ale to nie wszystko… w kolejne kilka tygodni przybyło kolejne tyle… Niestety mimo tego, że ćwiczyłam i jadłam tak jak wcześniej wprowadzenie do diety glutenu okazało się koszmarne w skutkach. Teraz ograniczenie glutenu wcale nie pomaga. Wręcz ciągle jest jeszcze gorzej. W lustrze widzę, że tu jest lepiej, albo tu ale jak tylko wezmę cm do ręki mój pogląd na figurę zmienia się o 180st. Niestety mimo że w głowie nienawidzę siebie za to jak wyglądam to nie potrafię się zawziąć i wytrzymać w postanowieniu… A teraz kiedy zbliża się zima muszę kupić płaszcz i kozaki. Wstyd się przyznać, ale płaszcze takie jak mi się podobają są za małe, a mimo że chcę kupić wysokie kozaki to łydki na to nie pozwalają. Choć w lustrze przecież wyglądają spoko to jak mierzyłam kozaki… szkoda gadać. Do tego jeszcze muszę kupić sukienkę na wigilię do pracy… Tak bardzo nienawidzę zakupów!! Nie tylko dlatego, że wydaje się mnóstwo kasy i nogi bolą od chodzenia, ale najbardziej za to że nic na mnie nie pasuje, a to co pasuje mi się nie podoba. Wiem. To powinno motywować, ale niestety. Nie wiem gdzie się podziała ta stara ja dla której nic nie było niemożliwie i potrafiła walczyć do końca.

Koniecznie muszę odnaleźć dawną siebie. Nawet Pan Ł. mówił że jak się we mnie zakochał to myślał że nie ma u mnie szans, bo jestem taka zorganizowana, wysoko postawiona, wszędzie mnie pełno i w ogóle… a teraz. Zapominam o ważnych sprawach, nie mam ochoty na nic, nawet kalendarza nie potrafię już prowadzić. To jakaś porażka. Niestety najgorsze w tym wszystkim, że ciągle spadam i nie potrafię odbić się od dna, albo chociaż od ściany…

Ostatnio uświadamiam sobie co jest dla mnie ważne i czego chce od życia. Wiem, że znalazłam igłę w stogu siana, bo mam świetną pracę. Kończy mi się teraz okres próbny i mam ogromne szanse na przedłużenie współpracy. Bardzo tego chcę i potrzebuje. Przez te 2,5 miesiąca rozwinęłam się bardziej niż przez rok samodzielnej pracy. Cudowne uczucie jak pokazuje przełożonemu co udało mi się zrobić a on się cieszy jak dziecko, że się udało, że działa i w ogóle. To cudowne uczucie, gdy mnie chwali i stawia przede mną większe i ważniejsze zadania. Lubie tam chodzić i rano nie wstaję do roboty, ale do pracy. Postanowiłam, że nie mogę stać w miejscu zwłaszcza, że to dopiero początek nie góry, ale ogromnego pasma górskiego, które muszę pokonać. Zaczęłam szukać książek, żeby nie opierać się tylko na wiedzy z Internetu.  Mam nadzieję, że to będzie taka trampolina od której się odbiję i odnajdę dawną siebie :)

Ja = zorganizowana, ambitna, dążąca do celu, otwarta, przyjacielska, zaradna; Taka byłam, nie jestem, ale znowu BĘDĘ!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Uciekinier uwięziony na dobre

22 wrz

Końcem sierpnia mój chomik wybrał się na wycieczkę po moim pokoju. Poszukiwania tak mnie rozbudziły, że nawet napisałam a’la artykuł:

Uciekinier za kratkami! 25 sierpień 2016 04:03

Dosłownie przed chwilą zakończyła się akcja poszukiwawcza zbiegłego chomika P. Przyczyny ucieczki nie są znane. Dzisiejszej nocy chomik P. otworzył drzwi klatki, a następnie zeskoczył na łóżko. Obudził swoją właścicielkę i zbiegł z miejsca chowając się za torba od laptopa stojącą na ziemi.

- Byłam w takim szoku, że przez moment nie wiedziałam o co chodzi. Jednak gdy zobaczyłam maleńką postać uciekającą z łóżka wiedziałam, że to będzie długa noc. – powiedziała naszemu komentatorowi właścicielka zbiega.

Po odsunięciu polowy mebli udało się namierzyć uciekiniera za łóżkiem jednak zanim śledczy dotarł na miejsce poszukiwany dosłownie się rozpłynął. Jego szare ubarwienie pomogło mu w ukryciu się w cieniu mebli. Po prawie godzinie oczekiwania i nasłuchiwania – chomik P. wyszedł ze swojej kryjówki spod jednej z szaf. Jednak po krótkiej chwili ukrył się ponownie. Zdradziła go jego ulubiona przekąska w postaci słonecznika rozłożona w pokoju. Po krótkiej akcji udało się złapać zbiega i umieścić go w klatce. Chomik P. za ucieczkę otrzymał karę dodatkowego zabezpieczenia drzwi klatki w postaci klipsa do papieru.

Niestety nie jest to pierwsza tego typu ucieczka. Wtorkowej nocy chomik P. również opuścił teren klatki. Został schwytany na próbie wygryzienia dziury w swoim pudelku transportowym stojącym na klatce. Wtedy jednak nie wprowadzono dodatkowych zabezpieczeń. Trwa sprzątanie pokoju i ustawianie mebli na miejsce.

Od tamtej pory co noc chomik mnie budzi próbując wydostać się z klatki. Klips niestety mimo dobrej ochrony bardzo hałasował. Chomik się do niego dopadał i uderzał nim o klatkę. Teraz zaplatam druciany spinacz do papieru, żeby nie mógł otworzyć drzwiczek. W kwietniu czy maju kupowałam nową klatkę i do tej pory wyglądała jak nowa. Teraz drzwiczki nie mają farby na połowie szczebelków… Zmieniałam klatkę, bo była pogryziona i pordzewiała od mycia. A teraz znowu jest to samo. I nie pomaga wyciąganie go wieczorem (po 21) żeby sobie pobiegał po pokoju czy po rękach. Nie wytrzymałam nerwowo, bo co noc budził mnie między 2-4, a chodzę do pracy i wstaje po 6. Zaczęłam go na noc przekładać do pudełka transportowego. Ma tam jedzenie, poidełko, kółko i domek. Czasem robię to przed snem, a jak śpi to jak mnie obudzi w nocy… Teraz nie wytrzymałam nerwowo (bo po prostu szkoda mi jego zdrowia – jednak trochę tej farby zjada) i wyjęłam ubrania z pudła. Włożyłam do niego jego domek, kulkę (taką na stelażu), wodę i kolbę. Pudełko jest na tyle wysokie, że nie wyjdzie więc jest bez pokrywki. Mam nadzieję, że to coś pomoże, a przynajmniej przez jakiś czas nie będę widzieć jak je farbę. Na dzień będę go przekładać do klatki, bo jednak ma tam trochę atrakcji – rurkę (żeby wchodzić na pięterko), drewnianą rurkę z czterema wyjściami po bokach, hamak i kołowrotek. No i dużo trocin, więc może sobie kopać. Jak będę w pracy to przynajmniej nie będzie mnie boleć jak będę gryzł, a przecież i tak powinien spać.

Kurcze… pierwszy raz mam taki problem. Raz mi jeden chomik nawiał, ale to z pudełka transportowego w nocy jak byłam w domu. Też przyszedł do mnie do łóżka i obudził mnie drapiąc w ucho. Nie boje się, że mi pogryzie kable czy meble, bo do tej pory nawet w klatce nic nie gryzł. Chodzi o to, że może gdzieś wleźć za szafę i nie wyjść, albo uciec szczeliną pod drzwiami i szukaj wiatru w polu… Z resztą… ma siedzieć w klatce, albo się bawić jak go wypuszczam – albo biega sobie po mnie i łóżku, albo w kulce po pokoju. Jakiś pomysł jak go uspokoić i zachęcić do siedzenia w klatce?

Może kiedyś będzie lepiej… ale na razie będzie siedzieć w pudełku…

 

Jeszcze chwila i nabawię się nerwicy

19 wrz

Półtorej (nawet więcej) roku temu miałam inwazję w pokoju. Przyznaję się bez bicia to była moja wina. Brzydziłam się poszukać źródła problemu, ale niestety jak wróciłam po 1,5 tygodniowej wizycie w domu i zastałam motylarnie w pokoju to wiedziałam, że muszę się wziąć i sprzątnąć. Przez trzy godziny sprzątałam jedną małą szafkę z jedzeniem. Wszystko, wszystko parzyłam, myłam po dwa razy i wywaliłam wszystko co miałam do jedzenia. Wszystko za sprawką moli. Jeszcze przez 2 cz 3 tygodnie latały niedobitki, ale w końcu się ich pozbyłam. Ponieważ mamy małą kuchnie na 3 osoby to część swoich rzeczy do jedzenia trzymam w pokoju (ryż, kasze, makaron, słoiki, itp.). W kuchni jakiś czas temu pojawiły mi się takie małe żuczki. Wysprzątałam więc moje 2 szafeczki. Znowu wszystko wywaliłam, wymyłam, wyparzyłam, kupiłam nowe przyprawy i wsypałam do zakręcanych pojemniczków, herbaty przełożyłam do pudełeczek.  Był spokój przez dłuższy czas, ale ostatnio znowu zaczęłam zauważać mole w kuchni i przedpokoju. Jeszcze raz wysprzątałam całą szafkę gdzie trzymam jedzenie, wszystko włożyłam do pudełek (ile miałam to miałam, jakoś się upchnęło) i ok. Myślę sobie nie ma szans. Ale… jakoś tydzień temu otwieram szafkę a tam MOL!! Zabiłam, obtarłam szafkę dookoła olejkiem wanilinowym (gdzieś czytałam że się boją i faktycznie ostatnio pomogło). 2-3 dni później kolejny. Mówię do współlokatorek żeby sprawdziły swoje szafki, no bo przecież gdzieś musi się to mnożyć. Dzień później kolejne dwa zabiłam w kuchni. Przypominam dziewczynom a one, że sprawdzały i nic nie mają. A dzisiaj otwieram szafkę i co? KOLEJNE DWA!! Mimo że mam wszystko w pudełkach to i tak mam wrażenie, że gdzieś jednak w tym jedzeniu będą. Ostatnio jak ryż gotowałam to sprawdzałam bardzo dokładnie (jak mi się wydawało) woreczek czy nic tam nie ma oprócz ryżu a po ugotowaniu okazało się że przy tym plastiku w środku były 2 ugotowane larwy!!! A od tamtej historii z motylarnią sprawdzam wszystko po kilka razy. Choć ryż i takie woreczki to już wcześniej zaczęłam sprawdzać. Kiedyś chciałam sobie wsypać ryż do zupy żeby w zupie ugotować. Rozściełam woreczek a tam mi coś takiego błyszczącego mignęło jak przechyliłam lekko. Zaglądam a tam wielka zielona mucha już wysuszona. Autentycznie mnie zemdliło i nie byłam w stanie ugotować już obiadu… Ale wracając do tematu. Już mam schizę do tego stopnia że otwieram szafkę i od razu patrzę na drzwi, półki, przyglądam się czy gdzieś nie siedzi mol. Mama mówi, żebym sobie kupiła lep, pudełka, woreczki strunowe (jakby ktoś nie wiedział to te woreczki z zaciskiem), w ostateczności słoiki i że tam mi nie wlezą. W szafce może będą latać, ale do jedzenia nie wejdą, ale i tak mam schizę. A współlokatorki raczej nic sobie z tego nie robią. Zostawiają jedzenie nie przykrycia, naczynia potrafią leżeć dniami w zlewie. Kiedyś było inaczej. Kiedyś dbały, sprzątały i w ogóle, a potem… z każdym miesiącem było coraz gorzej. A najbardziej wkurza, że w pokoju mają porządek, a część wspólna… „e tam”.

Do czego zmierzam… Ja już mam dosyć i zaczynam mieć schizę jeśli chodzi o mole i wszelkie robactwo. Nie wiem czy dziewczyny faktycznie zrobiły porządek, ale wątpię. Minus jest tego taki, że przecież ja tego za nie nie zrobię…

 

Pytanie mam jeszcze takie. Jak można się pozbyć takich małych żuczków? Nie wiem jak one się nazywają. Nie wiem nawet za bardzo jak je znaleźć. A już tym bardziej jak się ich pozbyć. Ma ktoś jakiś pomysł? Po sprzątnięciu szafek wsadziłam herbaty do względnie szczelnych pojemniczków, choć myślałam, że nic się nie skusi na wysuszone liście czy owoce. Dzisiaj patrze a w pudełeczku z melisą, której dawno, dawno nie piłam po prostu multum takich żuczków!! Całe gniazdo!! Żyjące i już zdechłe. Musiały już z herbatą tam wejść… Pomocy… Jak się ich pozbyć?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót z długiego niebycia

19 wrz

Oj dawno dawno mnie tu nie było. Ale jakoś tak się życie ułożyło, że nie miałam kiedy wejść i ogarnąć się na tyle żeby coś napisać. Ostatnio zauważyłam kolejne powiadomienie o komentarzu i postanowiłam wrócić. Jednak okazało się, że to nie jest takie proste. Standardowy problem – hasło… Próbowałam, próbowałam i nic. A dziś – kto by pomyślał – pomógł wujek google.

Pół godziny temu dostaje sms od nieznajomego numeru o treści:

Ktoś właśnie użył Twojego hasła do konta [...]@gmail.com. Wejdź na google.com/blocked

Zdziwiłam się, ale no kurcze. Chyba nikt sobie by jaj nie robił. Wchodzę na pocztę na kompie a tam czerwony pasek z napisem:

Ostrzeżenie: Google uniemożliwił podejrzaną próbę zalogowania się na Twoje konto

No to nie wiele myśląc weszłam w ustawienia i zmieniłam hasło. Standardowo – nie było łatwo wymyślić nowe, które się będzie pamiętać, no ale coś się z tyłu głowy znalazło. Weszłam jeszcze w „inne ustawienia konta” no i tam znalazłam np. dziennik aktywności na moim koncie. Tak nawiasem to w ogóle rzekomo ktoś na terenie stanów chciał się włamać na moje konto… No ale zaczęłam sobie szperać co to tu jeszcze znajdę i patrzę a tu lista stron wszelkiego rodzaju, loginy i hasła do tych stron!! Nawet czego bym się w życiu nie spodziewała hasło do Naszej Klasy (jeśli ktoś pamięta)!! No to skoro znalazłam takiego dinozaura to może i ten mamut się znajdzie. No i jest… I kurcze tak się męczyłam wczoraj z tym hasłem no i myślę sobie „no kurcze przecież pamiętam!!” I faktycznie pamiętałam co było w haśle, ale przestawiłam sobie kolejność.

No i tak dzięki zabezpieczeniom google’a i włamywaczowi WRÓCIŁAM ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie