RSS
 

Poszukiwania motywacji

01 lut

No i ostatnia prosta. Niby najbardziej powinno mnie to mobilizować do pracy, ale jednak. Pracuje, spełniam się w pracy, a ostatniego roku nie można nazwać studiowaniem. A teraz gdy jakimś cudem udało mi się zaliczyć wszystko i pozostała mi tylko obrona? Nie mam siły, ochoty i samozaparcia się wziąć.

Jeśli chodzi o zaliczenie. Byłam tak nisko oceniana… Miał mi jeszcze uciąć punkty za spóźnienia… Tak się bałam, ryczałam wręcz, że znowu jest to samo i zawiodę rodziców. Ku mojemu zdziwieniu uzyskałam ocenę 3,5!!! A co dziwniejsze? Zabrakło mi 2 PUNKTÓW do 4,0!!! To jest nienormalne… Po co mnie tak straszył? No ale i tak póki nie dostałam oceny do indeksu to nie uwierzyłam.

Jeśli chodzi o obronę… odwlekałam złożenie odpowiedniego papierka jak się da ale w końcu się zebrałam i zaczęło się.
1. Pan w dziekanacie powiedział, że około 2 tygodnie będzie trwać weryfikacja mojego oświadczenia o zrealizowaniu programu kształcenia.
2. 2 dni później dostaje maila z sekcji finansów, że nie opłaciłam kursu poprawkowego z 2013 roku! Okazało się, że nawet nie dostałam maila z powiadomieniem ile i gdzie mam wysłać. Opłaciłam.
3. Kilka dni później dostaje powiadomienie, że jest problem z moimi przepisanymi ocenami bo nie mają potwierdzenia. Na szczęście nie musiałam nigdzie latać i prosić o wyciągnięcie moich akt z Bóg wie skąd tylko wystarczył sam indeks z podbitymi semestrami. Gorzej było z samym drukiem przepisanych ocen. Ksera jakie były w moich aktach były rozmazane (przez zły wydruk z ksera) i pokreślone na niebiesko, ale na kserze czarno na czarnym. Totalnie nie czytelne. Kazali mi przepisać. No to podróż do domu (8km) po indeks, do koleżanki (10km) przepisać tabelkę i wydrukować, na uczelnię (2km) i? Okazuje się, że nie tak… I jeszcze mi się zebrało, że jak to? Ja się tyle udzielam i nie wiem, że się wypełnia według wzoru? A skąd miałam wiedzieć, że jest inny wzór? Zrobiłam tak jak te dokumenty, które dostałam z akt. Zlitowali się i pozwolili mi u nich na kompie przepisać to jeszcze raz. A gdy tylko usiadłam do kompa pani z okienka która się zajmowała moimi papierami mówi, że mogę to zrobić w domu i wysłać mailem. Ale stwierdziłam, że jak już jestem tu to wypełnię na miejscu.
4. Dzisiaj po 20 dostałam maila, że oświadczenie rozpatrzone i wszystko jest ok. – mogę się bronić. Mój opiekun studiów napisał, że albo do 13 jutro dostarczę mu wszystkie dokumenty i mam dwa terminy obrony, albo tylko jeden… No dwa terminy to zawsze lepiej niż jeden, więc chciałabym to załatwić jutro… tylko czy mi się uda?
5. Na domiar złego w pracy mam bardzo ważny projekt, termin do 9 lutego, a jeszcze ogrom pracy przede mną. Nie mogę wziąć wolnego. I jeszcze na weekend jadę do domu, a wiadomo, że tam się uczyć to graniczy z cudem.

Jeśli się uda jutro wszystko załatwić to termin obrony mam już na poniedziałek 6 lutego!! Jeśli to zdam… To obiecuje, że nie ma wymówek i biorę się za siebie. Nie ma, że nie mogę!

Proszę trzymajcie kciuki :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

mam już dosyć tego roku

07 gru

Z każdym dniem jest coraz gorzej… Moja szansa na zdanie ostatniego kursu i możliwości przystąpienia do obrony prysnęła jak bańka mydlana… Niestety to nie są tylko moje odczucia, ale punktacja nie kłamie. Na 5 oddanych sprawozdań z czterech mam najmniej punktów z całej grupy a z jednego mam drugi od końca wynik. Nie uważam żebym źle robiła sprawozdania czy programy. Kod jest czysty, sprawozdania zwięzłe i na temat. Pisze w zupełnie innym języku niż wszyscy więc nie może powiedzieć, że od kogoś ściągałam. Może na zajęciach nie byłam zbyt aktywna, ale robiłam notatki, spisywałam wszystko co się dało i w domu na spokojnie do tego siadałam. Dlatego tak bardzo mnie boli, że mam ledwo 3 ze sprawozdań… Na domiar złego dowiedziałam się, że ta punktacja która jest nie jest ostateczna tylko jeszcze trzeba sobie doliczyć a raczej odliczyć spóźnienia z oddaniem sprawozdania… i nie w tygodniach ale w DNIACH!! Dwa dni spóźnienia i już maksymalna liczba punktów topnieje o połowę. To jakiś koszmar. Chce żeby już był 15 grudnia. Będę wiedziała na czym stoję, będę mogła zobaczyć nowe mieszkanie i na reszcie będę mogła się odstresować… Czeka mnie teraz tydzień niepewności.

Zdam?

A jak nie to co dalej?

Stracę tyle lata studiów?

Będę musiała zacząć od nowa?

To będzie chyba najdłuższy tydzień jaki pamiętam… ;(

Może kiedyś będzie lepiej… ale teraz jest tylko coraz gorzej ;(

 

To był bardzo zły dzień

05 gru

Gdy kładę się spać jestem bliska płaczu. Jeszcze 9 dni do końca semestru i 2 zadania do zrobienia. Tydzień temu myślałam, że nie mam szans zdać. A gdy pojawiła się szansa, że zdam ten durny kurs i będę miała szansę się bronić, jest jeszcze gorzej. Ostatnio na zajęciach (jeszcze przed zobaczeniem wyników z oddanych sprawozdań) prowadzący dał nam ‚rozwinięcie’ zadania z poprzednich zajęć. Z tym, że dla mnie to już brzmiało jak po chińsku i w ogóle nie wiedziałam jak mam się za to zabrać. W pracy piszę w bardzo rozwiniętym i prostym języku, a teraz mam się cofnąć do najbardziej prymitywnego języka – asemblera. Do tego napisać skrypt w języku bardziej rozwiniętych, ale bardzo zapomnianym przeze mnie – C / C++. A na dokładkę muszę napisać skrypt, który będzie automatycznie wywoływał ten skrypt w języku C / C++ klika razy… Jak ja to usłyszałam… Zgłupiałam totalnie. Przysięgam nie wiedziałam jak zacząć pisać program w C / C++. Dla programistów może wyda się to śmieszne, ale tak było. Na koniec jeszcze tego wszystkiego jak się zapytałam prowadzącego skąd możemy wziąć program ten na którym mamy pracować i powiedział, że miał być dołączony do sprawozdania z ostatniego zadania, bo jak go nie ma to nie zaliczy… wybuchłam. Totalnie nie przyszło mi do głowy żeby go dołączyć, skoro wszyscy mieli to samo. Wierz lub nie – rozpłakałam się. Starałam się to ukryć i wycierać łzy apaszką, ale i tak nie potrafiłam ich powstrzymać. Leciały jak głupie. Prowadzący robi rundkę po sali i notuje co kto zrobił i jak idzie i słyszę, że ma już to i to… a ja dalej nie wiem jak zacząć. przychodzi do mnie i pyta co mam ja mówię, że szukam informacji. „Dobrze…” i poszedł dalej. Pod koniec zajęć robi kolejną rundkę. Już kilka osób prawie kończy a ja dalej nie zaczęte. Przychodzi do mnie i pyta jak idzie. To już mówię zgodnie z prawdą, może trochę niegrzecznie, że nie idzie. Nawet nie wiem co powiedział, coś tam o bibliotece, żeby poczytać o tym czy tamtym i poszedł. Kolega obok się zlitował i w pdf który miałam otwarty pokazał mi przykład i co gdzie w nim jest. Niestety tylko tyle pomocy mogłam uzyskać od kolegów. Każdy twierdzi, że nie ma czasu i w ogóle… Wracając z zajęć ryczałam. Jeszcze na dokładkę zadzwonili rodzice. Stwierdzili, że to nie koniec świata i w ogóle, że zaliczę to albo poprawię. Mając najczarniejszy z czarnych scenariuszy w głowie mówię, że poprawka jest dopiero za rok… i wtedy coś we mnie pękło. Powiedziałam rodzicom coś co od dawna we mnie siedzi.

Wiem, że znowu was zawiodę… Siostra zdaje wszystko bez problemu, a ja z głupim inżynierem nie mogę sobie poradzić…

Wtedy pierwszy raz usłyszałam w głosie rodziców troskę? Takie prawdziwe wsparcie bez ukrywanego żalu. Powiedzieli, że mam się nie przejmować, że wszystko będzie dobrze i że mam się uspokoić. Zwłaszcza, że za chwilę miałam jechać samochodem. Jeszcze jakieś dobra kilka minut płakałam a potem szlochałam prze telefon, aż w końcu się uspokoiłam. Zeszły ze mnie wszystkie emocje… Zwłaszcza, że to był okropny dzień. W pracy chciałam się pochwalić szefowi co zrobiłam, ale oczywiście nie działało. Usiedliśmy razem i staraliśmy się znaleźć rozwiązanie, ale skończyło się na tym, że miałam jeszcze raz napisać od nowa, a jak nie wyjdzie to w ostateczności szef sam to napisze… Jak wychodziłam z pracy to padał śnieg i było mega ślisko na drodze. Jakiś idiota jechał po drodze (choć nie można nazwać tego jechaniem bardziej toczeniem, prawie staniem w miejscu), chciałam go wyprzedzić, bo wydał się podejrzany. Ja do wyprzedzania a on nagle rusza bez migacza bez niczego i zaczyna w moją stronę jechać, na mój pas. Ja po hamulcach i mi się udało wyhamować, ale niestety gość za mną jechał za blisko, na torowisku wpadł w poślizg i stukną moje biedne autko w róg… To był bardzo, bardzo zły dzień…

Jak się wypłakałam zrobiło mi się trochę lepiej… ale to i tak nie zmieniło mojej sytuacji… Dziś też jest zły dzień… A jeszcze gorszy wieczór. Słuchając powiedzenia mamy pójdę już spać, bo:

Dzień jest mądrzejszy od nocy

 

Tak to się zaczęło

29 lis

3 dni do końca okresu próbnego…

16 dni do końca semestru…

18 dni do firmowej wigilii…

23 dni do odebrania kluczy…

26 dni do świąt…

29 dni do przeprowadzki…

34 dni do końca roku…

Taki krótki okres czasu, a tak dużo ma się wydarzyć. W końcu jest tak jak kiedyś. Jedyne co mnie irytuje i to bardzo to to że nie mogę przestać się spóźniać… Nawet jak zacznę się szykować wcześniej to i tak kicha wychodzi. Pamiętam jak na przyjaciółkę się strasznie wkurzałam, że ciągle się spóźnia. Teraz sama robię to samo ;( A wszystko przez Pana Ł. ciągle wszystko na ostatnią chwilę…

***

Od kiedy byłam w gimnazjum i podpatrzyłam jak siostra robiła stronę internetową (jeszcze w notatniku) wiedziałam, że sama też muszę spróbować. Z pomocą kolegi udało mi się postawić pierwszą, nawet nie najgorszą stronę klasową. Prowadziłam ją przez rok czy jakoś tak, w każdym razie był podział na dwie klasy i plany lekcji, ważne informacje i takie tam. Zakochałam się. Mimo problemów i przykrości jakie mnie spotkały, wiedziałam że to jest to. W gimnazjum też kolega zaraził mnie C++. Nie były to wielkie programy – proste kalkulatory i wyświetlanie teksu, ale były moje. Sama się uczyłam i zaczęłam wkręcać w ten świat. Pamiętam w czasie ferii zimowych siedziałam u babci na wsi z moim pierwszym laptopem. Bez internetu, z jedną malutką książeczką i tworzyłam swoje wielkie dzieła :D To były piękne czasy. W liceum poszłam do klasy informatycznej. Niestety dopiero na 3 roku… wróć! W trzeciej klasie zaczęliśmy coś programować. I tu mogę się pochwalić – z informatyki byłam jedną z najlepszych :) Poszłam na studia i tu już nie było takich skromnych programików. Przy pisaniu pracy inżynierskiej wszystko się zaczęło.

Licząc od listopada 2015 do listopada 206:

  • Przypomniałam sobie HTML i lepiej poznałam
  • Poznałam CSS
  • Wykorzystałam w praktyce MySQL
  • Zaczęłam się uczyć PHP
  • Poznałam JavaScript
  • Męczyłam się z Javą
  • Kończyłam ostatnie projekty z C++
  • Łzy lałam przy Asemblerze
  • Początki Angulara
  • Zaczęłam pisać aplikację z użyciem C#
  • Kilka zapytań do bazy w T-SQL
  • Tworzenie pdf w PHP
  • Początki Drupala

Jak sobie to wyliczyłam… Kurcze… dużo tego. Ale pozostałam wierna początkom: HTML, CSS, PHP, MySQL, JavaScript i taką też znalazłam pracę. Udało mi się trafić jak ślepej kurze ziarnko :D Praca: za bardzo dobrze pieniądze, dostałam szanse mimo braku doświadczenia komercyjnego. Niby minęły tylko 3 miesiące ale nauczyłam się tyle…

Tak to jest mój świat. Teraz to wiem na pewno ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Trampolinka

17 lis

Tak tylko krótko.

Patrząc na zegarek zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie wracam do dawnej siebie:

  • Siedzę do późna
  • Piszę bloga
  • Zaczynam dbać o siebie i tu żadnej ściemy. Ćwiczę, nie jem słodyczy, ani śmieciowego jedzenia
  • Nie poddałam się na zajęciach choć jak usłyszałam jakie jest zadanie to chciałam wziąć rzeczy i wyjść

Tak! Zdecydowanie To jest dobra droga ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Tak trochę z innej beczki

17 lis

Napiłam się w pracy energetyka i chyba jeszcze mnie trzyma. Jutro będę w pracy nie żywa, ale no cóż… Naszła mnie ochota na powiedzenie na głos co myślę. I nie – nie piłam alkoholu, nie paliłam, nie brałam żadnych używek.

No więc tak. Zacznę może od tego że ostatnio autentycznie poczułam się okropnie jako, że jestem POLKĄ. Pierwszy raz było mi tak okropnie wstyd za rodaków. Mam na myśli akcję promocyjną w Lidlu. Pokazaliśmy, że polak potrafi. Jeśli ktoś nie słyszał to krótko streszczę. Lidl zrobił promocję, że przez miesiąc można „próbować” ich marek. Jeśli produkt się nie spodoba, nie posmakuje to można oddać nie naruszony, częściowo zużyty lub całkiem zużyty. Wystarczyło opakowanie. I tu pojawia się przebiegłość polaków. Skoro można oddać opakowanie to czemu by się nie obkupić. Na YT oglądałam filmik z komentarzem do tej akcji. Gość stwierdził i tu się z nim zgadzam, że jeśli by to był jakiś bezdomny, który zarobił sobie na jedzenie i kupił sobie załóżmy kiełbasę, zjadł, poszedł oddać opakowanie, dostał kasę i za kilka godzin znowu poszedł kupił sobie coś do jedzenia to spoko. Nie stać go na luksusy, ale w jakiś sposób zarobił. Może nie taki miała zamysł ta akcja, ale przynajmniej przyczyniłaby się do czegoś dobrego. No ale oczywiście znalazł ktoś lukę, a jak jedna osoba to i znajdą się kolejni. Robili zakupy za kilkaset, ba za tysiąc zł zakupy, a potem zwracali same opakowania. Najbardziej perfidni byli Ci co szli do samochodu i na parkingu wypakowywali jedzenie, przelewali/ przekładali do pudełek i zwracali opakowania. Naprawdę. Jak ja to usłyszałam to po prostu mnie zatkało. Autentycznie poczułam wstyd. Mimo że nic nie zrobiłam, to przez inne kraje widziana jestem tak samo jak tamte osoby. Oczywiście akcja została wycofana. Ale kto się obłowił ten się obłowił.

Druga sprawa o której chciałam napisać to polityka. Przyznaje, że mam szczątkowe informacje, bo unikam jej jak ognia. Za każdym razem jak czytam, słyszę, albo widzę co wyprawiają to mam ochotę wstać, wziąć chomika, Pana Ł., wsiąść w samochód i wyjechać daleko, daleko, daleko stąd. Po prostu nie ogarniam tego… JAK? Jak dorośli, „poważni ludzie” mogą się tak kłócić? Jak mogą tak kłamać, kręcić, kraść? Teczki nie teczki. Jakieś afery taśmowe… Za głupi stołek dostają tyle kasy miesięcznie ile ja przez rok nie wypracuje, a i tak nie chce im się chodzić na posiedzenia rządu. Byłam w Parlamencie Studentów i wiem jakie ważne tematy były poruszane. Nie było możliwości żeby tylu osób brakowało. Nie było kłótni! Była konstruktywna rozmowa na różne ważne tematy, poważne głosowania. Czasem zdarzało się, że siedzieliśmy do późna, bo tak się dyskusje ciągnęły. I co ważniejsze? Nikt nam w żaden sposób za to nie płacił. Żadnych zwolnień, przywilejów z tego tytułu. A w rządzie? Do samochodu kupiłam sobie płytę, bo boje się co w radiu usłyszę. Dzisiaj np. że tworzą (nie pamiętam która partia to nie będę zmyślać) ustawę niezgodną z konstytucją. Jak bumerang wraca temat katastrofy. Kolejna komisja opłacana z naszych pieniędzy. Dlaczego sami zainteresowani wynikami tej komisji nie zapłacą za jej pracę, tylko wszyscy musimy ponieść konsekwencje decyzji pewnych osób? Dlaczego nie ma pieniędzy na 500+, a przy akcji z pokazaniem jakie to PKP jest super, latał samolot w razie jakby Pani Premier(?) nie zdążyła na pociąg, czy coś? Tak chcą rozwijać społeczeństwo, tak chcą pomóc? To czemu nie obetną sobie pensji? Dlaczego nie oddadzą tego na rzecz utrzymania szkół, otworzenia przedszkoli. Tak bardzo promują i zachęcają żeby mieć dzieci. A co z tym dzieckiem zrobić? Do przedszkola… super tylko chyba prywatnego. A kto za nie zapłaci? Chcą obniżyć wiek emerytalny. Fajnie, super to brzmi. Ale co z tego że obniżą wiek, skoro stawki nie podniosą? Za wszy i pająki będą żyć starsze osoby? WOW pojawiła się lista leków darmowych, ale też nie jest tak kolorowo… Nie jest tak że idziesz do apteki i mówisz poproszę darmowy lek. Też trzeba załatwić to i tamto, dopilnować czy lekarz się nie pomylił, itd. A no tak… lekarz nie pomylił… HEHEHE bardzo śmieszne. Trzeba się najpierw do niego dostać.

Tydzień temu zaczęło mnie rozkładać, a w czwartek rano obudziłam się z takim bólem głowy, że ledwo oczy otwierałam. Tylko się wynurzyłam z łóżka zaraz kichanie, kaszel i ogólnie masakra. Nie poszłam do pracy, chce się zarejestrować do lekarza a tu kicha. Tylko do 13-14 przyjmowali. Nikogo po południu w dwóch przychodniach do których mogłam iść. Najbliższy wolny termin na poniedziałek lub wtorek… Do tego czasu to ja sobie sama poradziłam – syrop z cebuli, ciepłe łóżeczko, aspiryna i jak nowo narodzona.

No ale wracając do tematu polityki. Do napisania tego postu skłoniła mnie katastrofa smoleńska. Tak czytam komentarze pod artykułem odnośnie ekshumacji i znalazło się kilka które faktycznie dają do myślenia.
Po pierwsze: Z całym szacunkiem, ale moim zdaniem para prezydencka nie jest na tyle zasłużona żeby spoczywać na Wawelu. Rozumiem śmierć w katastrofie, ale nie są pierwszymi ani ostatnimi, który tak zginęli. Nie zasłużyli się też tak wybitnie jak bohaterowie Polski. Myślę, że osoba, która twierdziła, że korzystając z okazji powinni ich pochować na cmentarzu tam gdzie spoczywa rodzina, ma rację. Co by nie mówić. Teraz są bardziej atrakcją turystyczną niż obiektem sakralnym. Ich krypta/grobowiec nie jest miejscem modlitw, wyciszenia, przemyśleń, ale miejscem wycieczek, zdjęć na pamiątkę. Nie wiele jest osób, które przychodzą tam żeby się za nich pomodlić.
Po drugie: O jej nie da się zamknąć grobowca – trzeba postawić nowy. I tu pytanie? Za co? Skoro nie wiadomo i nigdzie o tym nie słychać to wiadomo kto zapłaci. My… Gdyby któraś z osób rządzących za niego zapłaciła z „własnej” kieszeni to by o tym było głośno. I na to zwrócił mi uwagę kolejny komentarz. Może faktycznie jest tak, że tamten przestał się podobać i pod pretekstem badań chcą postawić nowy. Gdzieś obiło mi się, że „ten grobowiec nie był ‚przygotowany’ na wielokrotne otwieranie”. Ale na kij otwierać. Dajcie im w spokoju spoczywać. Co to da? Po co nadal szukać zarzutów przeciwko Rosji. Pamiętam, że jak to się stało byłam w domu. Przyjechał tato z miasta, włączył wiadomości, obejrzał chwilę i pojechał, a ja siedziałam przed telewizorem i było mi okropnie smutno. Nie, że prezydent, nie że ministrowie, nie, że „o jej co teraz będzie?”. Było mi przykro, bo zginęli ludzie. Nie ważne z jakiej przyczyny. Na pewno zostawili tu kogoś, kto będzie odczuwał ich brak. Znalazłam wtedy piosenkę… do tej pory gdy jest mi źle to sobie ją nucę. „List do Boga”, bo taki ma tytuł, za każdym razem mnie wzrusza. Kojarzy mi się z tym dniem, ale też i z moim przyjacielem, którego straciłam.

U mnie wszystko jak dawniej
tylko jeden samobójca więcej,
tylko jedna znów rodzina rozbita,
tylko życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś obok rozbił się samolot,
trochę dalej trzęsła się ziemia.
Kiedy patrzę na to wszystko tak, jak dziś…

Tak przyznaje. Pamiętam o tej tragedii i nie da się o niej zapomnieć, ale nie jest to dla mnie temat do kłótni, szukania dziury w całym i wyciągania w kółko i w kółko. Szczerze? Moim zdaniem to ciągłe zamieszanie obraca ludzi przeciwko sobie. Zamiast łączyć – dzieli. Wszyscy już mają dosyć (żeby nie mówić brzydko o takim temacie). Po tylu latach to jest już… Po prostu brak słów. Rozumiem stratę, rozumiem że to boli, że można sobie nie radzić, ale bez przesady. Takie rzeczy przeżywa się w samotności, w rodzinnym gronie,  a nie robi się szum wokół siebie „wykorzystując” śmierć.
Kiedyś jak było ze mną bardzo źle przyjaciółka pocieszała mnie, że inni mają gorzej. Wtedy nie obchodziło mnie to, bo moje problemy przytłaczały mnie tak bardzo, że nie obchodziło mnie już nic. Ale tak miała rację. Zwłaszcza w tym przypadku. Niektórzy mają gorzej.

No dobra. Późno już, wygadałam się. Trochę lepiej mi. Dużo też tego wyszło, więc tylko na koniec: Największą motywacją do pracy nad sobą, językiem i zdobyciem profesji jest szykowanie do ewakuacji z tego coraz bardziej chorego kraju :(

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Znalazłam swój motywator

16 lis

Wczoraj odnalazłam swój motywator. Choć to tylko słowa to wczoraj mój dyrektor działu powiedział, że poszukuje osoby do pomocy dla mnie. Docelowo ma zatrudnić 3 osoby. Stwierdził, że jak tak będzie to może zrobi mnie liderem działu. MNIE!! Liderem?! Masakra… I to własnie jest mój motywator. Nie mogę być przecież gorsza od swoich „podwładnych” prawda? Wiem jak wiele nie umiem. Więc jeszcze duuuużo muszę się nauczyć. A to wymaga pracy nad sobą. A to oznacza, że muszę zacząć czytać, interesować się tematem i w ogóle.

Będzie dobrze! Bo przecież w końcu musi być no nie? ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Motywacja do zmian

15 lis

Mam nadzieję, że w końcu znajdę motywację do odnalezienie dawnej siebie. Wkurza mnie strasznie, że spóźniam się do pracy, a kiedyś byłam taka punktualna. Przez Pana Ł. zaczęłam się spóźniać :( i mimo że staram się wcześniej zacząć szykować do pracy to nie udaje się wcześniej wyjść z domu. Odzwyczaiłam się też od studiowania. Po 8h w pracy nie chce mi się już programować jak jestem w domu. I mimo że został mi jeden kurs to nie mam siły się zmotywować, żeby zawziąć się i zrobić zadania. Zostało tak nie wiele… i tak samo nie wiele mam chęci i siły to dokończyć.

Ktoś ma jakiś sposób na zmotywowanie się?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Aż ciężko się przyznać

13 lis

Znowu dawno mnie nie było… Jakoś odzwyczaiłam się od pisania i też trochę nie mam na to czasu. Praca, uczelnia i życie wypełnia mi dnie. Zanim zdążę się obejrzeć już jest 22 i czas szykować się do spania. Ale to też zanim wszystko zrobię i w ogóle to jest przed 23. Czas dosłownie ucieka mi między palcami. Przede mną przeprowadzka, i kilka ważnych decyzji do podjęcia. Czy wybiorę dobrze? O to jest pytanie. Ale w sumie nie o tym chciałam napisać.

Wracając do moich postępów a raczej ich ogromnym braku, bo o tym miał być blog. Do pracy zaczęłam ubierać się elegancko – nie wysokie, ale jednak szpilki, sukienki, sweterki, narzutki a nie bluzy sportowe. W lustrze widzę, że na twarzy pojawiają się ostrzejsze rysy, wklęsłe policzki, nogi stają się ładniejsze jednak… Byłam na zakupach i szukałam kozaków. Łydki nie są wcale takie jakie bym chciała żeby były. Centymetr też… wręcz pokazuje jeszcze więcej. A o tym co zobaczyłam na wadze to aż wstyd pisać. A wszystko przez głupie badania 2 lata temu. Po wycięciu migdałków nie jadłam prawie w ogóle, bo czy jedzeniem można nazwać kisiele/budynie instant, za to piłam bardzo dużo wody. Ból gardła i woda pomagały zapomnieć o głodzie. Bardzo szybko straciłam na wadze. Stwierdziłam, że nie mogę tego zaprzepaścić i zaczęłam intensywnie ćwiczyć, skurczył mi się żołądek wiec nie było problemów z mniejszą ilością jedzenia i waga a zwłaszcza cm leciały w dół. Niestety żeby zrobić badania pod kontem glutenu musiałam wrócić do normalnego jedzenia i nagle w kilka tygodni wróciło wszystko nad czym pracowałam przez ponad rok. Ale to nie wszystko… w kolejne kilka tygodni przybyło kolejne tyle… Niestety mimo tego, że ćwiczyłam i jadłam tak jak wcześniej wprowadzenie do diety glutenu okazało się koszmarne w skutkach. Teraz ograniczenie glutenu wcale nie pomaga. Wręcz ciągle jest jeszcze gorzej. W lustrze widzę, że tu jest lepiej, albo tu ale jak tylko wezmę cm do ręki mój pogląd na figurę zmienia się o 180st. Niestety mimo że w głowie nienawidzę siebie za to jak wyglądam to nie potrafię się zawziąć i wytrzymać w postanowieniu… A teraz kiedy zbliża się zima muszę kupić płaszcz i kozaki. Wstyd się przyznać, ale płaszcze takie jak mi się podobają są za małe, a mimo że chcę kupić wysokie kozaki to łydki na to nie pozwalają. Choć w lustrze przecież wyglądają spoko to jak mierzyłam kozaki… szkoda gadać. Do tego jeszcze muszę kupić sukienkę na wigilię do pracy… Tak bardzo nienawidzę zakupów!! Nie tylko dlatego, że wydaje się mnóstwo kasy i nogi bolą od chodzenia, ale najbardziej za to że nic na mnie nie pasuje, a to co pasuje mi się nie podoba. Wiem. To powinno motywować, ale niestety. Nie wiem gdzie się podziała ta stara ja dla której nic nie było niemożliwie i potrafiła walczyć do końca.

Koniecznie muszę odnaleźć dawną siebie. Nawet Pan Ł. mówił że jak się we mnie zakochał to myślał że nie ma u mnie szans, bo jestem taka zorganizowana, wysoko postawiona, wszędzie mnie pełno i w ogóle… a teraz. Zapominam o ważnych sprawach, nie mam ochoty na nic, nawet kalendarza nie potrafię już prowadzić. To jakaś porażka. Niestety najgorsze w tym wszystkim, że ciągle spadam i nie potrafię odbić się od dna, albo chociaż od ściany…

Ostatnio uświadamiam sobie co jest dla mnie ważne i czego chce od życia. Wiem, że znalazłam igłę w stogu siana, bo mam świetną pracę. Kończy mi się teraz okres próbny i mam ogromne szanse na przedłużenie współpracy. Bardzo tego chcę i potrzebuje. Przez te 2,5 miesiąca rozwinęłam się bardziej niż przez rok samodzielnej pracy. Cudowne uczucie jak pokazuje przełożonemu co udało mi się zrobić a on się cieszy jak dziecko, że się udało, że działa i w ogóle. To cudowne uczucie, gdy mnie chwali i stawia przede mną większe i ważniejsze zadania. Lubie tam chodzić i rano nie wstaję do roboty, ale do pracy. Postanowiłam, że nie mogę stać w miejscu zwłaszcza, że to dopiero początek nie góry, ale ogromnego pasma górskiego, które muszę pokonać. Zaczęłam szukać książek, żeby nie opierać się tylko na wiedzy z Internetu.  Mam nadzieję, że to będzie taka trampolina od której się odbiję i odnajdę dawną siebie :)

Ja = zorganizowana, ambitna, dążąca do celu, otwarta, przyjacielska, zaradna; Taka byłam, nie jestem, ale znowu BĘDĘ!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie

 

Uciekinier uwięziony na dobre

22 wrz

Końcem sierpnia mój chomik wybrał się na wycieczkę po moim pokoju. Poszukiwania tak mnie rozbudziły, że nawet napisałam a’la artykuł:

Uciekinier za kratkami! 25 sierpień 2016 04:03

Dosłownie przed chwilą zakończyła się akcja poszukiwawcza zbiegłego chomika P. Przyczyny ucieczki nie są znane. Dzisiejszej nocy chomik P. otworzył drzwi klatki, a następnie zeskoczył na łóżko. Obudził swoją właścicielkę i zbiegł z miejsca chowając się za torba od laptopa stojącą na ziemi.

- Byłam w takim szoku, że przez moment nie wiedziałam o co chodzi. Jednak gdy zobaczyłam maleńką postać uciekającą z łóżka wiedziałam, że to będzie długa noc. – powiedziała naszemu komentatorowi właścicielka zbiega.

Po odsunięciu polowy mebli udało się namierzyć uciekiniera za łóżkiem jednak zanim śledczy dotarł na miejsce poszukiwany dosłownie się rozpłynął. Jego szare ubarwienie pomogło mu w ukryciu się w cieniu mebli. Po prawie godzinie oczekiwania i nasłuchiwania – chomik P. wyszedł ze swojej kryjówki spod jednej z szaf. Jednak po krótkiej chwili ukrył się ponownie. Zdradziła go jego ulubiona przekąska w postaci słonecznika rozłożona w pokoju. Po krótkiej akcji udało się złapać zbiega i umieścić go w klatce. Chomik P. za ucieczkę otrzymał karę dodatkowego zabezpieczenia drzwi klatki w postaci klipsa do papieru.

Niestety nie jest to pierwsza tego typu ucieczka. Wtorkowej nocy chomik P. również opuścił teren klatki. Został schwytany na próbie wygryzienia dziury w swoim pudelku transportowym stojącym na klatce. Wtedy jednak nie wprowadzono dodatkowych zabezpieczeń. Trwa sprzątanie pokoju i ustawianie mebli na miejsce.

Od tamtej pory co noc chomik mnie budzi próbując wydostać się z klatki. Klips niestety mimo dobrej ochrony bardzo hałasował. Chomik się do niego dopadał i uderzał nim o klatkę. Teraz zaplatam druciany spinacz do papieru, żeby nie mógł otworzyć drzwiczek. W kwietniu czy maju kupowałam nową klatkę i do tej pory wyglądała jak nowa. Teraz drzwiczki nie mają farby na połowie szczebelków… Zmieniałam klatkę, bo była pogryziona i pordzewiała od mycia. A teraz znowu jest to samo. I nie pomaga wyciąganie go wieczorem (po 21) żeby sobie pobiegał po pokoju czy po rękach. Nie wytrzymałam nerwowo, bo co noc budził mnie między 2-4, a chodzę do pracy i wstaje po 6. Zaczęłam go na noc przekładać do pudełka transportowego. Ma tam jedzenie, poidełko, kółko i domek. Czasem robię to przed snem, a jak śpi to jak mnie obudzi w nocy… Teraz nie wytrzymałam nerwowo (bo po prostu szkoda mi jego zdrowia – jednak trochę tej farby zjada) i wyjęłam ubrania z pudła. Włożyłam do niego jego domek, kulkę (taką na stelażu), wodę i kolbę. Pudełko jest na tyle wysokie, że nie wyjdzie więc jest bez pokrywki. Mam nadzieję, że to coś pomoże, a przynajmniej przez jakiś czas nie będę widzieć jak je farbę. Na dzień będę go przekładać do klatki, bo jednak ma tam trochę atrakcji – rurkę (żeby wchodzić na pięterko), drewnianą rurkę z czterema wyjściami po bokach, hamak i kołowrotek. No i dużo trocin, więc może sobie kopać. Jak będę w pracy to przynajmniej nie będzie mnie boleć jak będę gryzł, a przecież i tak powinien spać.

Kurcze… pierwszy raz mam taki problem. Raz mi jeden chomik nawiał, ale to z pudełka transportowego w nocy jak byłam w domu. Też przyszedł do mnie do łóżka i obudził mnie drapiąc w ucho. Nie boje się, że mi pogryzie kable czy meble, bo do tej pory nawet w klatce nic nie gryzł. Chodzi o to, że może gdzieś wleźć za szafę i nie wyjść, albo uciec szczeliną pod drzwiami i szukaj wiatru w polu… Z resztą… ma siedzieć w klatce, albo się bawić jak go wypuszczam – albo biega sobie po mnie i łóżku, albo w kulce po pokoju. Jakiś pomysł jak go uspokoić i zachęcić do siedzenia w klatce?

Może kiedyś będzie lepiej… ale na razie będzie siedzieć w pudełku…