RSS
 

Uciekinier uwięziony na dobre

22 wrz

Końcem sierpnia mój chomik wybrał się na wycieczkę po moim pokoju. Poszukiwania tak mnie rozbudziły, że nawet napisałam a’la artykuł:

Uciekinier za kratkami! 25 sierpień 2016 04:03

Dosłownie przed chwilą zakończyła się akcja poszukiwawcza zbiegłego chomika P. Przyczyny ucieczki nie są znane. Dzisiejszej nocy chomik P. otworzył drzwi klatki, a następnie zeskoczył na łóżko. Obudził swoją właścicielkę i zbiegł z miejsca chowając się za torba od laptopa stojącą na ziemi.

- Byłam w takim szoku, że przez moment nie wiedziałam o co chodzi. Jednak gdy zobaczyłam maleńką postać uciekającą z łóżka wiedziałam, że to będzie długa noc. – powiedziała naszemu komentatorowi właścicielka zbiega.

Po odsunięciu polowy mebli udało się namierzyć uciekiniera za łóżkiem jednak zanim śledczy dotarł na miejsce poszukiwany dosłownie się rozpłynął. Jego szare ubarwienie pomogło mu w ukryciu się w cieniu mebli. Po prawie godzinie oczekiwania i nasłuchiwania – chomik P. wyszedł ze swojej kryjówki spod jednej z szaf. Jednak po krótkiej chwili ukrył się ponownie. Zdradziła go jego ulubiona przekąska w postaci słonecznika rozłożona w pokoju. Po krótkiej akcji udało się złapać zbiega i umieścić go w klatce. Chomik P. za ucieczkę otrzymał karę dodatkowego zabezpieczenia drzwi klatki w postaci klipsa do papieru.

Niestety nie jest to pierwsza tego typu ucieczka. Wtorkowej nocy chomik P. również opuścił teren klatki. Został schwytany na próbie wygryzienia dziury w swoim pudelku transportowym stojącym na klatce. Wtedy jednak nie wprowadzono dodatkowych zabezpieczeń. Trwa sprzątanie pokoju i ustawianie mebli na miejsce.

Od tamtej pory co noc chomik mnie budzi próbując wydostać się z klatki. Klips niestety mimo dobrej ochrony bardzo hałasował. Chomik się do niego dopadał i uderzał nim o klatkę. Teraz zaplatam druciany spinacz do papieru, żeby nie mógł otworzyć drzwiczek. W kwietniu czy maju kupowałam nową klatkę i do tej pory wyglądała jak nowa. Teraz drzwiczki nie mają farby na połowie szczebelków… Zmieniałam klatkę, bo była pogryziona i pordzewiała od mycia. A teraz znowu jest to samo. I nie pomaga wyciąganie go wieczorem (po 21) żeby sobie pobiegał po pokoju czy po rękach. Nie wytrzymałam nerwowo, bo co noc budził mnie między 2-4, a chodzę do pracy i wstaje po 6. Zaczęłam go na noc przekładać do pudełka transportowego. Ma tam jedzenie, poidełko, kółko i domek. Czasem robię to przed snem, a jak śpi to jak mnie obudzi w nocy… Teraz nie wytrzymałam nerwowo (bo po prostu szkoda mi jego zdrowia – jednak trochę tej farby zjada) i wyjęłam ubrania z pudła. Włożyłam do niego jego domek, kulkę (taką na stelażu), wodę i kolbę. Pudełko jest na tyle wysokie, że nie wyjdzie więc jest bez pokrywki. Mam nadzieję, że to coś pomoże, a przynajmniej przez jakiś czas nie będę widzieć jak je farbę. Na dzień będę go przekładać do klatki, bo jednak ma tam trochę atrakcji – rurkę (żeby wchodzić na pięterko), drewnianą rurkę z czterema wyjściami po bokach, hamak i kołowrotek. No i dużo trocin, więc może sobie kopać. Jak będę w pracy to przynajmniej nie będzie mnie boleć jak będę gryzł, a przecież i tak powinien spać.

Kurcze… pierwszy raz mam taki problem. Raz mi jeden chomik nawiał, ale to z pudełka transportowego w nocy jak byłam w domu. Też przyszedł do mnie do łóżka i obudził mnie drapiąc w ucho. Nie boje się, że mi pogryzie kable czy meble, bo do tej pory nawet w klatce nic nie gryzł. Chodzi o to, że może gdzieś wleźć za szafę i nie wyjść, albo uciec szczeliną pod drzwiami i szukaj wiatru w polu… Z resztą… ma siedzieć w klatce, albo się bawić jak go wypuszczam – albo biega sobie po mnie i łóżku, albo w kulce po pokoju. Jakiś pomysł jak go uspokoić i zachęcić do siedzenia w klatce?

Może kiedyś będzie lepiej… ale na razie będzie siedzieć w pudełku…

 

Jeszcze chwila i nabawię się nerwicy

19 wrz

Półtorej (nawet więcej) roku temu miałam inwazję w pokoju. Przyznaję się bez bicia to była moja wina. Brzydziłam się poszukać źródła problemu, ale niestety jak wróciłam po 1,5 tygodniowej wizycie w domu i zastałam motylarnie w pokoju to wiedziałam, że muszę się wziąć i sprzątnąć. Przez trzy godziny sprzątałam jedną małą szafkę z jedzeniem. Wszystko, wszystko parzyłam, myłam po dwa razy i wywaliłam wszystko co miałam do jedzenia. Wszystko za sprawką moli. Jeszcze przez 2 cz 3 tygodnie latały niedobitki, ale w końcu się ich pozbyłam. Ponieważ mamy małą kuchnie na 3 osoby to część swoich rzeczy do jedzenia trzymam w pokoju (ryż, kasze, makaron, słoiki, itp.). W kuchni jakiś czas temu pojawiły mi się takie małe żuczki. Wysprzątałam więc moje 2 szafeczki. Znowu wszystko wywaliłam, wymyłam, wyparzyłam, kupiłam nowe przyprawy i wsypałam do zakręcanych pojemniczków, herbaty przełożyłam do pudełeczek.  Był spokój przez dłuższy czas, ale ostatnio znowu zaczęłam zauważać mole w kuchni i przedpokoju. Jeszcze raz wysprzątałam całą szafkę gdzie trzymam jedzenie, wszystko włożyłam do pudełek (ile miałam to miałam, jakoś się upchnęło) i ok. Myślę sobie nie ma szans. Ale… jakoś tydzień temu otwieram szafkę a tam MOL!! Zabiłam, obtarłam szafkę dookoła olejkiem wanilinowym (gdzieś czytałam że się boją i faktycznie ostatnio pomogło). 2-3 dni później kolejny. Mówię do współlokatorek żeby sprawdziły swoje szafki, no bo przecież gdzieś musi się to mnożyć. Dzień później kolejne dwa zabiłam w kuchni. Przypominam dziewczynom a one, że sprawdzały i nic nie mają. A dzisiaj otwieram szafkę i co? KOLEJNE DWA!! Mimo że mam wszystko w pudełkach to i tak mam wrażenie, że gdzieś jednak w tym jedzeniu będą. Ostatnio jak ryż gotowałam to sprawdzałam bardzo dokładnie (jak mi się wydawało) woreczek czy nic tam nie ma oprócz ryżu a po ugotowaniu okazało się że przy tym plastiku w środku były 2 ugotowane larwy!!! A od tamtej historii z motylarnią sprawdzam wszystko po kilka razy. Choć ryż i takie woreczki to już wcześniej zaczęłam sprawdzać. Kiedyś chciałam sobie wsypać ryż do zupy żeby w zupie ugotować. Rozściełam woreczek a tam mi coś takiego błyszczącego mignęło jak przechyliłam lekko. Zaglądam a tam wielka zielona mucha już wysuszona. Autentycznie mnie zemdliło i nie byłam w stanie ugotować już obiadu… Ale wracając do tematu. Już mam schizę do tego stopnia że otwieram szafkę i od razu patrzę na drzwi, półki, przyglądam się czy gdzieś nie siedzi mol. Mama mówi, żebym sobie kupiła lep, pudełka, woreczki strunowe (jakby ktoś nie wiedział to te woreczki z zaciskiem), w ostateczności słoiki i że tam mi nie wlezą. W szafce może będą latać, ale do jedzenia nie wejdą, ale i tak mam schizę. A współlokatorki raczej nic sobie z tego nie robią. Zostawiają jedzenie nie przykrycia, naczynia potrafią leżeć dniami w zlewie. Kiedyś było inaczej. Kiedyś dbały, sprzątały i w ogóle, a potem… z każdym miesiącem było coraz gorzej. A najbardziej wkurza, że w pokoju mają porządek, a część wspólna… „e tam”.

Do czego zmierzam… Ja już mam dosyć i zaczynam mieć schizę jeśli chodzi o mole i wszelkie robactwo. Nie wiem czy dziewczyny faktycznie zrobiły porządek, ale wątpię. Minus jest tego taki, że przecież ja tego za nie nie zrobię…

 

Pytanie mam jeszcze takie. Jak można się pozbyć takich małych żuczków? Nie wiem jak one się nazywają. Nie wiem nawet za bardzo jak je znaleźć. A już tym bardziej jak się ich pozbyć. Ma ktoś jakiś pomysł? Po sprzątnięciu szafek wsadziłam herbaty do względnie szczelnych pojemniczków, choć myślałam, że nic się nie skusi na wysuszone liście czy owoce. Dzisiaj patrze a w pudełeczku z melisą, której dawno, dawno nie piłam po prostu multum takich żuczków!! Całe gniazdo!! Żyjące i już zdechłe. Musiały już z herbatą tam wejść… Pomocy… Jak się ich pozbyć?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Powrót z długiego niebycia

19 wrz

Oj dawno dawno mnie tu nie było. Ale jakoś tak się życie ułożyło, że nie miałam kiedy wejść i ogarnąć się na tyle żeby coś napisać. Ostatnio zauważyłam kolejne powiadomienie o komentarzu i postanowiłam wrócić. Jednak okazało się, że to nie jest takie proste. Standardowy problem – hasło… Próbowałam, próbowałam i nic. A dziś – kto by pomyślał – pomógł wujek google.

Pół godziny temu dostaje sms od nieznajomego numeru o treści:

Ktoś właśnie użył Twojego hasła do konta [...]@gmail.com. Wejdź na google.com/blocked

Zdziwiłam się, ale no kurcze. Chyba nikt sobie by jaj nie robił. Wchodzę na pocztę na kompie a tam czerwony pasek z napisem:

Ostrzeżenie: Google uniemożliwił podejrzaną próbę zalogowania się na Twoje konto

No to nie wiele myśląc weszłam w ustawienia i zmieniłam hasło. Standardowo – nie było łatwo wymyślić nowe, które się będzie pamiętać, no ale coś się z tyłu głowy znalazło. Weszłam jeszcze w „inne ustawienia konta” no i tam znalazłam np. dziennik aktywności na moim koncie. Tak nawiasem to w ogóle rzekomo ktoś na terenie stanów chciał się włamać na moje konto… No ale zaczęłam sobie szperać co to tu jeszcze znajdę i patrzę a tu lista stron wszelkiego rodzaju, loginy i hasła do tych stron!! Nawet czego bym się w życiu nie spodziewała hasło do Naszej Klasy (jeśli ktoś pamięta)!! No to skoro znalazłam takiego dinozaura to może i ten mamut się znajdzie. No i jest… I kurcze tak się męczyłam wczoraj z tym hasłem no i myślę sobie „no kurcze przecież pamiętam!!” I faktycznie pamiętałam co było w haśle, ale przestawiłam sobie kolejność.

No i tak dzięki zabezpieczeniom google’a i włamywaczowi WRÓCIŁAM ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Chyba się pogubiłam

22 paź

Dlaczego chyba? Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje… Nienawidzę siebie za to jak bardzo się zmieniłam. Nawet mój chłopak powiedział mi ostatnio, że jak mnie poznał to uważał, że na mnie nie zasługuje, bo byłam taka ogarnięta, angażująca się we wszystko i w ogóle… a teraz coś się zmieniło. O wszystkim zapominam, nie potrafię się pozbierać do kupy, skupić się na jednym zadaniu i w ogóle jest tragicznie. Najchętniej schowałabym się gdzieś i nie wychodziła przez długi długi czas… Chciałbym móc pstryknąć palcami, zatrzymać czas i wszystko poukładać sobie w głowie. Ale czas nie stoi w miejscu – wręcz przeciwnie ucieka mi przez palce… Ledwo wstanę rano, do pracy, potem na uczelnie i zanim zdążę się obejrzeć już muszę iść spać. Kolejne 4 dni podobne i nawet nie wiem kiedy mija tydzień. Minął już prawie miesiąc semestru a ja nie mam siły, ani czasu nawet porządnie posprzątać w pokoju, a co dopiero robić zadania na uczelnię. Ciągle jestem zmęczona, nie mogę się porządnie wyspać, a przez to po prostu zasypiam w pracy na stojąco. Teraz znowu coś mnie złapało, głowa mnie boli, gardło też, momentami mięśnie tak mnie bolą, że mam ochotę płakać, a byłam wczoraj u lekarza i on twierdzi, że nic mi nie jest… Po prostu mam wrażenie, że żyje w jakimś innym świecie niż do tej pory. Wszystko, dosłownie wszystko jest do góry nogami.

Czuje się jakby ktoś przeniósł mnie do równoległego świata. Nie mam czasu na nic, nie potrafię się ogarnąć i zorganizować. Kiedyś potrafiłam spać po 12 h przez tydzień, a teraz po 7-8 h snu, rano grawitacja wokół łóżka jest tak wielka, że nie potrafię jej pokonać… Wiem, że coś jest nie tak, wkurza mnie to strasznie ale nie wiem jak wrócić na właściwe tory. To jest po protu jak zły sen… Chciałabym żeby to nie była prawda… Chciałabym cofnąć czas i wrócić do tego jaka byłam. Wiele poświęciłam na to czasu i energii, a teraz tak o po prostu to straciłam. Boje się, że przez to stracę jeszcze więcej ;(

MOŻE kiedyś będzie lepiej… ale na razie nie wiem jak znaleźć motywację do życia…

 

Oszustwo centymetra

14 maj

No nie wierze… Mam wrażenie, że jet lepiej.

Niby sznureczek coraz dłuższy do wiązania…

Niby spodnie luźniejsze…

A jak biorę centymetr do ręki to jest na nim coraz więcej i więcej… To jakaś masakra ;(

Zero jakiejkolwiek motywacji ;(

 

Oj dawno mnie nie było

13 maj

Może to głupie, ale zwyczajnie zapomniałam hasła i nie mogłam się dostać na bloga. Dziś dostałam powiadomienie o nowym komentarzu do zaakceptowania. Stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz wpisać hasło. I o dziwo weszło za pierwszym razem!!

Teraz nie wiem od czego zacząć…

Może od tego, że trochę brakowało mi takiego samo-kontrolowania się. Przyznaje się – na wyjeździe wakacyjnym było tak fajnie. Fajnie się czułam, fajnie wyglądałam. Jedyne co to nie byłam w stanie trzymać diety. Przez 4 dni cały dzień siedziałam w łóżku i robiłam animacje na pokaz. Owszem było śniadanie, obiad, kolacja. Wszystko gotowałam praktycznie sama, ale nie tylko dla siebie ale i dla 20 innych osób. W ciągu dnia podjadałam jakieś chrupki, ciastka itp.. A to tylko dlatego że zwyczajnie nie miałam czasu robić czegoś innego. Piłam praktycznie tylko energetyki bo zasypiałam już przed komputerem. Po powrocie trudno było wrócić do pilnowania się i jakoś czas zaczął szybko uciekać. Niestety wszystko wróciło 2 razy szybciej niż spadało i 2 razy tyle ile spadło :(

To jakiś koszmar!!

Teraz tak strasznie ciężko się za siebie wziąć ;( Pan Ł. (mój chłopak) powtarza, że mu się podobam, że uwielbia pewne moje części ciała. Jak spytałam co myśli o tym jakbym trochę się zmniejszyła to twierdzi, że nie ma nic przeciwko tylko żeby moje piersi się nie zmieniły, bo mu się bardzo podobają :)

Ale muszę się pochwalić. Zaczęłam o siebie walczyć!!

  • Od tygodnia się pilnuję i codziennie przynajmniej dużą butelkę wody piję – teraz już jest coraz łatwiej.
  • Od miesiąca staram się ruszać, ale od poniedziałku tak na poważnie. Rozpisałam sobie plan treningowy. Wczoraj byłam na basenie. Miałam jutro też iść, ale się rozchorowałam. Wczoraj wieczorem w łóżku z gorączką wylądowałam. Dzisiaj cały dzień leżę w łóżku, piję herbatę z miodem, biorę leki i czuję się dużo lepiej.
  • Zwracam uwagę na to co jem i staram się ograniczać jedzenie słodyczy i fast foodów. Ale ok muszę się przyznać. Ostatnio miałam taką fazę na jedzenie że to nie możliwe było… zjadłam i dalej byłam głodna!! To po prostu nie do zniesienia!! Ale to nie jest pierwszy raz. Mam wrażenie, że to zależy od cyklu menstruacyjnego.

No ale ok… Co jeszcze u mnie?

Dużo się dzieje… I prywatnie i zawodowo. Szczerze mówiąc to sama nie wiem za co mam się wziąć. Mam duży problem z ogarnięciem siebie. Straciłam swoją równowagę. Zaczynając od ogarniania spraw na uczelni do mojego portfela… Wcześniej jakoś mogłam się ogarnąć, odłożyć trochę kasy, a teraz… jakaś masakra… Ciągle jestem pod kreską!! Gdyby nie pomoc Pana Ł. byłoby ze mną bardzo bardzo źle… Ale już się podnoszę i staram się ogarnąć. Jeśli chodzi o uczelnię to kończy się semestr i zbliża się termin oddawania projektów… To jakaś istna masakra. Nie wiem w co ręce włożyć ;( ale muszę się ogarnąć bo czas goni… Działalność studencka się rozwija i jedynie tu mam się czym pochwalić. Od października jestem w samorządzie i radzie wydziału, od miesiąca jestem w Parlamencie Studentów. Do tego od tego semestru jestem przewodnicząca komisji stypendialnej. Bardzo się cieszę, że zostałam obdarzona takim zaufaniem. Co do życia prywatnego tu ogromna zmiana. Od prawie roku jestem z Panem Ł. Raz jest lepiej raz jest gorzej jak to w każdym związku. Jednak wiem, że to jest ten… Moi rodzice bardzo lubią Pana Ł., moja siostra też. JA jestem z nim bardzo szczęśliwa ;)

 
 

36 dni do wakacji – Dzień matki

26 maj

Jadłospis:

  • śniadanie (ok. 11): kilka widelców sałatki;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 14): kurczak z serem i pomidorem, frytki, surówki;
  • podwieczorek (ok. 18): mała miseczka lodów;
  • kolacja;

Trening:

  • 20 brzuszków;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;
  • 2 x 20 ćwiczeń na łydki;
  • 2 x 20 ćwiczeń na uda;
  • 3 x 25 przysiadów;

 

Dzisiaj jak każdy pewnie wie jest dzień matki. Z tej okazji (choć tego nie przeczyta) najlepsze życzenia dla mojej Mamy oraz dla wszystkich Mam świata.

No właśnie… Dzień zaczął się dosyć dziwnie – zagubieniem w czasie i przestrzeni. Obudziłam się rano – było jasno. Pamiętałam, że położyłam się po 1, więc przespałam jakieś 5 h – stabilnie. Myślę sobie:

” Dobra. Czas wstawać i brać się za naukę. Muszę sprawko zrobić i nauczyć się na jutrzejsze kolokwium.”

I tu nastąpiła chwila zastanowienia… Przecież wczoraj była niedziela… więc to sprawko i koło mam dzisiaj. I pierwsza myśl:

„Znowu przespałam kolokwium!! A specjalnie nastawiłam sobie budzik taki w zegarku jakby mnie znowu telefon zawiódł!! Jak to jest możliwe?!”

Ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że jest 6… a nie 18… Dla pewności wzięłam telefon i sprawdzam… 6:57 – 26 maja

„Uff…”

Chwilę walczyłam ze sobą czy jednak wstać i się pouczyć czy poleżeć jeszcze te 15 minut. Wygrała grawitacja wokół łóżka. Akurat chwilkę po tym jak wyłączyłam budzik otworzyły się drzwi do łazienki i pstryk gaszonego światła – łazienka wolna. Szybki prysznic, zgarnęłam wszystkie notatki, ubrałam się i na tramwaj.

Angielski jak zawsze bardzo fajny. Pani ma do nas bardzo fajne podejście i ogólnie bardzo fajna atmosfera jest na zajęciach. Następne zajęcia już były gorsze, bo najpierw komputer nie chciał z nami współpracować potem poczta i w końcu nie starczyło nam zajęć – zajęcia do odróbki. Potem obiadek i zabrałam się za robienie sprawka… z tym, że nie bardzo miałam z czego to sprawko zrobić, bo chłopaki nie dostarczyli mi materiałów. Więc poszliśmy na projekt tylko po to żeby powiedzieć, że nie mamy sprawozdania i dopytać co w nim ma być. Potem jeszcze chwila na douczenie się i kolokwium. Tu pozytywnie – 11/15, więc przynajmniej to jedno do przodu.

No co mój cały dzień ma wspólnego z dniem matki? Otóż gdy wracałam z Panem A. z obiadku od jakiegoś chłopaka, który zbierał „na chorego brata”, dostałam różyczkę. Stwierdziłam, że ostatnio dostałam trochę więcej kasy w pracy to mogę mieć dzień dobroci dla zwierząt parzystokopytnych, więc dałam mu tam trochę kasy… Pominę to, że chciał więcej a mówił w jakimś języku tak, że w ogóle go nie rozumiałam… Poszłam na zajęcia z tą różyczką. Wszyscy znajomi pytali czy ta różyczka to z okazji dnia matki i że gratulują xD Śmiesznie się złożyło, ale… Od kiedy jestem sama – tak całkiem sama wszyscy w kółko pytają czy przypadkiem nie jestem w ciąży… To trochę dziwne… Niby nie ma takiej opcji, mam okres regularnie (no może poza jednym) i ogólnie nic na to nie wskazuje, ale jednak… Wszyscy mi to powtarzają. Jak byłam z Panem A. nigdy (poza wizytą u nowego ginekologa) nie usłyszałam takiego pytania / stwierdzenia, że mogę być w ciąży… Czy to jakaś wróżba? Jak myślisz?

 

37 dni do wakacji

26 maj

Jadłospis:

  • I śniadanie (ok. 12): ziemniaczki pieczone z 2 kotletami mielonymi;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 15): mała miseczka lodów;
  • podwieczorek;
  • kolacja;

 

Trening – jako, że powinno się robić przerwy między ćwiczeniami tak skromnie:

  • 20 brzuszków z podniesionymi nogami;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;

 

Wróciłam do domu o 6 nad ranem i o dziwo nie byłam aż tak bardzo zmęczona i śpiąca jak myślałam, że będę. Trochę czułam, że bolą mnie stopy po butach na obcasie, ale to tylko tyle. Jak położyłam się spać to w sumie nie wiem kiedy zasnęłam, ale obudził mnie budzik po 11. Chwilę poleżałam i położyłam się dalej spać. Wstałam z łóżka jakoś po 12. Ogarnęłam się, zjadłam śniadanko i siadłam do robienia notatek… Jak siadłam to z godzinną przerwą na serial siedziałam do 22 ciągiem… Potem to film, to fb no i tak czas minął do 1 w nocy. Jakoś w ogóle nie czułam upływu czasu i tego ze jestem głodna. Byłam tak zajęta, tak mi szybko czas leciał, że naprawdę tego nie zauważyłam. A jutro ciężki dzień i choć siedziałam tyle czasu nad notatkami ucząc się do kolokwium to i tak czuję, że na jutro nic nie umiem…

 

38 dni do wakacji

24 maj

Chyba muszę wrócić do spisywania moich codziennych grzeszków i zwycięstw, bo inaczej się nie upilnuję…

Stan na dziś:

  • szyja
    spadło: 1,5 cm
    zostało: 0 cm – osiągnięte 24 sierpnia 2013
  • ramiona
    spadło: 5,5 cm
    zostało: 0 cm – osiągnięte 10 listopada 2013
  • biust
    spadło: 6 cm
    zostało: 10 cm
  • talia
    spadło: 11 cm
    zostało: 10 cm
  • biodra
    spadło: 6,5 cm
    zostało: 8 cm
  • udo – moja mniejsza zmora ale jednak duża zmora
    spadło: 5,4 cm
    zostało: 11,1 cm
  • kolano
    spadło: 4,2 cm
    zostało: 1,8 cm
  • łydka – moja największa zmora
    spadło: 1,5 cm
    zostało: 6,5 cm
  • kostka
    spadło: 1 cm
    zostało: 3,5 cm

Jadłospis:

  • I śniadanie (ok. 11): woreczek ryżu z sosem pomidorowym;
  • II śniadanie (ok. 13): mała miseczka lodów;
  • obiad (ok. 17): pieczone ziemniaki i 2 kotlety mielone;
  • podwieczorek (ok. 21): sałatka jarzynowa;
  • kolacja (ok. 1): pierogi (tak wiem, że mi nie wolno no ale musiałam…);

 

Trening:

  • 20 brzuszków,
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;
  • 2 x 20 ćwiczeń na łydki;
  • 2 x 20 ćwiczeń na uda;
  • 3 x 20 przysiadów;

 

Udało mi się załapać do pracy. Niby nic takiego – jednorazowa praca w cateringu – obsługa „balu”, ale zawsze jakieś pieniądze. Przez cały dzień jakieś notatki, projekty i koło 17 zaczęłam się szykować. Prysznic, ubrałam się ładnie (biała bluzka i czarna spódnica) i na tramwaj. Generalnie miałyśmy tam być na 18, ale pół godziny przesiedziałyśmy na ławce zanim się nam szef ogarną ze wszystkim. Poszłyśmy na salę i jako, że mam doświadczenie w obsłudze roll baru byłam na sali z barmanem, a reszta dziewczyn piętro wyżej obsługiwały przy jedzeniu. Barman nauczył mnie robić Mojito, a tak poza tym to było piwo i wódka z colą lub spritem. Z początku byli sami faceci i wiem, że robili słodkie oczka tylko dlatego żeby dostać darmowy alkohol. No ale i tak fajnie było. Potańczyłam sobie z kilkoma chłopakami, jeden za darmowe piwo pokazał mi sztuczkę karcianą. Naprawdę była super. Najlepsze było na koniec. Przyszedł czas do rozliczeń. Wszystkie dziewczyny dostały kasę no i szef się pyta czy ktoś jeszcze, to mówię, że jeszcze ja, a on.

„Z Tobą się później rozliczę.”

Pierwsza myśl: „Co ja przeskrobałam? Może to za tańczenie z chłopakami, no ale on też i pił i się bawił…”. Chwilę później jak dziewczyny gdzieś się rozeszły szef mówi do mnie

- Ile godzin? (bo miałyśmy płacone od godziny)

- Nie wiem ile (bo nie miałam zegarka), ale tak jak dziewczyny (a widziałam, że która godzina by nie była i tak dostały o dychę więcej niż liczyłam, że dostaniemy).

Wyjął kasę, liczy, liczy i daje mi moją wypłatę. Tak szybko zobaczyłam, że jest więcej niż dziewczyny dostały, więc nawet nie liczyłam ile dokładnie tylko schowałam do kieszeni żeby nie widziały.

- Ja organizuję dużo takich imprez i potrzebuję sprawdzonych ludzi. Najlepiej jakbyś napisała do mnie maila. Masz do mnie kontakt?

Nie mogłam uwierzyć! No ok. to nie była nasza pierwsza współpraca, bo rok temu jak był zjazd harlejowców z całego świata to też stałam i przez trzy dni a raczej przez trzy noce nalewałam im piwo. Teraz na juwenalia cały dzień stałam na backstage’u za roll barem i nalewałam piwo dla artystów (i wolontariuszy). Ale mimo tych (teraz) trzech razów nie sądziłam, że zaproponuje mi prace ;) Także bardzo, bardzo się cieszę. Zwłaszcza, że on z tego co słyszałam zajmuje się organizacją piwa na Woodstocku. Kilka dni ciężkiej harówki, ale za to zarobki całkiem fajne. W zeszłym roku z ciągu 3 nocy zarobiłam na nowy telefon. Także jako, że każda kasa się przyda cieszę się bardzo, bardzo, bardzo xD

 

Przyszła chwila załamania

22 kwi

Jestem z siebie dumna. Dzięki diecie bezglutenowej zjadłam tylko kilka kawałeczków murzynka, którego sama upiekłam. Mimo że na stole świątecznym pojawiło się moje ukochane ciasto z masą karpatkową i sernik. Powstrzymałam się, a wręcz ta myśl, że będę się po tym cieście cholernie źle czuła zniechęcała mnie do tego ciasta. Przez całe święta jadłam sałatki warzywne, owocowe i jajka. Najbardziej bolało, że na śniadanie wielkanocne nie mogłam zjeść ukochanego babcinego białego barszczu. Przez święta nic nie przytyłam, a wręcz troszkę schudłam. Cieszy mnie to bardzo!!

Ale w niedzielę mnie rozłożyło i od tamtej pory zaczęło się dziać źle. Nie mogłam się skupić na robocie, bo rodzice stwierdzili, że święta, że się nie pracuje. Do tego totalnie wszystko mnie bolało i nie byłam w stanie nic robić oprócz spania. Silne uderzenie alergii i choroba to bardzo złe połączenie. Ale babunia dała mi ziółka, które były jak nalewka – słodziutkie i kopały, bo na spirytusie – i postawiło mnie to na nogi. Potem w domu jeszcze leki, do łóżka, wygrzałam się i w poniedziałek jak nowo narodzona. Alergia i gardło mączą jeszcze dzisiaj, ale przynajmniej mięśnie mnie nie bolą.

Z powodu długiego wolnego i choroby zaczęłam niepotrzebnie myśleć, wspominać, puściłam wodze fantazji. To się skończyło bardzo źle. Znowu tęsknie za Panem A. a jednocześnie jestem na niego cholernie wściekła za jego zachowanie. Nie wierze, że może być tak nieodpowiedzialny i leniwy… Liczy, na to że ja wszystko zrobię za niego… W sumie sama do tego doprowadziłam robiąc wszystko tak jak chce… pomagając mu jak tylko mogę… Mam tak cholernie mieszane uczucia w stosunku do niego że to jest niemożliwe. Przed chwilą gadałam z Panem K. (naszym kolegą) i byłam tak bardzo wściekła na Pana A., a po odłożeniu telefonu zaczęłam ryczeć z tęsknoty… To nie jest pierwszy raz kiedy muszę się wyleczyć… Ale ten jest najgorszy… Zwłaszcza, że widuje go codziennie, że mam z nim wszystkie grupy zadaniowe i widujemy się poza uczelnią. Chciałabym żeby ten ból odszedł… Może byłoby łatwiej gdyby wprost powiedział, że jest z inną, że ją kocha, że jest szczęśliwy. Ale przecież nie powie mi tego… Nie powie, bo wie, że mnie to zaboli… Ale ja chyba właśnie takiego bólu potrzebuję. Dzisiaj przypadkowo otworzyłam pamiętnik na dniu kiedy była ta najważniejsza rozmowa. Cytując jego słowa napisałam, że chciałby mieć taką dziewczynę jak ja z charakteru, ale nie podobam mu się z wyglądu. W sumie też nie spełniłam tego co założyłam, że do końca roku będę „idealna”. Ale do tego zabrakło mi motywacji. Zabrakło wsparcia… Teraz jestem gdzieś w połowie drogi… ale jest kwiecień!! Zdecydowanie za wolno to wszystko idzie!

Muszę znowu iść zrobić wyniki, bo w niedziele dwa razy w przeciągu godziny byłam bliska zemdlenia. Gdyby nie to, że byłam w kościele i ta myśl, że nie mogę tu zemdleć pewnie bym padła. Miałam palce sztywne, dosłownie wszystko mnie bolało tak na maksa, a jak zaczynał świat wirować, robiło się ciemno przed oczami, wszystko gdzieś odchodziło. Z chęcią poddałabym się temu, ale no nie mogłam… Fakt. Przyznaje się bez bicia – nie jem zdrowo, nie jem dużo, sam ryż nie dostarcza potrzebnych składników i na 99% znowu mam anemię. To nie pomoże mi w odchudzaniu, więc muszę z tego wyjść… Ale z drugiej strony w końcu waga zaczęła spadać. Do tej pory spadło:

  • waga: 11,4 kg z 25 kg
  • szyja: 0,8 cm z 0,5 cm
  • ramiona: 6,5 cm z 6,0 cm
  • biust: 6,9 cm z 16 cm
  • talia: 10 cm z 21 cm
  • biodra: 6,5 cm z 14,5 cm
  • udo: 5 cm z 16,5 cm
  • kolano: 4,5 cm z 6 cm
  • łydka: 1 cm z 8 cm
  • kostka: 1,2 cm z 3,5 cm

Ta łydka to moja największa zmora!! Ciągle stoi w miejscu co mnie strasznie ale to strasznie wkurza (ładnie mówiąc). Już zaczęłam ćwiczyć generalnie łydki a przy okazji resztę… No wyglądam paskudnie z tymi łydkami, ale grube łydki i masywne uda są u mnie rodzinne i bardo trudno mi się tego pozbyć. O ile uda w końcu ruszyły, powoli, ale ruszyły to łydka za cholerę… Już mnie to tak wkurza, że tyle czasu się staram, tyle czasu pracuje nad sobą, a efekty takie sobie, że dałabym bardzo, bardzo dużo za to żeby w końcu wyglądać tak jak chcę wyglądać.

Co prawda na święta usłyszałam kilka miłych słów, że pływam w ciuchach. Nawet wujek, który nie jest skłonny do komplementów powiedział przy całej rodzinie, że schudłam (a rok temu mówił, że jestem gruba tak przy całej rodzinie… co cholernie zabolało), więc chyba nie jest tak źle… ale WCIĄŻ ZA MAŁO!! ZA WOLNO!! Nie wiem już co robić ;(