RSS
 

Chyba się pogubiłam

22 paź

Dlaczego chyba? Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje… Nienawidzę siebie za to jak bardzo się zmieniłam. Nawet mój chłopak powiedział mi ostatnio, że jak mnie poznał to uważał, że na mnie nie zasługuje, bo byłam taka ogarnięta, angażująca się we wszystko i w ogóle… a teraz coś się zmieniło. O wszystkim zapominam, nie potrafię się pozbierać do kupy, skupić się na jednym zadaniu i w ogóle jest tragicznie. Najchętniej schowałabym się gdzieś i nie wychodziła przez długi długi czas… Chciałbym móc pstryknąć palcami, zatrzymać czas i wszystko poukładać sobie w głowie. Ale czas nie stoi w miejscu – wręcz przeciwnie ucieka mi przez palce… Ledwo wstanę rano, do pracy, potem na uczelnie i zanim zdążę się obejrzeć już muszę iść spać. Kolejne 4 dni podobne i nawet nie wiem kiedy mija tydzień. Minął już prawie miesiąc semestru a ja nie mam siły, ani czasu nawet porządnie posprzątać w pokoju, a co dopiero robić zadania na uczelnię. Ciągle jestem zmęczona, nie mogę się porządnie wyspać, a przez to po prostu zasypiam w pracy na stojąco. Teraz znowu coś mnie złapało, głowa mnie boli, gardło też, momentami mięśnie tak mnie bolą, że mam ochotę płakać, a byłam wczoraj u lekarza i on twierdzi, że nic mi nie jest… Po prostu mam wrażenie, że żyje w jakimś innym świecie niż do tej pory. Wszystko, dosłownie wszystko jest do góry nogami.

Czuje się jakby ktoś przeniósł mnie do równoległego świata. Nie mam czasu na nic, nie potrafię się ogarnąć i zorganizować. Kiedyś potrafiłam spać po 12 h przez tydzień, a teraz po 7-8 h snu, rano grawitacja wokół łóżka jest tak wielka, że nie potrafię jej pokonać… Wiem, że coś jest nie tak, wkurza mnie to strasznie ale nie wiem jak wrócić na właściwe tory. To jest po protu jak zły sen… Chciałabym żeby to nie była prawda… Chciałabym cofnąć czas i wrócić do tego jaka byłam. Wiele poświęciłam na to czasu i energii, a teraz tak o po prostu to straciłam. Boje się, że przez to stracę jeszcze więcej ;(

MOŻE kiedyś będzie lepiej… ale na razie nie wiem jak znaleźć motywację do życia…

 

Oszustwo centymetra

14 maj

No nie wierze… Mam wrażenie, że jet lepiej.

Niby sznureczek coraz dłuższy do wiązania…

Niby spodnie luźniejsze…

A jak biorę centymetr do ręki to jest na nim coraz więcej i więcej… To jakaś masakra ;(

Zero jakiejkolwiek motywacji ;(

 

Oj dawno mnie nie było

13 maj

Może to głupie, ale zwyczajnie zapomniałam hasła i nie mogłam się dostać na bloga. Dziś dostałam powiadomienie o nowym komentarzu do zaakceptowania. Stwierdziłam, że spróbuję jeszcze raz wpisać hasło. I o dziwo weszło za pierwszym razem!!

Teraz nie wiem od czego zacząć…

Może od tego, że trochę brakowało mi takiego samo-kontrolowania się. Przyznaje się – na wyjeździe wakacyjnym było tak fajnie. Fajnie się czułam, fajnie wyglądałam. Jedyne co to nie byłam w stanie trzymać diety. Przez 4 dni cały dzień siedziałam w łóżku i robiłam animacje na pokaz. Owszem było śniadanie, obiad, kolacja. Wszystko gotowałam praktycznie sama, ale nie tylko dla siebie ale i dla 20 innych osób. W ciągu dnia podjadałam jakieś chrupki, ciastka itp.. A to tylko dlatego że zwyczajnie nie miałam czasu robić czegoś innego. Piłam praktycznie tylko energetyki bo zasypiałam już przed komputerem. Po powrocie trudno było wrócić do pilnowania się i jakoś czas zaczął szybko uciekać. Niestety wszystko wróciło 2 razy szybciej niż spadało i 2 razy tyle ile spadło :(

To jakiś koszmar!!

Teraz tak strasznie ciężko się za siebie wziąć ;( Pan Ł. (mój chłopak) powtarza, że mu się podobam, że uwielbia pewne moje części ciała. Jak spytałam co myśli o tym jakbym trochę się zmniejszyła to twierdzi, że nie ma nic przeciwko tylko żeby moje piersi się nie zmieniły, bo mu się bardzo podobają :)

Ale muszę się pochwalić. Zaczęłam o siebie walczyć!!

  • Od tygodnia się pilnuję i codziennie przynajmniej dużą butelkę wody piję – teraz już jest coraz łatwiej.
  • Od miesiąca staram się ruszać, ale od poniedziałku tak na poważnie. Rozpisałam sobie plan treningowy. Wczoraj byłam na basenie. Miałam jutro też iść, ale się rozchorowałam. Wczoraj wieczorem w łóżku z gorączką wylądowałam. Dzisiaj cały dzień leżę w łóżku, piję herbatę z miodem, biorę leki i czuję się dużo lepiej.
  • Zwracam uwagę na to co jem i staram się ograniczać jedzenie słodyczy i fast foodów. Ale ok muszę się przyznać. Ostatnio miałam taką fazę na jedzenie że to nie możliwe było… zjadłam i dalej byłam głodna!! To po prostu nie do zniesienia!! Ale to nie jest pierwszy raz. Mam wrażenie, że to zależy od cyklu menstruacyjnego.

No ale ok… Co jeszcze u mnie?

Dużo się dzieje… I prywatnie i zawodowo. Szczerze mówiąc to sama nie wiem za co mam się wziąć. Mam duży problem z ogarnięciem siebie. Straciłam swoją równowagę. Zaczynając od ogarniania spraw na uczelni do mojego portfela… Wcześniej jakoś mogłam się ogarnąć, odłożyć trochę kasy, a teraz… jakaś masakra… Ciągle jestem pod kreską!! Gdyby nie pomoc Pana Ł. byłoby ze mną bardzo bardzo źle… Ale już się podnoszę i staram się ogarnąć. Jeśli chodzi o uczelnię to kończy się semestr i zbliża się termin oddawania projektów… To jakaś istna masakra. Nie wiem w co ręce włożyć ;( ale muszę się ogarnąć bo czas goni… Działalność studencka się rozwija i jedynie tu mam się czym pochwalić. Od października jestem w samorządzie i radzie wydziału, od miesiąca jestem w Parlamencie Studentów. Do tego od tego semestru jestem przewodnicząca komisji stypendialnej. Bardzo się cieszę, że zostałam obdarzona takim zaufaniem. Co do życia prywatnego tu ogromna zmiana. Od prawie roku jestem z Panem Ł. Raz jest lepiej raz jest gorzej jak to w każdym związku. Jednak wiem, że to jest ten… Moi rodzice bardzo lubią Pana Ł., moja siostra też. JA jestem z nim bardzo szczęśliwa ;)

 
 

36 dni do wakacji – Dzień matki

26 maj

Jadłospis:

  • śniadanie (ok. 11): kilka widelców sałatki;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 14): kurczak z serem i pomidorem, frytki, surówki;
  • podwieczorek (ok. 18): mała miseczka lodów;
  • kolacja;

Trening:

  • 20 brzuszków;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;
  • 2 x 20 ćwiczeń na łydki;
  • 2 x 20 ćwiczeń na uda;
  • 3 x 25 przysiadów;

 

Dzisiaj jak każdy pewnie wie jest dzień matki. Z tej okazji (choć tego nie przeczyta) najlepsze życzenia dla mojej Mamy oraz dla wszystkich Mam świata.

No właśnie… Dzień zaczął się dosyć dziwnie – zagubieniem w czasie i przestrzeni. Obudziłam się rano – było jasno. Pamiętałam, że położyłam się po 1, więc przespałam jakieś 5 h – stabilnie. Myślę sobie:

” Dobra. Czas wstawać i brać się za naukę. Muszę sprawko zrobić i nauczyć się na jutrzejsze kolokwium.”

I tu nastąpiła chwila zastanowienia… Przecież wczoraj była niedziela… więc to sprawko i koło mam dzisiaj. I pierwsza myśl:

„Znowu przespałam kolokwium!! A specjalnie nastawiłam sobie budzik taki w zegarku jakby mnie znowu telefon zawiódł!! Jak to jest możliwe?!”

Ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że jest 6… a nie 18… Dla pewności wzięłam telefon i sprawdzam… 6:57 – 26 maja

„Uff…”

Chwilę walczyłam ze sobą czy jednak wstać i się pouczyć czy poleżeć jeszcze te 15 minut. Wygrała grawitacja wokół łóżka. Akurat chwilkę po tym jak wyłączyłam budzik otworzyły się drzwi do łazienki i pstryk gaszonego światła – łazienka wolna. Szybki prysznic, zgarnęłam wszystkie notatki, ubrałam się i na tramwaj.

Angielski jak zawsze bardzo fajny. Pani ma do nas bardzo fajne podejście i ogólnie bardzo fajna atmosfera jest na zajęciach. Następne zajęcia już były gorsze, bo najpierw komputer nie chciał z nami współpracować potem poczta i w końcu nie starczyło nam zajęć – zajęcia do odróbki. Potem obiadek i zabrałam się za robienie sprawka… z tym, że nie bardzo miałam z czego to sprawko zrobić, bo chłopaki nie dostarczyli mi materiałów. Więc poszliśmy na projekt tylko po to żeby powiedzieć, że nie mamy sprawozdania i dopytać co w nim ma być. Potem jeszcze chwila na douczenie się i kolokwium. Tu pozytywnie – 11/15, więc przynajmniej to jedno do przodu.

No co mój cały dzień ma wspólnego z dniem matki? Otóż gdy wracałam z Panem A. z obiadku od jakiegoś chłopaka, który zbierał „na chorego brata”, dostałam różyczkę. Stwierdziłam, że ostatnio dostałam trochę więcej kasy w pracy to mogę mieć dzień dobroci dla zwierząt parzystokopytnych, więc dałam mu tam trochę kasy… Pominę to, że chciał więcej a mówił w jakimś języku tak, że w ogóle go nie rozumiałam… Poszłam na zajęcia z tą różyczką. Wszyscy znajomi pytali czy ta różyczka to z okazji dnia matki i że gratulują xD Śmiesznie się złożyło, ale… Od kiedy jestem sama – tak całkiem sama wszyscy w kółko pytają czy przypadkiem nie jestem w ciąży… To trochę dziwne… Niby nie ma takiej opcji, mam okres regularnie (no może poza jednym) i ogólnie nic na to nie wskazuje, ale jednak… Wszyscy mi to powtarzają. Jak byłam z Panem A. nigdy (poza wizytą u nowego ginekologa) nie usłyszałam takiego pytania / stwierdzenia, że mogę być w ciąży… Czy to jakaś wróżba? Jak myślisz?

 

37 dni do wakacji

26 maj

Jadłospis:

  • I śniadanie (ok. 12): ziemniaczki pieczone z 2 kotletami mielonymi;
  • II śniadanie;
  • obiad (ok. 15): mała miseczka lodów;
  • podwieczorek;
  • kolacja;

 

Trening – jako, że powinno się robić przerwy między ćwiczeniami tak skromnie:

  • 20 brzuszków z podniesionymi nogami;
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;

 

Wróciłam do domu o 6 nad ranem i o dziwo nie byłam aż tak bardzo zmęczona i śpiąca jak myślałam, że będę. Trochę czułam, że bolą mnie stopy po butach na obcasie, ale to tylko tyle. Jak położyłam się spać to w sumie nie wiem kiedy zasnęłam, ale obudził mnie budzik po 11. Chwilę poleżałam i położyłam się dalej spać. Wstałam z łóżka jakoś po 12. Ogarnęłam się, zjadłam śniadanko i siadłam do robienia notatek… Jak siadłam to z godzinną przerwą na serial siedziałam do 22 ciągiem… Potem to film, to fb no i tak czas minął do 1 w nocy. Jakoś w ogóle nie czułam upływu czasu i tego ze jestem głodna. Byłam tak zajęta, tak mi szybko czas leciał, że naprawdę tego nie zauważyłam. A jutro ciężki dzień i choć siedziałam tyle czasu nad notatkami ucząc się do kolokwium to i tak czuję, że na jutro nic nie umiem…

 

38 dni do wakacji

24 maj

Chyba muszę wrócić do spisywania moich codziennych grzeszków i zwycięstw, bo inaczej się nie upilnuję…

Stan na dziś:

  • szyja
    spadło: 1,5 cm
    zostało: 0 cm – osiągnięte 24 sierpnia 2013
  • ramiona
    spadło: 5,5 cm
    zostało: 0 cm – osiągnięte 10 listopada 2013
  • biust
    spadło: 6 cm
    zostało: 10 cm
  • talia
    spadło: 11 cm
    zostało: 10 cm
  • biodra
    spadło: 6,5 cm
    zostało: 8 cm
  • udo – moja mniejsza zmora ale jednak duża zmora
    spadło: 5,4 cm
    zostało: 11,1 cm
  • kolano
    spadło: 4,2 cm
    zostało: 1,8 cm
  • łydka – moja największa zmora
    spadło: 1,5 cm
    zostało: 6,5 cm
  • kostka
    spadło: 1 cm
    zostało: 3,5 cm

Jadłospis:

  • I śniadanie (ok. 11): woreczek ryżu z sosem pomidorowym;
  • II śniadanie (ok. 13): mała miseczka lodów;
  • obiad (ok. 17): pieczone ziemniaki i 2 kotlety mielone;
  • podwieczorek (ok. 21): sałatka jarzynowa;
  • kolacja (ok. 1): pierogi (tak wiem, że mi nie wolno no ale musiałam…);

 

Trening:

  • 20 brzuszków,
  • 2 x 20 brzuszków skrętnych;
  • 2 x 20 ćwiczeń na łydki;
  • 2 x 20 ćwiczeń na uda;
  • 3 x 20 przysiadów;

 

Udało mi się załapać do pracy. Niby nic takiego – jednorazowa praca w cateringu – obsługa „balu”, ale zawsze jakieś pieniądze. Przez cały dzień jakieś notatki, projekty i koło 17 zaczęłam się szykować. Prysznic, ubrałam się ładnie (biała bluzka i czarna spódnica) i na tramwaj. Generalnie miałyśmy tam być na 18, ale pół godziny przesiedziałyśmy na ławce zanim się nam szef ogarną ze wszystkim. Poszłyśmy na salę i jako, że mam doświadczenie w obsłudze roll baru byłam na sali z barmanem, a reszta dziewczyn piętro wyżej obsługiwały przy jedzeniu. Barman nauczył mnie robić Mojito, a tak poza tym to było piwo i wódka z colą lub spritem. Z początku byli sami faceci i wiem, że robili słodkie oczka tylko dlatego żeby dostać darmowy alkohol. No ale i tak fajnie było. Potańczyłam sobie z kilkoma chłopakami, jeden za darmowe piwo pokazał mi sztuczkę karcianą. Naprawdę była super. Najlepsze było na koniec. Przyszedł czas do rozliczeń. Wszystkie dziewczyny dostały kasę no i szef się pyta czy ktoś jeszcze, to mówię, że jeszcze ja, a on.

„Z Tobą się później rozliczę.”

Pierwsza myśl: „Co ja przeskrobałam? Może to za tańczenie z chłopakami, no ale on też i pił i się bawił…”. Chwilę później jak dziewczyny gdzieś się rozeszły szef mówi do mnie

- Ile godzin? (bo miałyśmy płacone od godziny)

- Nie wiem ile (bo nie miałam zegarka), ale tak jak dziewczyny (a widziałam, że która godzina by nie była i tak dostały o dychę więcej niż liczyłam, że dostaniemy).

Wyjął kasę, liczy, liczy i daje mi moją wypłatę. Tak szybko zobaczyłam, że jest więcej niż dziewczyny dostały, więc nawet nie liczyłam ile dokładnie tylko schowałam do kieszeni żeby nie widziały.

- Ja organizuję dużo takich imprez i potrzebuję sprawdzonych ludzi. Najlepiej jakbyś napisała do mnie maila. Masz do mnie kontakt?

Nie mogłam uwierzyć! No ok. to nie była nasza pierwsza współpraca, bo rok temu jak był zjazd harlejowców z całego świata to też stałam i przez trzy dni a raczej przez trzy noce nalewałam im piwo. Teraz na juwenalia cały dzień stałam na backstage’u za roll barem i nalewałam piwo dla artystów (i wolontariuszy). Ale mimo tych (teraz) trzech razów nie sądziłam, że zaproponuje mi prace ;) Także bardzo, bardzo się cieszę. Zwłaszcza, że on z tego co słyszałam zajmuje się organizacją piwa na Woodstocku. Kilka dni ciężkiej harówki, ale za to zarobki całkiem fajne. W zeszłym roku z ciągu 3 nocy zarobiłam na nowy telefon. Także jako, że każda kasa się przyda cieszę się bardzo, bardzo, bardzo xD

 

Przyszła chwila załamania

22 kwi

Jestem z siebie dumna. Dzięki diecie bezglutenowej zjadłam tylko kilka kawałeczków murzynka, którego sama upiekłam. Mimo że na stole świątecznym pojawiło się moje ukochane ciasto z masą karpatkową i sernik. Powstrzymałam się, a wręcz ta myśl, że będę się po tym cieście cholernie źle czuła zniechęcała mnie do tego ciasta. Przez całe święta jadłam sałatki warzywne, owocowe i jajka. Najbardziej bolało, że na śniadanie wielkanocne nie mogłam zjeść ukochanego babcinego białego barszczu. Przez święta nic nie przytyłam, a wręcz troszkę schudłam. Cieszy mnie to bardzo!!

Ale w niedzielę mnie rozłożyło i od tamtej pory zaczęło się dziać źle. Nie mogłam się skupić na robocie, bo rodzice stwierdzili, że święta, że się nie pracuje. Do tego totalnie wszystko mnie bolało i nie byłam w stanie nic robić oprócz spania. Silne uderzenie alergii i choroba to bardzo złe połączenie. Ale babunia dała mi ziółka, które były jak nalewka – słodziutkie i kopały, bo na spirytusie – i postawiło mnie to na nogi. Potem w domu jeszcze leki, do łóżka, wygrzałam się i w poniedziałek jak nowo narodzona. Alergia i gardło mączą jeszcze dzisiaj, ale przynajmniej mięśnie mnie nie bolą.

Z powodu długiego wolnego i choroby zaczęłam niepotrzebnie myśleć, wspominać, puściłam wodze fantazji. To się skończyło bardzo źle. Znowu tęsknie za Panem A. a jednocześnie jestem na niego cholernie wściekła za jego zachowanie. Nie wierze, że może być tak nieodpowiedzialny i leniwy… Liczy, na to że ja wszystko zrobię za niego… W sumie sama do tego doprowadziłam robiąc wszystko tak jak chce… pomagając mu jak tylko mogę… Mam tak cholernie mieszane uczucia w stosunku do niego że to jest niemożliwe. Przed chwilą gadałam z Panem K. (naszym kolegą) i byłam tak bardzo wściekła na Pana A., a po odłożeniu telefonu zaczęłam ryczeć z tęsknoty… To nie jest pierwszy raz kiedy muszę się wyleczyć… Ale ten jest najgorszy… Zwłaszcza, że widuje go codziennie, że mam z nim wszystkie grupy zadaniowe i widujemy się poza uczelnią. Chciałabym żeby ten ból odszedł… Może byłoby łatwiej gdyby wprost powiedział, że jest z inną, że ją kocha, że jest szczęśliwy. Ale przecież nie powie mi tego… Nie powie, bo wie, że mnie to zaboli… Ale ja chyba właśnie takiego bólu potrzebuję. Dzisiaj przypadkowo otworzyłam pamiętnik na dniu kiedy była ta najważniejsza rozmowa. Cytując jego słowa napisałam, że chciałby mieć taką dziewczynę jak ja z charakteru, ale nie podobam mu się z wyglądu. W sumie też nie spełniłam tego co założyłam, że do końca roku będę „idealna”. Ale do tego zabrakło mi motywacji. Zabrakło wsparcia… Teraz jestem gdzieś w połowie drogi… ale jest kwiecień!! Zdecydowanie za wolno to wszystko idzie!

Muszę znowu iść zrobić wyniki, bo w niedziele dwa razy w przeciągu godziny byłam bliska zemdlenia. Gdyby nie to, że byłam w kościele i ta myśl, że nie mogę tu zemdleć pewnie bym padła. Miałam palce sztywne, dosłownie wszystko mnie bolało tak na maksa, a jak zaczynał świat wirować, robiło się ciemno przed oczami, wszystko gdzieś odchodziło. Z chęcią poddałabym się temu, ale no nie mogłam… Fakt. Przyznaje się bez bicia – nie jem zdrowo, nie jem dużo, sam ryż nie dostarcza potrzebnych składników i na 99% znowu mam anemię. To nie pomoże mi w odchudzaniu, więc muszę z tego wyjść… Ale z drugiej strony w końcu waga zaczęła spadać. Do tej pory spadło:

  • waga: 11,4 kg z 25 kg
  • szyja: 0,8 cm z 0,5 cm
  • ramiona: 6,5 cm z 6,0 cm
  • biust: 6,9 cm z 16 cm
  • talia: 10 cm z 21 cm
  • biodra: 6,5 cm z 14,5 cm
  • udo: 5 cm z 16,5 cm
  • kolano: 4,5 cm z 6 cm
  • łydka: 1 cm z 8 cm
  • kostka: 1,2 cm z 3,5 cm

Ta łydka to moja największa zmora!! Ciągle stoi w miejscu co mnie strasznie ale to strasznie wkurza (ładnie mówiąc). Już zaczęłam ćwiczyć generalnie łydki a przy okazji resztę… No wyglądam paskudnie z tymi łydkami, ale grube łydki i masywne uda są u mnie rodzinne i bardo trudno mi się tego pozbyć. O ile uda w końcu ruszyły, powoli, ale ruszyły to łydka za cholerę… Już mnie to tak wkurza, że tyle czasu się staram, tyle czasu pracuje nad sobą, a efekty takie sobie, że dałabym bardzo, bardzo dużo za to żeby w końcu wyglądać tak jak chcę wyglądać.

Co prawda na święta usłyszałam kilka miłych słów, że pływam w ciuchach. Nawet wujek, który nie jest skłonny do komplementów powiedział przy całej rodzinie, że schudłam (a rok temu mówił, że jestem gruba tak przy całej rodzinie… co cholernie zabolało), więc chyba nie jest tak źle… ale WCIĄŻ ZA MAŁO!! ZA WOLNO!! Nie wiem już co robić ;(

 

Pozytywne zaskoczenie

18 kwi

Jako że na studiach mam tylko centymetr i nie mam wagi przyjechałam do domu żeby się zważyć. Dziś rano weszłam na wagę i to co zobaczyłam bardzo mnie ucieszyło. W ciągu 2 tygodni spadło ponad kg. W sumie spadło ponad 11 kg. Co prawda do wakacji czasu zostało mało, a kilogramów dużo za dużo to i tak jest to motywujące. Super rozpoczęcie świąt.

Codziennie ćwiczę – staram się nawet dwa razy dziennie.
brzuszki
skrętne brzuszki
ćwiczenia na nogi
ćwiczenia na łydki
pompki
Mam nadzieję, że wszystko będzie tak jak ma być.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Praca nad sobą

 

Pogodzenie się z rzeczywistością

13 kwi

Bardzo ciężko jest widzieć jak odchodzi ktoś na kim nam zależy. Zwłaszcza jeśli odchodzi do innej.

Nie jest tak, że Pan A. mnie zostawił dla innej, bo nie jesteśmy ze sobą od września, a ta druga pojawiła się w grudni, ale to i tak boli. Mimo że wiedziałam, że to koniec to i tak w środku gdzieś to kuje.

Wczoraj był bal na uczelni – taka impreza organizowana przez jedną z komisji działającej przy uczelni. Chciałam na niego iść się trochę pobawić, ale nie miałam z kim. Powiedziałam o tym balu Panu A. a jakoś dwa dni później między słowami padło, że idzie „z towarzystwem”. No ok… rozumiem. Dzisiaj przeglądam zdjęcia wrzucone na fb i gdzieś w tle się złapali na dwóch zdjęciach. Wiem – nie powinno, ale zabolało. On taki elegancki, ona ładna i uśmiechnięta. Chwilę przed zobaczeniem tych zdjęć próbowałam się do niego dodzwonić, ale nie odbierał. Jeszcze spał, bo teraz jak zadzwoniłam i odebrał to miał zaspany głos, ale wiem, że nie jest w domu…

Wiem jestem głupia… Nie powinnam o tym myśleć a już na pewno nie w ten sposób… no ale to boli…

Chce jego szczęścia… ale też chciałabym odzyskać choć część swojego.

Nie wiem jak długo jeszcze zajmie mi leczenie… Przez to coraz trudniej to wszystko wytrzymać i się z tym pogodzić. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Może to był jednak zły pomysł żeby brać z nim wszystkie projekty…

 

CZEMU TO MUSI BYĆ TAK CHOLERNIE TRUDNE?!?!

 Teraz idą święta… potem zwariowany czas po świętach… Chyba muszę się od niego na jakiś czas odciąć i po prostu… Nie przecież to nie ma sensu. I tak jak się spotkamy to wszystko wróci. Muszę się z tym uporać tam w środku… I to jest najtrudniejszy task (jak to mówią chłopaki z koła) jaki jest przede mną. Muszę nabrać dystansu i skupić się na tym co jest do zrobienia na kole, na uczelni, na komisjach. Idzie pokaz, idzie mój projekt, idą juwenalia, a to wszystko przeplatane uczelnią. Nie mam czasu na sen, więc tym bardziej nie mogę się rozklejać!!

Może kiedyś będzie lepiej i wszystko się wyprostuje.

 
 

Szalone dni

13 kwi

Ostatnie kilka dni było mocno zwariowanych. Nie przespane noce, litry energetyka i miliony spraw do załatwienia. Po tym jakże ponurym wtorku środa też nie zaczęła się szczęśliwie. Tak bardzo chciałam żeby dzień się skończył, że poszłam spać bez nastawiania budzika. Jak się to skończyło? Można się domyślić – zaspałam na zajęcia. Momentalnie się obudziłam jak sprawdziłam godzinę. Miałam 5 minut do tramwaju, więc szybko się ogarnęłam i poleciałam na przystanek. Okazało się, że tramwaj przyjechał 2 minuty za szybko i mi uciekł… Nie pozostało nic innego jak czekać na następny.

Jak zawsze średnio co 3 – 5 minut przejeżdża tramwaj i można się przesiąść na coś innego tak teraz nic! Przez bite 10 minut nic nie przyjechało!! W końcu patrze jedzie, ale jakiś taki dziwny. Na aplikacji widziałam, że to mój numer, ale nie miał żółtej tabliczki (zmiana trasy). Gdy podjechał bliżej wszystko się wyjaśniło – zjazd do zajezdni, czyli ni hu hu mi po drodze. No ale wsiadłam, bo stwierdziłam, że może uda się na coś innego przesiąść. Jak się drzwi zamknęły zobaczyłam, że za mną jedzie kolejny tramwaj, który już zawiezie mnie na uczelnie. Więc na najbliższym przystanku wysiadłam i poczekałam na następny tramwaj… Całość zajęła mi jakieś 15 minut… No po prostu… za ten czas już byłabym na uczelni i zdążyłabym jeszcze na te zajęcia gdyby tramwaj nie zawiał. Przez całą drogę zastanawiałam się, czy nie wydarzy się coś jeszcze. Przecież nieszczęścia chodzą parami, no ale udało się dojechać bez problemu, potem sprint i do sali weszłam z 25 minutowym spóźnieniem. Kolega mi pomógł z zadaniami, więc się wyrobiłam ze zrobieniem wszystkiego. Potem kolejne zajęcia i do domciu. Byłam strasznie śpiąca, ale nie mogłam pójść spać – nie mam na to czasu. Zrobiłam obiad, potem siadłam do robienia animacji. Przed 17 zebrałam się i pojechałam do kina z Panem A. Fajnie było. Niektóre sceny były takie, że wybuchaliśmy śmiechem, ale niektóre oglądałam przez palce, zaciskając rękę na udzie Pana A. (tak wiem fajnie to brzmi ;) ). Potem do domciu i znowu miałam robić animacje, ale tak mi się chciało spać, że położyłam się na 2 h. Wstałam się, wykąpałam, ogarnęłam i po północy przyjechali po mnie. Zaczęła się podróż do Warszawy.

Przez całą drogę nie spałam. Siedziałam z przodu i nawigowałam. Pogoda była paskudna. Padało, momentami nawet lało, a zaraz potem świeciło słońce. W pewnym momencie świeciło słońce i padał grad. Ogólnie nie ciekawie.

W stolicy byliśmy po 5 i mieliśmy 4 h do pierwszego spotkania. Zajechaliśmy do Maka i tu złamałam swoją dietę za co płaciłam przez cały dzień. Niestety jako tako nie było co zjeść, więc wzięłam jakąś kanapkę i frytki… Potem jeszcze się pokręciliśmy i spotkanie. Nawet, dobrze nam poszło. Co prawda straciliśmy połowę animacji, ale za to sponsor podsunął nam nowe pomysły. Potem szybko na kolejne spotkanie – moje. Co prawda było to moje spotkanie, ale ja tam byłam praktycznie od notowania. Ale gościu, z którym byłam umówiona też nie wiele mówił. Wymiana zadań była między kolegą – który w sumie tego nie organizuje, ale był na wcześniejszym pokazie i to samo tyczyło się drugiej strony. Dziewczyna, która z nimi gadała też ostatnio pomagała nam przy organizacji, ale nie była teraz do tego wyznaczona. Nawet sprawnie poszło więc nie było tak źle. Ledwo wyszliśmy i lecimy dalej, bo już byliśmy na styk na kolejne spotkanie. Oczywiście zanim znaleźliśmy miejsce do zaparkowania to spóźniliśmy się 15 minut. Potem w recepcji czekaliśmy jeszcze 5 minut na spotkanie. W sumie i tak nie wiele ustaliliśmy, no ale spotkanie było. Moim zdaniem najgorsze… Każdy, kto jechał miał tak jakby swoje spotkanie. Pierwsze było kolegi kierowcy, potem moje i my byliśmy przygotowani choćby pod tym względem, że mieliśmy spisane o czym pogadać. A tu? Wszystko na spontanie, zero robienia notatek… a po wyjściu i tak wyszło, że o czymś zapomnieliśmy… No ale to:

Nie ważne

Wszystko co jest problematyczne to w trakcie rozmowy jest „Nie ważne”, albo „To później”. Trochę zaczyna mnie to wkurzać… no ale skoro to funkcjonuje tak od co najmniej 2 lat to chyba jest to „Nie ważne”.

W każdym razie wracając do wyjazdu. Chcieliśmy jak najszybciej wyjechać z Warszawy. Minęliśmy jakieś 3 – 4 km korka na wjeździe do Warszawy i cieszyliśmy się z całego serca, że to nie w nasza stronę. W połowie drogi już mi tak strasznie oczy leciały… Stwierdziłam, że tak na chwilkę zamknę oczka i się trochę zrestartuję. To mi często pomaga, ale byłam tak zmęczona, że zasnęłam. Obudziłam się chwilę przed zjazdem na obiad. Zjedliśmy bardzo dobry obiadek w jakieś restauracji obok stacji benzynowej i w drogę. Nie wiele spałam, ale bardzo mi pomogło.

O 19 byliśmy już z powrotem. Podjechaliśmy pod mój domek, szybko się przebrałam, zostawiłam co mi nie było potrzebne i pojechaliśmy na uczelnie. Zdaliśmy raport z wyjazdu (nasz zwięźlejszy, kolegi z ostatniego spotkania nie koniecznie) i na komisję ds. kultury. Okazało się, że będę mieć własny projekt. Pracowaliśmy, więc nad programem wydarzenia i całą otoczką przygotowania. Choć to w sumie nic takiego to i tak jest nie wiele czasu. Ma się ono odbyć jeszcze przed majówką, a po drodze święta, wyjazd do Warszawy i praca… Zapowiada się ciekawy miesiąc xD

Po komisji pojechałam na imprezę integracyjną z juwenaliów, ale niestety przez rzeczy ważne i ważniejsze jak przyszłam do klubu to była już stypa. Posiedziałam godzinkę i pojechałam do domu.

Łóżeczko było takie wspaniałe…

„Rano” obudził mnie telefon od Pana A. Jeszcze godzinę leżałam w łóżku i gadaliśmy. Potem trzeba było wstać i ogarnąć jakieś śniadanie. Po śniadanku – animacje. W sumie z Panem A. przegadaliśmy jakieś 4 h – mamy darmowe do siebie, więc możemy gadać xD

Koło 19 stwierdziłam, że nie mogę… idę spać. Miałam się przespać 2 h i wrócić do animacji, no ale wyszło jak zawsze. Najśmieszniejsze i najstraszniejsze za razem było to, że jak zadzwonił mi budzik to wyłączyłam go nie z myślą „Ja chcę spać dalej” tylko „Jeszcze nie skończyłam projektować animacji”!! Jak przestawiałam budzik na godzinę później nie byłam w stanie zapanować nad oczami. Latały we wszystkie strony. Czułam się jakbym była naćpana, albo bardzo, bardzo mocno pijana. Wiedziałam co chcę zrobić i jak, ale nie widziałam co robię! Próbowałam się skupić na wyświetlaczu, ale oczy latały mi we wszystkich kierunkach. W końcu udało mi się przestawić budzik o godzinę… i o kolejną. W końcu wstałam po 22. Wrobiłam sobie herbatę i siadłam do animacji.

Straciłam poczucie czasu i jak stwierdziłam, że ok. jeszcze tylko raz obejrzę czy wszystko gra i idę spać było już po 3 w nocy. Położyłam się przed 4 nad ranem.

Nie było mi niestety dane się wyspać. Nie dość, że śniły mi się animacje to jeszcze budzik zadzwonił po 4 h. No cóż. Trzeba wstać i się ogarnąć, bo szkolenie do pracy. Pojechałam na to szkolenie i nawet całkiem, całkiem mi szło. Potem podróż do laboratorium, gdzie już siedzieli chłopaki z koła. Ponieważ nie znam się na elektronice, szukałam inspiracji do animacji. Kolega rzucił mi challenge – animacja kaczuchy. Siedziałam nad tym dobrych kilka godzina ale zrobiłam 1:22 (minutę 22 sekundy) animacji. Jestem z siebie bardzo dumna. W między czasie jeszcze zakupy na grilla i grill na obiad. Jak skończyłam to dostałam kolejny challenge na animację macarena, ale to jeszcze nie skończone. Koło 20 zaczęliśmy myśleć o kolacji. Chłopaki chcieli pizze, ale ponieważ ja nie mogę normalnej to stanęło na tym, że pojedziemy na zakupy i zrobimy własną. Jak to studenci elektroniki – sprzęt znajdziemy xD. Nawet piekarnik mamy w laboratorium!! Co prawda to wypalania płytek, ale do pizzy też się nada. Pojechaliśmy, więc na zakupy. Jako że byłam jedyną osobą nie pijącą to byłam kierowcą. Byłam pewna, że kolega nie da mi samochodu. Nie znamy się i jeszcze do tego jestem dziewczyną, ale dał bez problemu. Pojechaliśmy więc. Niestety nie znaleźliśmy mąki kukurydzianej – były wszystkie tylko nie kukurydziana (!!) – więc wzięliśmy normalną, resztę składników do pizzy i na pizze, a dla mnie sałatkę. Wróciliśmy, kolega jeszcze ogarnął miskę i było super. Cisto zrobiłam bardzo szybko i w sumie nie jest takie trudne do zrobienia. Ponieważ piekarnik maleńki, „blaszki” też dużej powierzchni nie miały to pizze były maleńkie. Z jednej porcji upiekły się 2 pizze. Co prawda ciasto się nie dopiekło i boczek wszystkim sprawił problem to zjedli i chcieli jeszcze jedną. Nie wiem czy z głodu, czy że dobra wyszła no ale zrobiłam i zjedli. Nawet nie wiem jak smakowała, bo tylko narzekali na boczek, że nie można go pogryźć, ale to nie ja wybierałam. Jeśli jeszcze kiedyś będą chcieli pizze to znaczy, że było ok.. Jeśli nie to wiadomo…

No ale trzeba było w końcu wrócić do domu i pójść spać. Ile można wlewać w siebie energy drinki. W domu byłam przed 4 bo oczywiście jeszcze jakaś kontrola na pks… No nie mają kiedy robić… Staliśmy jakieś 10 minut, bo kierowca musiał wypełnić jakieś papiery…

A dzisiaj od rana pierwsza myśl?

ANIMACJE!!

 

Kolejne dni też zapowiadają się ciekawie…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Co siedzi we mnie